piątek, 10 kwietnia 2026
"Sprawa Stalina" Giles Milton
niedziela, 21 września 2025
"Mój wiek" Aleksander Wat
Polityka jest naszym przeznaczeniem, cyklonem, w którego sercu tkwimy ciągle, choćbyśmy się chronili w łupinkach poezji.
Mój wiek jest dziełem wybitnym, jednocześnie monumentalnym i bardzo osobistym. Krótki wpis blogowy nie może oddać w pełni wielkości tej książki. Jest to raczej dość powierzchowny spis rzeczy, które najbardziej zwróciły moją uwagę. Wspomnienia Wata stanowią relację świadka dramatycznej historii XX wieku, zaangażowanego w nią i będącego jedną z wielu jej ofiar. Urodzony w 1900 roku Aleksander Wat w dorosłość wszedł razem z odzyskaniem przez Polskę niepodległości i wybuchem rewolucji w Rosji. Idea komunizmu wydawała mu się pociągająca, wprawdzie nigdy nie wstąpił do żadnej partii, ale wydawał komunizujące pismo Miesięcznik Literacki, które to przedsięwzięcie skończyło się więzieniem, pierwszym jakiego Wat doświadczył. Po wybuchu wojny uciekł z rodziną do Lwowa, tym samym znalazł się w strefie okupacji radzieckiej. W 1940 został aresztowany w wyniku prowokacji skierowanej wobec środowiska polskich literatów. Przesiedział w wielu więzieniach sowieckich. Został zwolnionym na mocy układu Sikorski-Majski. Następnie uczesniczył w pracach delegatury rządu lodyńskiego w Kazachstanie. Niestety, nie udało mu się opuścić Związku Radzieckiego razem z Armią Andersa, dlatego wrócił do Polski dopiero w 1946 roku i to na skutek usilnej interwencji środowiska literackiego u władz polskich. Od lat sześćdziesiątych przebywał ze względów zdrowotnych na emigracji we Francji.
Podtytuł Mojego wieku - Pamiętnik mówiony dobrze oddaje niezwykłą formę tego utworu. To coś pośredniego między wywiadem rzeką a spisywanymi po latach wspomnieniami. Początkiem były rozmowy nagrywane na taśmę przez Czesława Miłosza najpierw w Berkeley, potem w Paryżu. Jak opowiada ten ostatni we wstępie do książki, wielkość intelektualna Wata, siła jego osobowości sprawiły, że pomiędzy rozmówcami wytworzył się wzajemny przepływ dobrej energii. To jest rzeczywiście widoczne w tekście, i mimo wielu późniejszych redakcji nadal w Moim wieku zachowany jest żywy, meandryczny charakter rozmowy, pełen dygresji, z zaburzoną miejscami chronologią. Watowi ogromnie zależało, z jednej strony, na uchwyceniu istoty ustroju sowieckiego, z drugiej, aby jednocześnie przedstawić wielowymiarowy i zniuansowany obraz rzeczywistości i siebie samego. Bardzo ważnym dla niego było także to, aby przywołać i nakreślić złożone portrety spotkanych na swej drodze ludzi, zwłaszcza współwięźniów. Bohaterów tej opowieści, reprezentujących różne warstwy społeczne i różne ludy, nie tylko Europy, jest więc mnóstwo, zwłaszcza w końcowych fragmentach książki opowiadających o niezwykle chaotycznym okresie, w którym tworzyły się delegatury i punkty pomocy w Kazachstanie dla zwalnianych z łagrów i więzień w warunkach pogarszających z dnia na dzień stosunków polsko-sowieckich.
W pewnym fragmencie swych wspomnień Wat opowiada, jak w więzieniu na Łubiance utwierdził się w przekonaniu, że bycie poetą (nawet jeśli nie pisze już wierszy) jest główną osią jego tożsamości. I to widać w książce: może nie tyle w obecnych tu poetyckich, czasami turpistycznych, czasami bardzo pięknych opisach (zimowy pejzaż Ałma-Aty!), ale w tworzeniu obrazów zawartych w kilku zdaniach, które trafiają w sedno i zostają na długo w pamięci. Przykładowo, choć takich scen można przytoczyć wiele: smutek nadciągającej katastrofy w latach trzydziestych, poczucie niezwykłego braterstwa i dojmującej tęsknoty do normalnego życia w strasznych warunkach lwowskiego więzienia, czy pochód ludzi przerobionych z obywateli polskich w łachmaniarzy, jak pisze Wat, bo siłą zmuszono ich do przyjęcia sowieckich paszportów.
Aleksander Wat odmówił poddania się wyżej wspomnianej paszportyzacji, o czym opowiada dość oszczędnie, a przecież był to niezwykły i mający poważne konsekwencje wyraz wierności sobie i swojemu krajowi, ocenianemu przecież w tej książce bardzo krytycznie. W tej autobiograficznej opowieści jest to jeden z wielu punktów zwrotnych. Pierwszym na pewno było zafascynowanie się komunizmem w młodości. W latach dwudziestych Wat był jednym z twórców futuryzmu w Polsce. Rewolucja w literaturze miała stać się rewolucją społeczną. Ponadto, jego akces do komunizmu był motywowany światopoglądowo - ideą sprawiedliwości społecznej. Przede wszystkim zaś, istniało w nim, w jego środkowisku silne poczucie związane z końcem I wojny światowej i rewolucją w Rosji, że świat to było walenie się, ruiny w końcu, wesołe ruiny, przedmiot do wesela duchowego, bo tu można coś nowego zbudować, jest wielka niewiadoma, podróż w niewiadome...była radość właśnie z tego, że coś tak gwałtownie od podstaw się łamie, że właściwie jest miejsce na wszystko, że wszystko wolno. Była to radość, że wszystko wolno. (...) Słowa na wolności, nowy język sztuki, który miał być orężem walki klasowej. Bycie w środowisko komunistów polskich to był dla Wata okres zaledwie kilkuletni. Opowiadał o nim tak: W miarę jak (...) wchodziłem w stosunki pracy z komunistami, z czołowymi komunistami, czy kolegami z redakcji, czy tymi spoza redakcji, coraz więcej mnie uderzały różne podejrzane rzeczy, coraz mniej mi się to podobało. Lecz z drugiej strony coraz bardziej dotykałem ran, nieszczęść ludzkich, ogromnej ilości nieszcześć ludzkich . Na niektóre - zdawało się - nie było rady poza rewolucją. Potem dopiero dowiedziałem się, że rewolucja tym ludziom nic nie daje poza nowymi nieszczęściami. Bardzo szybko więc przyszło opamiętanie, a za tym ostra ocena samego siebie, swojego znikczemnienia w komunizmie, przez komunizm i poczucie, że za te lata moralnego obłędu trzeba zapłacić. Oprócz przedstawienia środowiska komunistycznego, jego powiązań z Moskwą, funcjonowania ambasady radzieckiej w Warszawie, w tym miejscu wspomnień jest też pokazany obraz przedwojennego życia literackiego w Polsce - z nazwisk, które najwięcej mówią współczesnemu czytelnikowi można wymienić kilka. Kreśli więc Wat wnikliwe portrety Władysława Broniewskiego (dzielił z nim potem wspólny los po wybuchu wojny), Brunona Jasieńskiego i Władimira Majakowskiego, który dwukrotnie w tym czasie odwiedził Polskę, i którego zachowanie Wat zrozumiał w pełni dopiero póżniej, w czasie więziennej tułaczki po Rosji.poniedziałek, 20 maja 2024
"Góry. Stan umysłu" Robert Macfarlane
czwartek, 14 grudnia 2023
Podsumowanie (3) - 10 ulubionych książek literatury faktu
środa, 20 kwietnia 2022
"Porządek dnia", Eric Vuillard
czwartek, 31 marca 2022
"Ukraińska noc", Marci Shore
![]() |
| Zdjęcie z wydarzeń z dnia 18 lutego 2014 w Kijowie. Autor: Mstyslav Chernov (Wikimedia) |
sobota, 22 maja 2021
"Katar", Stanisław Lem
W Katarze Lem postanowił pobawić się słynnym zdaniem: Zobaczyć Neapol i umrzeć, i potraktować je dosłownie. Fabuła powieści rozgrywa się w nieokreślonej bliżej przyszłości i skupia na cudzoziemcach, którzy przyjeżdżają do Neapolu, i giną w tajemniczych okolicznościach, a są one tak charakterystyczne, że przyciąga to uwagę policji. Gdy dochodzenie utyka w martwym punkcie, śledczy postanawiają przeprowadzić symulację - odtworzyć tryb życia nieszczęśników w Neapolu. Do tego zadania znajdują osobę, z jednej strony maksymalnie podobną do ofiar, z drugiej posiadającą w wysokim stopniu zdolność uważnej obserwacji i natychmiastowego działania. Jest to były astronauta, który nie poleciał na Marsa z powodu kataru, a dokładniej
uczulenia na pyłki traw.
Katar jest drugą po Śledztwie, powieścią napisaną przez Lema w konwencji kryminału. Świetnie zbudowane jest tu napięcie i czytelnik kibicuje głównemu bohaterowi, by udało mu się rozwikłać tajemnicę. Czyta się tę książkę bardzo dobrze, choć pisarz mógłby podarować sobie nic nie wnoszące, ani do przebiegu akcji, ani do tematu utworu, uwagi na temat ruchu feministycznego. Wiadomo jednak ogólnie, że wątki opisujące kobiety Lemowi niespecjalnie się udawały. To są jednak drobne wady, które nie powinny przesłonić wartości książki.
Katar charakteryzuje się tym, że główny temat powieści w sposób bardzo ścisły i mistrzowski spleciony jest z zagadką kryminalną, jeśli więc ktoś nie chce utracić choćby części przyjemności odkrywania na własną rękę tego, co się wydarzyło, proszę dalej nie czytać.
niedziela, 17 stycznia 2021
"Czas krwawego księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI", David Grann
Zarówno Mollie Burkhart, jak i Annie Brown oraz wszyscy ich krewni byli członkami plemienia Osagów. W drugiej połowie XIX wieku Osagowie zostali przesiedleni ze swoich ziem do rezerwatu w północno-wschodniej Oklahomie. Ziemia była tu powszechnie uważana za nieurodzajną, jednak kilkadziesiąt lat później odkryto w tym miejscu bogate złoża ropy naftowej. Dzięki wcześniejszym negocjacjom prowadzonym z rządem Stanów Zjednoczonych przez prawnika pochodzenia indiańskiego w umowie dotyczącej podziału ziemi znalazł się zapis, że ropa naftowa i węgiel należeć będą do Osagów. Wszyscy członkowie plemienia otrzymali udziały w złożach i na początku lat dwudziestych nagle stali się bardzo bogaci.
poniedziałek, 9 listopada 2020
"Co się stało w Jonestown? Sekta Jima Jonesa i największe zbiorowe samobójstwo", Jeff Guinn
Książka Jeffa Guinna jest obszernym reportażem, w którym autor poszukuje odpowiedzi na pytanie: co doprowadziło do wydarzeń, które rozegrały się w Jonestown, osadzie położonej w środku dżungli w Gujanie? 18 listopada 1978 roku tam właśnie członkowie Świątyni Ludu, około dziewięćset osób pod przewodnictwem Jima Jonesa dokonało zbiorowego samobójstwa.
Jeff Guinn w swoje książce koncentruje się na postaci charyzmatycznego Jima Jonesa. Zaczyna od szczegółowego opisu jego trudnego dzieciństwa. Pokazuje wrażliwe dziecko, które odkrywa, że ma dar mówienia tego, co inni chcą usłyszeć. Dzięki temu otrzymuje zainteresowanie, którego brakuje mu w domu. Następnie otrzymujemy portret współczującego młodego człowieka, który chce zostać pastorem i pomagać ludziom, na razie więc, ofiarnie zajmuje się chorymi i ich rodzinami jako sanitariusz w szpitalu. Bycie pastorem w przypadku Jima szybko zaczyna oznacza rodzaj władzy, którą trzeba zdobywać i rozszerzać za pomocą wątpliwie moralnych środków, więc już jako początkujący duchowny ma swoją ciemną i jasną stronę. Książka świetnie pokazuje jak krok po kroku wady tego człowieka zaczynają przeważać na zaletami, jak ulega on stopniowej deprawacji, której przyczyna tkwi w kombinacji ambicji, żądzy władzy i potrzeby absolutnej kontroli.
Jim Jones zakłada swój kościół w roku 1956 w stanie Indiana. Początkowa działalność Świątyni Ludu lekko wyprzedza, a potem wpisuje się w wielkie ruchy społeczne w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, przede wszystkim zaś w walkę z rasizmem. Kościół Jima Jonesa staje się miejscem równości rasowej i społecznej, w którym wierni mogą liczyć na rozwiązanie swoich problemów. Przyciąga więc ludzi potrzebujących pomocy, zmagających się z uzależnieniami, po tragicznych przejściach, weteranów, ale także osoby szczerze religijne, wierzące, że Jones jest kimś wyjątkowym lub chrześcijan głęboko pragnących żyć swoją wiarą. Jak wyraziła się jedna z takich osób: [trzeba] wyjść i coś robić, nie można tak sobie siedzieć z boku i chwalić Jezusa. Osobną grupę stanowią różnego typu idealiści, którzy chcieli znaleźć sposób na odegranie pozytywnej roli, chcieli skierować
Amerykę na właściwe tory by stała się krajem rasowej i gospodarczej
równości oraz unikała wojen. Oni znajdują w Świątyni Ludu miejsce, gdzie czynnie można sprzeciwiać się ubóstwu,
prześladowaniom i segregacji.
Jak pisze autor: Jim Jones przyciągał wiernych przez odwoływanie się do najlepszej
strony
ich natury, pragnienia równości dla wszystkich. Poza najuboższymi,
którzy dostali jedzenie, ubranie i szacunek, nikt nie odniósł żadnej
materialnej korzyści ze wstąpienia i przynależności do Świątyni Ludu. Dlaczego więc działalność kościoła skończyła się tak tragicznie? Książka Guinna próbuje dać odpowiedź na to pytanie. Jest świetnym studium sekty i charyzmatycznego przywódcy, który wiedzie swoich wyznawców powoli po równi pochyłej, a oni przymykają oczy na jego urojenia i wyskoki z powodu lojalności wobec niego lub sprawy. Stopniowo popadają też w coraz większą izolację, nawzajem podsycają swe lęki, bo tracą inne punkty punkty odniesienia w ocenie rzeczywistości i często dosłownie bywają zbyt zmęczeni pracą i brakiem snu by myśleć. Są też ofiarami pogłębiającej się przemocy.
Wiele takich i innych (na przykład: kłopoty z prawem), czynników kumulujących się przez lata - Świątynia Ludu działała przez przeszło dwadzieścia lat - wystarczy, mimo że budzi to niedowierzanie, że to nie może być tak proste, że zło jest tak banalne, doprowadzić do tragedii. Wydarzeniami feralnego dnia autor zajmuje się
na kilkudziesięciu ostatnich stronach tej skrupulatnie napisanej książki
w sposób wyciszony, nienastawiony na szokowanie czytelnika, ale
jednocześnie wierny faktom, na ile udało się je ustalić. Ogólnie mówiąc, reportaż jest dobrze udokumentowany, odwołuje się do licznych rozmów, które przeprowadził autor ze świadkami zdarzeń, nastawiony na próbę
kompleksowego przedstawienia wydarzeń i zrozumienia przyczyn za nimi
stojących, oraz poznania ludzkich motywacji. Z kompleksowości ujęcia wynika szczegółowość, drobiazgowość wręcz książki, którą mimo to, czyta się znakomicie.
piątek, 11 września 2020
"Nie przywitam się z państwem na ulicy", Maria Reimann
Kluczową kwestią, od której Maria Reimann zaczyna swoją opowieść jest rozróżnienie między niesprawnością a niepełnosprawnością:
Niesprawność (uszkodzenie) to biologiczny fakt związany z funkcjonowaniem lub brakiem narządu, niepełnosprawność z kolei to ograniczenie wynikające ze sposobu funkcjonowania społeczeństwa, polegającego na dyskryminacji i wykluczaniu osób, których ciała odbiegają od wyznaczonej przez społeczeństwo normy zdrowia. Rozróżnienie to przyjęła w 1980 roku WHO. Niepełnosprawność wynika nie tylko z kondycji ciała, ale i ze sposobu, w jaki na odmienność czy niesprawność ciała reagują inni.
Książka Marii Reimann jest próbą zrozumienia kiedy i jak powstaje niepełnosprawność, w dużej mierze autobiograficzną, osoby niedowidzącej, choć w równym stopniu opartą na wywiadach z kobietami z zespołem Turnera. Taki wybór bohaterek bardzo uwidacznia różnicę między niesprawnością, nieoczywistą na pierwszy rzut oka, ujawniającą się z czasem, a powstającą w wyniku tego niepełnosprawnością.
Nacisk położony jest w książce na rozmowę, uważne słuchanie i na przedstawienie z wielką empatią indywidualnych doświadczeń, a także na podzielenie się z innymi własnymi przeżyciami. Stąd tak wiele w niej poruszających emocje historii.
Jak twierdzi autorka, a co wydaje się bardzo trafne, życie z niepełnosprawnością jest poruszaniem się między dwoma biegunami. Między poczuciem wyjątkowości - wyjątkowej niesprawiedliwości, wyjątkowej krzywdy, wyjątkowej dzielności, wyjątkowego wysiłku a poczuciem zwyczajności, normalności. Książka pokazuje długą drogę do samoakceptacji: pokonywanie ograniczeń, szukanie rozwiązań problemów, walka ze stygmatyzacją, próby wpisywania się w normy osób zdrowych, pytania na ile jest to konieczne, poszukiwanie wsparcia wśród osób podobnych sobie (problematyczne, bo z jednej strony dające ulgę i uśmierzające poczucie osamotnienia, z drugiej stanowiące zagrożenie zamknięcia się wśród swoich). Poruszająca się między dwoma skrajnościami, między wyjątkowością a normalnością, niepełnosprawna osoba nie jest sama - są z nią rodzice, nauczyciele, koledzy w szkole, partnerzy życiowi, jej własne dzieci. Ich perspektywa też jest w pewnym stopniu uwzględniona i opisana.
Opowiadanie o niepełnosprawności jest dzieleniem się niełatwą częścią doświadczenia ludzkiego. Wymaga otwartości zarówno od osoby, która przedstawia swoją historię, jak i zwłaszcza od słuchacza czy czytelnika. Wymaga od niego wstrzymania się od pochopnych ocen, odrzucenia stereotypów, uważności. Wtedy dopiero może się zrodzić prawdziwe zrozumienie i współczucie, które, co najważniejsze, nie będzie zasłaniać drugiego człowieka. Książka, taka jak Nie przywitam się z państwem na ulicy Marii Reimann może być w tym bardzo pomocna - uczy empatii.
piątek, 28 lutego 2020
"Pogrzebać kajdany", Adam Hochschild

Kiedy wyjdzie się ze stacji londyńskiego metra Bank, przetnie kilka przecznic i skręci w podwórze, można zobaczyć jedynie kilka niskich, nijakich budynków, stary pub, a wreszcie, właśnie w tym miejscu, wysoki budynek ze szkła i stali: 2 George Yard. Po stojących tu niegdyś księgarniach i drukarniach nie został żaden ślad, nic też nie przypomina o owym wiosennym dniu sprzed ponad dwustu laty, kiedy do budynku weszło kilkunastu mężczyzn - mieli tu zasiąść do spotkania. Było to posępnie wyglądające towarzystwo, większość z nich w czarnych wysokich kapeluszach. Miasta wznoszą pomniki królom, premierom, generałom, ale nie jakimś zwykłym i niezajmującym żadnych oficjalnych stanowisk obywatelom, którzy pewnego razu zebrali się w drukarni. Jednak to, co rozpoczęli ci obywatele, odbiło się szerokim echem na całym świecie i do dziś odczuwamy tego efekty.
22 maja 1787 roku w londyńskiej drukarni zebrało się kilkunastu mężczyzn, którzy za cel swego działania obrali zniesienie niewolnictwa. Zadanie, jakie przed sobą postawili było kolosalne. Na tamte czasy przypadało bowiem apogeum handlu ludźmi. Każdego roku kilkadziesiąt tysięcy zakutych w łańcuchy Afrykanów ładowano na statki niewolnicze i przewożono do Nowego Świata. Przeważająca większość ludzi w Wielkiej Brytanii akceptowała niewolnictwo, a zyski z zachodnio-indyjskich plantacji i cła z importu cukru trzcinowego produkowanego przez niewolników były ważnym źródłem dochodów państwa. Handel zaś niewolnikami dawał pracę dziesiątkom tysięcy żeglarzy, kupców i szkutników przyczyniając się do rozwoju portów, w tym Londynu. Pierwszym zadaniem jakim wyznaczył sobie nowo powstały komitet było zdelegalizowanie handlu niewolnikami, a był on wielkim przedsięwzięciem - w latach 1660 -1807 do zamorskich kolonii Wielkiej Brytanii statki przewiozły trzy razy więcej osób z Afryki niż Europejczyków. Zapotrzebowanie na niewolników w Nowym Świecie było ogromne, ponieważ zapracowywali się oni na śmierć błyskawicznie, zwłaszcza na plantacjach trzciny cukrowej w Indiach Zachodnich.
W swojej książce Pogrzebać kajdany Adam Hochschild opowiada o powstaniu pierwszego powszechnego ruchu obywatelskiego, który zaledwie w ciągu kilku lat sprawił, że kwestia niewolnictwa znalazła się w centrum brytyjskiego życia politycznego. W każdym większym mieście zaczął działać komitet abolicjonistyczny. Zostały wynalezione i użyte wszystkie istotne narzędzia, jakimi posługują się do dziś ruchy obywatelskie: ulotki, petycje, śledztwa dziennikarskie, książki, spotkania z ich autorami, bojkoty konsumenckie, plakaty z ikonicznymi wizerunkami (jednym z najsławniejszych był rysunek statku Brookes). Kim byli ci, którzy rozpoczęli ten ruch abolicjonistyczny w 1787 roku, a także wszyscy inni, którzy później się do niego przyłączyli? Kwakrami, drukarzami, muzykami, pastorami, właścicielami fabryk porcelany, ekscentrykami, którzy tłukli filiżanki z herbatą i cukrem na przyjęciach, byłymi niewolnikami (w ówczesnym Londynie mieszkało takich osób kilka tysięcy). Wreszcie zwykłymi ludźmi, jak dziesięć tysięcy mieszkańców Manchesteru, którzy jako jedni z pierwszych podpisali petycje do parlamentu, czy później, owe trzysta tysięcy odmawiający spożywania cukru z trzciny zbieranej przez niewolników.
![]() | |
| Projekt medalionu przygotowanego, między innymi, przez producenta porcelany J. Wedgwooda dla kampanii abolicjonistycznej. |
Próbowałem przekonać się, że to co napisałem w eseju, nie może być prawdą. Im jednak bardziej się nad tym zastanawiałem - a raczej nad świadectwami, na których oparłem swój tekst - tym bardziej w nie wierzyłem. (...)Ujrzawszy Wades Mill w Hertfordshire, usiadłem niepocieszony przy drodze, trzymając za uprząż mojego konia. Tam przyszła mi do głowy myśl, że jeśli zawartość mojego eseju jest prawdziwa, to nadszedł czas, by ktoś położył kres tej nieprawości."
Kilka miesięcy minęło za nim dotarło do niego, że tym kimś powinien być on sam.
Hochschild, mimo że opowiada jedną z bardziej optymistycznych historii o tym, że ludzkie zaangażowanie przynosi pozytywne zmiany, nie zamyka oczu na rzeczywistość. Abolicjonistom, mimo popełnionych błędów, w stosunkowo krótkim czasie udało się przekonać opinię publiczną (specyficzna sytuacja wewnętrzna Wielkiej Brytanii była tu okolicznością sprzyjającą). Zniesienie niewolnictwa wymagało jednak zmian prawa. Właściciele niewolników, w tym także Kościół anglikański, byli bogatą, uprzywilejowaną warstwą społeczną, licznie reprezentowaną w brytyjskim parlamencie. Wiele lat trwające batalie o wprowadzenie prawnego zakazu niewolnictwa prowadzą do przygnębiającego wniosku. Ludzie nie wyrzekają się swoich dochodów i przywilejów póki nie zostaną do tego zmuszeni, przeważnie przez wojny lub rewolucje. Przegrana wojna z powstającymi Stanami Zjednoczonymi (na marginesie: George Washington prezentował postawę, nawet jak na właściciela niewolników, wyjątkowo obrzydliwą), wojna z Francją, zwłaszcza napoleońską rozgrywająca się również w zamorskich koloniach, a przede wszystkim krwawe powstania niewolników na Karaibach (Saint-Domingue, Jamajka) przynoszące wielkie straty w brytyjskiej armii i spadek cen cukru były też, oprócz stałego nacisku opinii publicznej, czynnikami wpływającymi na zniesienia niewolnictwa. Wieloletnia walka prowadzona z różnym natężeniem zakończyła się w roku 1833 sukcesem, bo abolicjoniści wprowadzili trwałą zmianę w świadomości społecznej. Nigdy nie należy wątpić w to, że mała grupa przejętych, zaangażowanych w sprawę ludzi może zmienić świat. Tak naprawdę to jedyny sposób.
niedziela, 23 czerwca 2019
"Powrót. Ojcowie, synowie i kraj pomiędzy nimi", Hisham Matar
Hisham Matar powrócił po latach do kraju swojego dzieciństwa, Libii, w momencie, gdy sytuacja w nim po arabskiej wiośnie napawała kruchą nadzieją. Kraj był na krawędzi noża, ale perspektywy na to, że zapanuje w nim wolność i demokracja były wciąż otwarte. Istniał też cień szansy, że w którymś z otwieranych wiezień odnajdzie się zaginiony ojciec. Hisham Matar urodził się w Nowym Yorku, gdzie jego rodzice znaleźli się czasowo po przyjściu Kadafiego do władzy, później wrócili do Libii, by z niej uciec po ośmiu latach do sąsiedniego Egiptu. Życie ich jako uchodźców politycznych było ciągle zagrożone i w końcu groźba się urzeczywistniła: ojciec został porwany i uwięziony w ciężkim wiezieniu w Libii.
Autobiograficzna książka Matara, nagrodzona Pulitzerem w 2017 roku, opowiada zwięźle o historii Libii, o jej kolonialnej przeszłości, ludobójstwie jakiego dopuściły się rządy Mussoliniego, odzyskaniu niepodległości, a przede wszystkim o dyktaturze Kadafiego, skupiając się na masakrze w więzieniu Abu Salim. Mówi także o ludziach, którzy pewnego dnia stanęli na placach domagając się sprawiedliwości, co dało początek arabskiej wiośnie w Libii. Nie jest to jednak reportaż wyłącznie dla osób zainteresowanych najnowszymi dziejami krajów północnej Afryki, wręcz przeciwnie, to bardzo uniwersalna opowieść. Na pierwszy plan wysuwa się historia rodzinna opowiadająca o silnym związku między ojcem a synem. Liczne są też odwołania do kultury europejskiej, poczynając od Odysei; reportaż zanurzony jest wręcz w zachodnim malarstwie i literaturze. Obrazy afrykańskiej codzienności, zwyczajów rodzinnych, przytaczana poezja arabska, siłą kontrastu, wybrzmiewają bardzo egzotycznie. Zachwyt budzi subtelność opisów ukazujących intymność relacji, notujących uczucia, dziecięce obserwacje, ulotne wrażenia.
Powrót. Ojcowie, synowie i kraj pomiędzy nimi to opowieść o życiu w zawieszeniu. Wynika ono z ciągłego oczekiwania, że kiedyś właśnie powrót do kraju rodzinnego będzie możliwy, ale przede wszystkim dotyka bliskich osób zaginionych. Ojciec zniknął z życia Hishama Matara, gdy ten miał dziewiętnaście lat. Zostały po nim rozpacz, strach dotyczący jego losów, ogromna tęsknota. Niewiedza co się z nim stało, niemożność poznania prawdy, miotanie się od rozpaczy do nadziei wpłynęła na inne relacje, na całe życie Hishama. Fazy gorączkowego szukania wieści, działania, (autorowi udało się przeprowadzi dużą kampanię na rzecz uwolnienia swojego ojca i innych więźniów politycznych w Wielkiej Brytanii w czasie zbliżenia brytyjsko-libijskiego, gdy Libia wzięła odpowiedzialność za zamach nad Lockerbie), przeplatają się z okresami całkowitej bezradności. Związek z nieobecnym ojcem staje się skomplikowaną i silną więzią składającą się z przywiązania i poczucia straty. A czas płynie, ślady są zacierane. Walka o prawdę jest, jak pokazuje książka, bardzo trudna, wymagająca wytrwałości. Trzeba działać wbrew świadomości jak łatwo ludzka natura ulega zmęczeniu, jak nie jesteśmy gotowi, by słuchać, i z jaką ochotą zadowalamy się kłamstwami. Władza z pewnością wie, że ostatecznie wolimy nie wiedzieć. Władza musi wierzyć, jeśli wziąć pod uwagę naturalny bieg rzeczy, że świat został stworzony dla sprawcy, a nie dla tych, którzy zjawiają się po fakcie, domagając się sprawiedliwości, rozliczenia lub prawdy. Władza z pewnością uznaje takie starania za żałosne, choć osierocony, świadek, śledczy i kronikarz mogą tylko podejmować próby nadania sensu diabolicznemu chaosowi.
_____________
Wpis bierze udział w wyzwaniu: Pod hasłem
niedziela, 16 czerwca 2019
"Atlas wysp odległych", Judith Schalansky
Kartografię charakteryzuje pewien stopień fikcyjności. Mapy polityczne potrafią, to jasne, dezaktualizować się dość szybko. Jeśli istnieje konflikt, to każda ze stron ma swoją mapę. Judith Schalansky, autorka Atlasu wysp odległych, przekonała się o tym na własnej skórze. Gdy państwo, w którym się urodziła, NRD, przestało istnieć, okazało się, że w niektórych atlasach oznaczone było od początku jako nieistniejące czy tymczasowe i opatrzone nazwą - Radziecka Strefa Okupacyjna.
W przypadku map fizycznych warto uświadomić sobie sposób w jaki przedstawiają one rzeczywistość. Dla kartografów jest oczywiste, że nie jest możliwe dokonanie projekcji zakrzywionej powierzchni Ziemi na płaszczyznę w taki sposób, by obraz był wierny jednocześnie pod względem powierzchni, długości i kątów. Dwuwymiarowa mapa kuli jest więc kompromisem. Im dalej położone od równika obszary, tym są one mniejsze w rzeczywistości niż na mapie, na przykład: prawie cała Rosja zmieści się w Afryce Północnej i na Półwyspie Arabskim. Na to nakłada się arbitralność kierunków: co ma się znajdować na środku mapy a więc w centrum, co u góry (instynktownie uważamy to za ważniejsze), co na dole. Australijczycy, w sprzeciwie do standardowej konwencji każącej umieszczać północ u góry, drukują mapy do góry nogami, w których świat obrócony jest o 180 stopni. Atlasom łatwo też wytworzyć w naszych umysłach błędne przekonania poprzez pokazywanie osobno poszczególnych kontynentów i ich części. Oto dwa przykłady: Nowy York leży bardziej na południu niż się wydaje, prawie dokładnie na szerokości geograficznej Neapolu, a Warszawa znajduje się na północ od Londynu.
![]() |
| Najlepszym sposobem czytania Atlasu wysp odległych jest otworzenie go od czasu do czasu na dowolnej stronie. Wyspa Rapa Iti należąca do Polinezji francuskiej. |
Atlas wysp odległych ma podtytuł Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nie będę. Jest zapisem tęsknoty za miejscami, których nigdy nie odwiedzimy. Jeśli kartografia, jak chce autorka, jest rodzajem literatury, to dlatego że w czasie podróży palcem po każdej mapie wzywa do zadania sobie pytania: Jak tam jest?
niedziela, 17 lutego 2019
"Kot. Historia i legendy", Laurence Bobis
Udomowienie kota wiąże się z rozwojem rolnictwa i Laurence Bobis opisuje krótko te początki, a także powszechnie znany kult jakim otaczano koty w starożytnym Egipcie. Podaje przy tym interesujące i mało znane szczegóły, jak na przykład: panujący nad Nilem zwyczaj golenia brwi na znak żałoby po śmierci kota. Omawia także dystans z jakim traktowano to zwierzę w świecie grecko-rzymskim. Arystoteles pisze o kocie, jako o przedstawicielu fauny nilowej i przypisuje mu wybujały temperament. Cyceron cześć jaką otaczany jest w kulturze egipskiej kot traktuje drwiąco. Autorka zwraca uwagę, że skojarzenia, które wydają się nam tak oczywiste, niekoniecznie były takie w przeszłości. W starożytności częściej zwierzęciem stawianym w parę z kotem nie jest, tak oczywista dla nas, mysz, lecz ptak. I ma to metaforyczne znaczenie - kot łowiący ptaki jest utożsamiany z uwodzicielem "polującym na dziewczęta".
Kot staje się zwierzęciem pospolitym już we wczesnym średniowieczu o czym świadczy jego obecność w mitologii skandynawskiej (historia o Thorze, któremu udaje się unieść tylko jedną łapę kota) i zapiski w kodeksach irlandzkich i walijskich. Zwłaszcza te ostatnie szczegółowo regulują rożne kocie kwestie, między innymi, jak ma wyglądać odszkodowanie za kradzież kota - złodziej winien sypać proso przeznaczone do zmielenia, aż do chwili, gdy zakryje ono zwierzę. Sekret unieruchomienia kota w czasie tej procedury nie przetrwał do naszych czasów.
Jednak ogólnie stosunek do kota w średniowieczu jest ambiwalentny. Oczywiście kot pełni kluczową funkcję ekonomiczną i profilaktyczną, chroni domy przed gryzoniami, ale jednocześnie balansuje na granicy tego, co swojskie i dzikie, uosabia naturę silniejszą niż wychowanie. Jest też dla człowieka zwierciadłem, w którym widać zdeformowane ludzkie wady, takie jak: spryt, pożądliwość, zmienność, rozwiązłość, złośliwość, łakomstwo, hipokryzja. Porównanie kobiety do kota pojawia się często w mizoginicznych tekstach średniowiecznych. Kotka, według autora włoskiego pamfletu, to istne "godło kobiety", raz jest łakoma i podstępna, to znowu perfidna lub przymilna. Podobnie jak kot kieruje się instynktem i głosem ciała. Nawet jeśli w średniowieczu kot jest znacznie częściej krytykowany niż chwalony, to jednak właśnie wtedy zostaje ukazany związek miedzy kotem a człowiekiem.
![]() |
| Pierwsze zdjęcie kota z 1885 roku, Imperium Brytyjskie, fot. Harry Pointer; kot miał na imię Szach. Źródło zdjęcia: histografy.pl |
Pisanie o jakimś zjawisku świadczy o jego występowaniu. Jeśli kot miał być, jak podkreślano, wyłącznie zwierzęciem użytkowym i potępiano przyjemność jaka płynie z towarzystwa kota, a także zastanawiano się nad kwestią czy pustelnik jest naprawdę samotnym pokutnikiem oddanym tylko Bogu, jeśli towarzyszy mu kot, to ludzi lubiących koty musiało być w średniowieczu więcej niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. I tu warto przytoczyć z bogactwa kocich spraw poruszanych przez książkę interesującą kwestię koloru sierści, bo pośrednio łączy się ona z nieufnością z jaką duchowni patrzyli na relację człowiek kot. Utożsamienie czarnego kota z siłami zła, czy wręcz diabelskimi nie było początkowo w średniowieczu oczywiste. Często diabła przedstawiano jako rudego mężczyznę, więc rude koty zaczęły być z nim kojarzone. Wierzono powszechnie, że głaskanie białego kota, ze względu na jego urodę sprawia większą radość niż głaskanie inaczej umaszczonego zwierzęcia, więc biały kot był podejrzany jako ten, który kusi do zła. Pewien franciszkanin stworzył opowieść o białym kocurze o imieniu "Zły Pan". Dopiero później kot koloru czarnego staje ulubionym wcieleniem szatana i jego stereotypowe wyobrażenie coraz silniej utrwala się w kolejnych opisach: jest to czarny kot nieprzeciętnych rozmiarów. Autorka snuje przypuszczenia, że to może dominikanie odegrali znaczącą rolę w rozpowszechnieniu się wyobrażenia satanistycznego kota i utrwaleniu w kulturze antagonistycznej pary psa i kota. W drugiej połowie dwunastego wieku pojawia się motyw kota-idola, który objawia się heretykom. Przenika on potem do legendy o świętym Dominiku, założycielu zakonu dominikanów powołanego do walki z herezją. Zakonu, którego nazwa przywołuje łacińskie słowa: Domini canes, czyli dosłownie "psy Pana".
Wróćmy do tak zachwalanej w średniowieczu użyteczności kota. Podstawowym jego obowiązkiem było łowienie myszy, ale bywał też używany do innych celów. Spożywanie kotów było kontrowersyjne, nakładano pokutę na osobę, która dopuściła się takiego czynu. Hildegarda z Bingen twierdziła, że jedzenie mięsa kota sprawia, że ciało ogarnia szaleństwo, ale ślady archeologiczne we Francji wskazują, że w wypadku klęski głodu zwierzęta te były zjadane. Z drugiej zaś strony składniki pochodzące z ciała kota stosowano w leczeniu różnych dolegliwości i sporządzania medykamentów. Traktowanie kota jako zwierzęcia futerkowego było powszechne, więcej, w ramach propagowania skromności w zakonach nakazywano noszenie futra tylko z owcy, kota i królika. Autorka pisze, że w średniowieczu pojawia się wiele opowieści o przypalonym kocie, wskazującym na powszechność praktyki przypalania futerka kota, by bronić go przed kuśnierzem. Z czasem nabierają one przenośnej treści o tym, że prawdziwa wartość skrywana jest pod brzydotą, a także służą do krytykowania zamiłowania kobiet do strojenia się.
Książka traci swój rozmach przechodząc do omawiania czasów nowożytnych. Renesans przynosi zmianę relacji człowiek - kot. Ludzie chętnie okazują przywiązanie kotom, zachowują się ich imiona, a wady im przypisywane przekształcają się w zalety. W czasie Rewolucji francuskiej sławi się je jako wolne i niezależne zwierzęta. W XIX wieku powstają pierwsze organizacje mające chronić koty przed ludzkim okrucieństwem. Kot. Historia i legendy kończy się rozdziałem o gloryfikacji kota w literaturze, czego przykładem ma być pierwsza powieść, w której kot jest narratorem, czyli Kota Mruczysława poglądy na życie E. T. A. Hoffmana z 1822 roku. Późniejsze czasy przynoszą wysyp kotów literackich, by wymienić najbardziej znane: Pluto z opowiadania E. A. Poego Czarny kot, Kot z Cheshire z Alicji w krainie czarów, koty z wierszy T. S. Eliota, Behemot z Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. Współczesna literatura charakteryzuje się więc bogactwem utworów o kotach w porównaniu ze średniowieczem, z której to epoki zachował się jeden sławiący kota wiersz na marginesie rękopisu irlandzkiego z IX wieku. Poemat opowiada o biały Pangurze i padają w nim słowa, które można odnieść do wszystkich kotów świata:
I zna swoje ścieżki własne
niedziela, 25 listopada 2018
"Ofiary losu. Inna historia Polski", Krzysztof Iszkowski
Ofiary losu. Inna historia Polski Krzysztofa Iszkowskiego to zbiór tekstów o charakterze publicystyczno-historycznym. Książka podzielona jest na cztery części. Pierwsza obejmuje okres od średniowiecza do zwycięstwa kontrreformacji, druga dotyczy stosunków polsko-rosyjskich, trzecia okresu międzywojennego i II wojny światowej, czwarta poświęcona jest "Solidarności" i transformacji ustrojowej w 1989 roku. Punktem wyjścia jest znakomity pomysł - znalezienia w historii Polski momentów przełomowych, które pchnęły kraj w zupełnie innym kierunku, zadecydowały o jego rozmiarach i geopolitycznej orientacji. Iszkowski wskazuje, że najbardziej interesują go zdarzenia losowe lub decyzje wąskich grup albo wręcz pojedynczych osób, zazwyczaj kierujących się własnymi interesami, o ile konsekwencje przypadku lub podjętych działań miały charakter długotrwały. Przy tak postawionej sprawie zjazd gnieźnieński, bitwa pod Grunwaldem, insurekcja kościuszkowska były, według autora, wydarzeniami w zasadzie mało istotnymi, bo bez długookresowych następstw. Kluczowy wpływ na dzieje Polski natomiast miała bitwa pod Legnicą w 1241 roku, śmierć Kazimierza Wielkiego, unia z Litwą, brak zgody Zygmunta III Wazy na objęcie przez jego syna tronu rosyjskiego czy zażegnanie kryzysu bydgoskiego w 1981 roku, by podać kilka przykładów omawianych w książce.
Ofiary losu... są dobrą pozycją popularyzatorską. Ciekawą na poziomie faktów, bo czytelnik dostaje, na przykład uzasadnienie dlaczego traktat wersalski nie był dobrym rozwiązaniem dla Europy. Poznaje sedno zamieszania po śmierci Kazimierza Wielkiego, które doprowadziło do wydania Jadwigi za Jagiełłę i zmieniło podstawy ustrojowe państwa. Także wyobrażenie o panującej za Jagiellonów tolerancji religijnej stanie się po przeczytaniu książki bardziej realistyczne. Iszkowski dokonuje również interesujących poznawczo analiz związków przyczynowo-skutkowych i pokazuje realne następstwa wydarzeń historycznych. To najbardziej wartościowa część książki. Trochę mniej przekonujące w tych ćwiczeniach z rozumienia historii są jej wersje alternatywne zaproponowane przez autora, na przykład powstanie Sławii. To fascynująca, choć raczej niemożliwa, opowieść o utworzeniu państwa łączącego Czechy i Polskę za panowania Bolesława Chrobrego, który był po kądzieli spadkobiercą czeskich władców. Przeszkodami do takiego scenariusza było zbyt wielu chętnych kandydatów do tronu czeskiego plus wschodnia ekspansja niemiecka. Następną alternatywną historią, która wydaje się mało prawdopodobna, jest długotrwała unia z Moskwą na wzór unii z Litwą. Autor nie docenia tu różnicy wyznania, jakby zapominając, co napisał o postępującym fanatyzmie religijnym rozdział wcześniej. Kontrreformacyjny katolicyzm nie dałby się pogodzić z prawosławiem.
Książka nie jest pozbawiona wad. Zacznijmy od najmniejszej, którą jest brak dostatecznej korekty. Otóż, co dowiaduje się czytelnik o warunkach pogodowych w Rosji w roku 1812: od 10 listopada temperatura utrzymywała się na poziomie -100°C, a na początku grudnia spadła do -370°C (str. 98). Inne literówki nie są już tak spektakularne. Autora czasami ponosi publicystyczna werwa - porównania odnoszące się do współczesności są mało trafne (Litwa za czasów jagiellońskich jako start-up?). O wydarzeniach 4 czerwca 1989 roku Iszkowski pisze: Dynamika przypominała bardziej dekolonizacje niż rewolucję: podobnie jak Belgowie w Kongo, PZPR zmuszona była oddać władzę, ale zrobiła to na własnych warunkach. Podkreślenie różnicy między rewolucją a przemianami w Polsce przez porównanie tych ostatnich do dekolonizacji jest może słuszne, ale dlaczego akurat Konga, zwłaszcza, że autor ciągnie dalej tę analogię, co jest mało adekwatne do sytuacji obu państw. Oprócz zdarzających dziwnych porównań i kulawych analogii można też podczas lektury odnieść wrażenie nieuzasadnionej kategoryczności niektórych stwierdzeń.
Styl więc, w jakim książka jest napisana, sprawia, że nie można zaliczyć jej do wybitnej eseistyki historycznej, co nie przekreśla jej wartości. Moim celem - pisze autor - nie jest odkrywanie "białych plam", lecz spojrzenie świeżym okiem na plamy i zacieki doskonale już znane oraz sprawdzenie, czy nie układają się przypadkiem w jakiś oczywisty, choć dotąd niedostrzegany wzór. I te zamiary udało się Iszkowskiemu spełnić. Ofiary losu... są dobrą lekcją historii, prowokującą do dyskusji, wybijającą z utartych kolein myślowych, świeżym spojrzeniem potrzebnym w czasach, gdy historię zastępuje się polityką historyczną.
niedziela, 4 listopada 2018
"Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim", Jon Krakauer
Książkę stanowią opowiedziane z dużą empatią indywidualne historie młodych kobiet. Dają one obraz funkcjonowania amerykańskiego, stanowego prawa. Według niego, kary za gwałt są surowe (w pewnych okolicznościach przepisy pozwalają na zasądzenie nawet stu lat więzienia). Ale cóż z tego, kiedy są one fikcją i wszczęcie postępowania sądowego, nie mówiąc już o uzyskaniu wyroku, jest cudem. Jeśli ofiara przejdzie pomyślnie czynności policyjne, decyzję o dalszym procedowaniu podejmuje prokurator, od którego postanowień nie ma procedury odwoławczej. Jedynym sposobem kontroli prokuratorów są wybory. Reportaż pokazuje, że taka weryfikacja może zawieść z różnych powodów, często politycznych. W przypadku Missoulii problem tkwił także w tym, ze sprawcami gwałtów byli członkowie miejscowej drużyny futbolowej a kibicowanie jej było istotną częścią tożsamości społecznej. Dodatkowo obowiązująca w Stanach Zjednoczonych zasada kontradyktoryjności w sporach sądowych sprawiająca, że o wiele częściej wygrywa strona silniejsza ekonomicznie, prowadzi do tego, że ofiary na odrobinę sprawiedliwości mogą liczyć tylko w uczelnianym postępowaniu dyscyplinarnym. Konsekwencją tego ostatniego dla sprawców jest nagana lub ewentualnie wydalenie z uczelni.
Oprócz przejmująco opowiedzianego procesu tworzenia się patologii w systemie prawnym obowiązującym w Missoulii, reportaż Jona Krakauera ma wymiar uniwersalny. Najbardziej wartościowe jest w nim to, że opisując konkretne, lokalne wydarzenia, rozwiewa wiele błędnych wyobrażeń i mitów narosłych wokół gwałtu. Kilka z nich wydaje się warte przytoczenia.
Szeroko przyjętym stereotypem, o którym pisze autor, jest przeświadczenie, że fałszywe zarzuty o gwałt są częstym zjawiskiem. Przekonanie to przyczynia się do negatywnych postaw wobec ofiar, które zgłaszają przestępstwo, ze strony, między innymi, funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. Gdy tymczasem, według badań, częstość występowania fałszywych zarzutów o gwałt wynosi od dwóch do dziesięciu procent wszystkich zgłoszeń. Jest to liczba porównywalna z nieprawdziwymi oskarżeniami dotyczącymi innych przestępstw. A jednak przypadku tych ostatnich rutynowo zakłada się, że zgłaszający mówią prawdę. Niedowierzanie ofiarom gwałtu oczywiście wiąże się ze słabszą pozycją kobiet w społeczeństwie.
Ten czynnik kulturowy może również wchodzić w grę w kwestii reakcji na gwałt. Oto opinia jednej z badaczek przytoczona w książce: Gwałt jest tak traumatycznym przeżyciem, że często prowadzi do pozornie dziwacznych zachowań. W przypadku bardzo wielu gwałtów, które badałam, kobiety nie wzywały pomocy ani nie dzwoniły na policję (...) Jesteśmy wychowywane tak, by być miłymi osobami, a nie powodować tarcia. Kobiety mają rozwiązywać problemy bez robienia scen, a złe rzeczy usuwać z pola widzenia, jak gdyby nigdy się nie zdarzyły. Reakcje ofiar na gwałt, zarówno w czasie zdarzenia, jak i potem, są często sprzeczne z intuicją i budzą w osobach postronnych zdziwienie i niedowierzanie. Dobrze mieć świadomość, że nieracjonalne zachowania są powszechnie występującą odpowiedzią psychiki na traumę.
Rozpowszechnionym mitem jest też wyobrażenie gwałciciela. Na szczęście, przekonanie o nieprawdziwości tego obrazu dociera do świadomości coraz większej liczby osób. Gwałciciel to nie facet w kominiarce, dzierżący w ręku nóż, przyczajony w krzakach. Szacuje się, że około osiemdziesięciu pięciu procent wszystkich gwałtów jest popełnianych przez sprawców, którzy w jakiś sposób są ofierze znani, i jedynie niewielki ich odsetek jest potem ścigany przez wymiar sprawiedliwości. Reportaż przytacza dwa badania nad niewykrytymi sprawcami gwałtów i jedno z nich dość obszernie omawia - Repeat Rape and Multiple Offending Among Undetected Rapists, autorstwa D. Lisaka, P. M. Millera. To dobrowolne badanie przeprowadzono na losowej próbie 1882 studentów z Uniwersytetu Massachusetts w Bostonie na przestrzeni kilku lat. Średni wiek badanych wynosił dwadzieścia cztery lata. Badanie polegało, między innymi, na wypełnianiu kwestionariuszy, w których nie występowało słowo "gwałt" czy "atak". Jednak: Uczestnicy wiedzieli, ze będą musieli odpowiedzieć na pytania typu: "Czy kiedykolwiek odbyłeś stosunek seksualny z kimś, nawet jeśli tego nie chciał, ponieważ był pod wpływem alkoholu lub narkotyków i nie mógł oprzeć się twoim działaniom (np. zdejmowaniu ubrania)? lub: "Czy kiedykolwiek uprawiałeś seks oralny z osobą dorosłą, która tego nie chciała, a zgodziła się, ponieważ użyłeś lub zagroziłeś użyciem siły fizycznej (wykręcając jej ręce, kładąc na siłę lub coś podobnego)?" Wyniki okazały się wstrząsające. Ponad sześć procent badanych zostało zidentyfikowanych jako gwałciciele. Takiej, mniej więcej, liczby się spodziewano. Szokujące było, że około sześćdziesięciu procent z z nich (siedemdziesięciu sześciu mężczyzn, cztery procent całej próby) okazało się recydywistami odpowiedzialnymi za przeszło czterysta gwałtów (średnio każdy z nich popełnił niemal sześć). Wnioski też są jasne. Prawdopodobieństwo, że dany gwałt został popełniony przez seryjnego przestępcę lub, że sprawca dopuści się ponownie podobnego czynu jest bardzo duże. Badania są w tej kwestii jednoznaczne. policja i prokuratorzy powinni mieć co do tego jasność. Zgłaszając gwałt, ofiara daje im możliwość odizolowania takiego faceta od społeczeństwa. Jeśli natomiast zrezygnujemy z prowadzenia sprawy, bo ofiara była pijana lub znana z rozwiązłości, czy zresztą z jakiegokolwiek powodu, sprawca prawie na pewno spróbuje zgwałcić kolejne kobiety.

















