Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lipca 2024

"Komisarz" C. J. Sansom


Komisarz
C. J. Sansoma to wciągający kryminał historyczny. Jego akcja rozgrywa się za panowania Henryka VIII, dokładnie w roku 1537. Rok wcześniej Anna Boleyn została ścięta. Jej małżeństwo z królem spowodowało oddzielenie się Anglii od Rzymu, śmierć jednak nie zahamowała postępującej Reformacji. W tym czasie na czele zmian w angielskim Kościele stanął Thomas Cromwell, będący właśnie u szczytu swojej potęgi. Zarządził on przejęcie wszystkich klasztorów i ich majątków na rzecz Korony. Spowodowało to bunt na północy kraju i trzeba się było czasowo przynajmniej wycofać z tych planów i załatwić rzecz bardziej dyplomatycznie. Do jednego z ważniejszych klasztorów w królestwie został więc wysłany w dyskretnej misji specjalny komisarz, aby przekonać zakonników wszelkimi możliwymi metodami do dobrowolnego samorozwiązania. Został on zabity w budzących grozę okolicznościach. Wyjaśnienie tego morderstwa Cromwell zlecił  londyńskiemu prawnikowi o nazwisku Matthew Shardlake. Miał on załatwić sprawę jak najszybciej. Ta jednak okazała się bardzo trudna, a w klasztorze doszło do kolejnych morderstw. 
 
Komisarz to powieść kryminalna z zamkniętym kręgiem podejrzanych, intrygująco skonstruowaną zagadką kryminalną, z tropami zręcznie podsuwanymi czytelnikowi, aby mógł sam odgadnąć przynajmniej częściowo jej rozwiązanie i w końcu, z satysfakcjonującym finałem. Wszystko to składa się na dobrze napisany klasyczny kryminał. A żeby nawiązanie do tradycji gatunku było jeszcze pełniejsze mamy w powieści układ: detektyw i jego pomocnik, bowiem Shardlake ma asystenta, który na co dzień pomaga mu w prowadzeniu praktyki prawniczej w Londynie, i którego zabiera ze sobą na miejsce zbrodni do klasztoru. Ponieważ Mark jest dużo młodszy od Shardlake'a, ich relacja ma charakter bardziej mentorski niż przyjacielski. Bywa, że się komplikuje w wyniku porywów młodości prowadzących do kłopotów, a także uczuć mało szlachetnych, jak na przykład: zazdrość. Matthew Shardlake, obdarzony dużą inteligencją i wzbudzający sympatię, nie jest bowiem postacią pozbawioną wad i kompleksów. Te ostatnie są zresztą zupełnie zrozumiałe, gdyż jako osoba z poważną wadą sylwetki, garbem od dzieciństwa, był z jej powodu wyśmiewany i szykanowany. Matthew jest również zaangażowany politycznie - popiera reformy Cromwella. Już jako młody student prawa był pilnym czytelnikiem Erazma z Rotterdamu i stał się gorącym zwolennikiem naprawy Kościoła. Po latach coś w nim jeszcze zostało z tego dawnego idealisty, któremu pod wpływem rzeczywistości, wcielania jego ideałów z młodości w życie, rozwiewają się ostatnie złudzenia, że w sporze między papistami a zwolennikami zmian chodzi o coś więcej niż o pieniądze i władzę.  

Książka Sansoma to też dobra powieść historyczna, a więc historia nie jest tu tylko tłem, fakty z przeszłości mają zasadniczy wpływ na przebieg fabuły, choćby na przykład, żeby nie zdradzać za dużo, proces likwidacji klasztorów na początku XVI wieku w Anglii. Realia historyczne i społeczne są tu wiarygodnie przedstawione, wplecione w opowieść w niedużych dawkach na raz, tak, że całość bardzo płynnie się czyta. Obecne są tez zabawne smaczki historyczne podkreślające koloryt epoki, przykładowo: reakcja londyńczyków na mówiącą papugę. Szkoda tylko, że na tylnej stronie okładki widnieje przyrównanie tej powieści z Imieniem róży Umberto Eco, co ma stanowić zachętę do przeczytania. Jest to niestety miecz obosieczny, bo z jednej strony na pewno przyciągnie odbiorców, z drugiej ponieważ Komisarz, mimo wiernego przedstawienia epoki, nie dosięga głębi prezentacji procesów historycznych u Umberto Eco i poziomu literackiego jego dzieła, to rozczaruje tak nastawionych czytelników, a książka na to nie zasługuje, bo jest świetnie napisaną prozą gatunkową.
 

niedziela, 2 grudnia 2018

"Żmijowisko", Wojciech Chmielarz

Wojciechowi Chmielarzowi udało się napisać bardzo poruszający emocjonalnie thriller psychologiczny. Już sam początek Żmijowiska jest bardzo mocny - książka zaczyna się od opisu dwóch prób samobójczych, a potem czytelnik otrzymuje duży ładunek splątanych emocji: bezsilności, gniewu, poczucia straty, rozpaczy, ale także zazdrości, chciwości, pogardy. Powieść opowiada bowiem o zniknięciu dziecka. W ośrodku agroturystycznym zaginęła nastolatka, Ada, córka Kamili i Arka, którzy spędzali tam wraz z starymi przyjaciółmi ze studiów wakacje. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu, dziewczyna przepadła bez śladu. Po upływie roku od tragedii Arek przyjeżdża jeszcze raz na miejsce wydarzeń.

Napięcie, a książkę czyta się jednym tchem, autor buduje znakomicie za pomocą zabiegu, który w zasadzie ma ułatwiać czytelnikowi zrozumienie tego, co się stało. Narracja ma mianowicie trzy plany czasowe, przeplata się Wtedy (lato 2016 roku, czas zaginięcia Ady) z Teraz (lato 2017 roku, w którym Arek prowadzi poszukiwania) i z Pomiędzy. Zmienna perspektywa czasowa nasila atmosferę niepewności i zagrożenia, a także pozwala odsłonić zawiłe relacje, ukryte uczucia i motywy postępowania bohaterów, a te potrafią być bardzo zaskakujące. Cechą uderzającą u wszystkich postaci jest ich osamotnienie, opuszczenie (szczególnie wstrząsające w przypadku młodszego brata Ady; dziecko wraz z siostrą, tak naprawdę, traci też rodziców) i zupełnie zrozumiała bezsilność. Oprócz Kamili i Arka na pierwszym planie jest jeszcze Adaoma zbierająca materiały do reportażu o zaginięciu i jej partner Robert. W nich też jest jakaś niemożność. Miotają się wśród swoich uczuć i decyzji a z działań, które podejmują przeważnie nic nie wychodzi. Nawet Adaoma, postać niewątpliwie sympatyczna, stojąca najbardziej na zewnątrz "kręgu starych przyjaciół" i targających nimi animozji, podaje się. Porzuca pomysł napisania książki o swojej nigeryjskiej części rodziny, reportaż również, godzi się na rzeczy nieakceptowalne - brak lojalności wobec siebie Roberta, i to na wszystkich polach. Dalszy plan powieści: interesy związane z zakupem ziemi, rzut oka na funkcjonowanie mediów, historia zostawionych sobie samym nastolatków, inspirowana mocno rzeczywistością, nakreślone są przez pisarza bardzo realistycznie i  przygnębiająco.

Osobiście Żmijowisko podobało mi się najmniej z wszystkich przeczytanych książek Wojciecha Chmielarza (Osiedle marzeń, Cienie, Farma lalek), z kilku powodów. Po pierwsze, ta powieść jest mniej płynnie napisana, język wydał mi się trochę niedopracowany. Po drugie, siłą wszystkich kryminałów Chmielarza jest godna podziwu umiejętność kreowania bohaterów. Zawsze są to pełnokrwiste postacie, czasami całkiem zwyczajne, ale bardzo prawdziwe. W Żmijowisku są one natomiast na granicy między zwyczajnością a sztampą, na przykład Ada, stereotypowo nakreślona nastolatka. Po trzecie, wydawało mi się, że autor, budując świetnie napięcie, w pogoni za akcją, upraszcza motywy zachowania bohaterów. Tu byłam w błędzie, ilekroć  coś mnie uwierało w prawdopodobieństwie psychologicznym postaci, okazywało się, że ma to znakomite uzasadnienie w dalszym tekście, ale skutecznie wybijało mnie to z rytmu czytania. Po czwarte może po prostu mniej lubię thrillery niż kryminały. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń od lektury Żmijowiska nie mogłam się oderwać.

niedziela, 11 lutego 2018

"Osiedle marzeń", Wojciech Chmielarz

Osiedle marzeń to czwarty tom z serii kryminałów z komisarzem Jakubem Mortką, ale spokojnie można go czytać bez znajomości poprzednich. Główny bohater, rozwiedziony, obecnie w szczęśliwym związku, da się lubić. Ma swoje wady i niedociągnięcia, ale jest w nim taka sympatyczna zwyczajność, która sprawia, że nie popada w stereotyp zgorzkniałego, nadmiernie pijącego policjanta z problemami. Tym razem przyjdzie mu prowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa popełnionego w Warszawie, na jednym ze strzeżonych osiedli. Wczesnym rankiem zostaje tam znaleziona martwa studentka dziennikarstwa. Oczywistą podejrzaną okazuje się Switłana, zatrudniona na czarno Ukrainka, zajmująca się sprzątaniem. Jak to bywa w kryminałach to, co wydawało się proste szybko się komplikuje i w toku postępowania sprawa przekształca się w zagmatwaną historię, u podłoża której leżą, jak się zdaje, motywy finansowe.

Osiedle marzeń to świetnie napisany kryminał ze wszystkimi jego charakterystycznymi cechami, czyli wciągającą fabułą, pokazanymi wiarygodnie etapami śledztwa, i oczywiście następnymi ofiarami. A jednak, mimo wartko płynącej akcji, autorowi udaje się pokazać, tak niby mimochodem, kawałek rzeczywistości, uwierający i niewygodny: pogardliwe traktowanie ukraińskich pracowników (należy im się póki nie przeproszą za Wołyń), ofiarę coachingu, wszechobecne narkotyki, wojny parkingowe. Słowem, tę dość powszechną iluzję, że od zła da się odgrodzić na bogatym, strzeżonym  osiedlu. Oprócz tego krytycznego spojrzenia jest coś istotniejszego. Jeszcze ważniejsze okazuje się zobrazowanie jak niewielkie sprawki, grzeszki, codzienne frustracje, przymykanie oczu, rozczarowania przeradzają się w wielkie zło.

Ten trzymający w napięciu kryminał, od którego trudno się oderwać ma kilka wad. Jest to wątek uboczny - policjanta, którego przywrócono do służby i z którym szefostwo nie za bardzo wie, co zrobić, więc przydziela go do spraw nierozwiązanych, których rozwikłanie przychodzi mu zdumiewająco łatwo, tu jedynie można zarzucić autorowi lekkie minięcie się z prawdopodobieństwem i przegięcie ze zbiegami okoliczności. Minusem jest też zakończenie - tego się czytelnikowi nie robi, żeby z niecierpliwością czekał na następny tom.

Wpis bierze udział w wyzwaniu "Pod hasłem"

poniedziałek, 17 października 2016

Ariadna Oliver i czytelnicy,

czyli "Słonie mają dobrą pamięć" Agathy Christie.


Teraz  przenosili się do miejsca, gdzie rozlewano kawę i gdzie można było zmienić towarzyszy i pogawędzić z kimś innym. Pani Oliver dobrze wiedziała jak niebezpieczny był to moment. W tej właśnie chwili mogły dopaść ją  i zaatakować inne kobiety. Zasypać wyrazami uwielbienia, a pani Oliver zawsze czuła się rozpaczliwie bezradna, gdy oczekiwano od niej właściwych reakcji. Po prostu nie było czegoś takiego jak "właściwa reakcja". W rzeczywistości rozmowa przypominała posługiwanie się przewodnikiem dla podróżnych z listą właściwych zwrotów.
 Pytanie: "Koniecznie muszę to pani powiedzieć. Uwielbiam pani książki. Są po prostu cudowne".
Odpowiedź zmieszanego autora: "To bardzo miło z pani strony. Bardzo się cieszę".
"Musi pani wiedzieć, że od miesięcy czekałam na to spotkanie. To po prostu wspaniałe."
"Och, to bardzo miło z pani strony. Naprawdę bardzo miło". I dalej w podobnym tonie. Zupełnie jakby żadna ze stron nie była w stanie mówić o czymkolwiek innym. Wszystko musiało dotyczyć twoich książek albo książek tej drugiej kobiety, jeśli tylko było wiadomo, co napisała. Ofiara wpadała w literacką pajęczynę i nie wiedziała, jak się wydostać. Niektórzy to potrafili, lecz pani Oliver była świadoma własnej nieudolności. 

http://www.sadowniczy.pl/pol_pl_Jablon-Szara-Reneta-START-PACK-10332_1.jpg

 Tym razem jednak spotkanie z czytelnikami miało jeszcze bardziej krępujący, acz nietypowy, przebieg za sprawą pani Burton-Cox, która zadała zaskakujące pytanie:
 - Najpierw muszę zapytać panią, choć jestem pewna, że się nie mylę, czy ma pani chrzestną córkę? Chrzestną córkę nazwiskiem Celia Ravenscroft? (...) Jestem pewna, że pani o wszystkim wie albo domyśla się, jak do tego doszło. Czy to jej matka zabiła ojca czy ojciec zabił matkę?

Dziesięć lat wcześniej rodzice Celii zostali odnalezieni martwi w pobliżu swojego domu. Oboje mieli rany postrzałowe. Sąd orzekł podwójne samobójstwo z przyczyn nieznanych. Cień dawnych wydarzeń padł na ich córkę. Ariadna Oliver poczuła się odpowiedzialna za szczęście swojej chrześnicy mającej wyjść za mąż za syna pani Burton-Cox i poprosiła o rozwiązanie tej sprawy Herculesa Poirota.

Słonie mają dobrą pamięć została wydana w 1972 roku i jest ostatnią napisaną przez autorkę powieścią z Herculesem Poirot (Kurtyna powstała około trzydziestu lat wcześniej i z zgodnie z wolą Agathy Christie ukazała się w 1975, gdy pisarka była już pewna, że nie napisze więcej o swoim bohaterze). Trzeba otwarcie powiedzieć, że jest to książka słabsza niż inne w dorobku Christie. Podobna koncepcja śledztwa dotyczącego sprawy z odległej przeszłości mistrzowsko została zrealizowana w powieści Pięć małych świnek i tę książkę mogę szczerze polecić.


Słonie mają dobrą pamięć to też ostatni utwór z Ariadną Oliver. Na zakończenie więc jeszcze kilka zdań z tej książki o stosunku Agathy Christie do własnej twórczości wyrażone za pomocą jej powieściowego alter ego:

W zeszłym tygodniu dostała list od wielbiciela, zaczynający się od: "Czytając Pani książkę widzę, jak szlachetną musi być pani kobietą". Po przeczytaniu "Drugiej złotej rybki" wpadł w ekstazę, która zdaniem pani Oliver była zupełnie nie na miejscu. Nie żeby cechował ją nadmiar skromności. Uważała, że jej kryminały są całkiem dobre w swoim gatunku. Niektóre były gorsze, a inne dużo lepsze od pozostałych. Lecz nie widziała żadnych powodów, by ktokolwiek uważał ją za osobę szlachetną. Była pisarką, która szczęśliwie wyrobiła sobie styl, odpowiadający sporej liczbie czytelników. Ot, łut szczęścia, twierdziła pani Oliver.

poniedziałek, 26 września 2016

Ariadna Oliver i jabłka raz jeszcze,

czyli "Wigilia Wszystkich Świętych" Agathy Christie.

Pani Oliver wyciągnęła z papierowego opakowania wesoło malowane pudełko. Zdjęła wieczko, wzięła niewielki owoc i podniosła go do ust. Oblizała palce, wytarła je w chusteczkę i zamruczała niewyraźnie:
- Lepi się.
- Już pani nie je jabłek? Zawsze widziałem panią z torbą jabłek w ręce. Wciąż pani po nie sięgała. Od czasu do czasu torba pękała i jabłka wysypywały się na drogę.
- Mówiłam panu - rzekła pani Oliver - że nigdy już nie spojrzę na jabłka. Nienawidzę ich. Możliwe, że kiedyś się przemogę i znów zacznę je jeść, ale teraz nie chcę niczego, co kojarzy się z jabłkami.
- A cóż to takiego pani je teraz? - Poirot uniósł wesoło malowane wieczko z rysunkiem palmy i przeczytał: "Tunis dates." Ach więc teraz daktyle. 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/40/Dahab_Egypt_Phoenix_dactylifera.JPG
Palma daktylowa
Chwytanie zębami jabłek pływających w wodzie było jedną z atrakcji przyjęcia w wigilię Wszystkich Świętych. I wtedy to pani Oliver po raz ostatni jadła jabłka. Nabrała do nich wstrętu, gdy w wielkim ocynkowanym wiadrze, służącym do tej zabawy znaleziono zaraz po zakończeniu halloweenowego spotkania utopioną trzynastoletnią dziewczynkę. Dziewczynkę, która wcześniej uparcie twierdziła, że widziała morderstwo.

Akcja powieści toczy się niespiesznie doprowadzając do zaskakującego finału. Zagadka kryminalna jest wciągająca. Hercules Poirota w jej rozwiązywaniu niezawodny. Możemy być pewni, że odkryje kto poczuł się zagrożony na tyle, by pozbyć się nastolatki. Przyjemne jest to mrugnięcie okiem Agathy Christie, że tylko zbrodnia mogłaby sprawić, by przestała lubić swoje ukochane jabłka. I byłby to niezły kryminał, może nie najlepszy tej autorki, ale trzymający poziom, gdyby nie nadmierne narzekanie bohaterów, że czasy zmieniły się na gorsze.

niedziela, 18 września 2016

Ariadna Oliver i wydawca,

czyli "Trzecia lokatorka" Agathy Christie
 
Pani Oliver krążyła niespokojnie po swoim salonie. Była bardzo wzburzona. Przed godziną zapakowała skorygowany ostatecznie maszynopis. Teraz miała odesłać go do wydawcy, który od pewnego czasu zdradzał objawy zniecierpliwienia i co trzy lub cztery dni ponawiał monity.
- No i co? - mówiła autorka zwracając się do urojonego wydawcy. - No i co? Spodziewa się pan czegoś na poziomie. A mnie nie podoba się wcale ta chała. Okropna chała! Pan przecież nie ma zielonego pojęcia, czy to, co ja piszę jest złe czy dobre. W każdym razie, ostrzegałam w porę. Mówiłam, że mam na warsztacie okropne świństwo. A pan na to: "Skąd znowu! Nie wierzę". Teraz się przekonamy... Edith! - krzyknęła uchyliwszy drzwi, a gdy nadeszła pokojówka, kazała jej niezwłocznie odnieść paczkę na pocztę.
- No i co dalej? - podjęła przerwany monolog. - Co teraz robić!


Pani Oliver skończyła powieść i nie miała żadnego zajęcia. Odczuwała pustkę i wiedziała, że stan ten potrwa póki nie pojawi się nowy impuls twórczy, dlatego więc bardzo zaangażowała się w śledztwo prowadzone przez Herculesa Poirota. Tak mocno, że ten ostatni zwrócił się do niej z uwagą: Musi pani wziąć się w garść i popędzać mnie z mniejszą energią. Sprawa zaś, którą starał się rozwiązać zaczęła się bardzo nietypowo. Pewnego dnia zjawiła się u niego młoda dziewczyna szukająca rady w sprawie morderstwa, które, jak sama twierdziła, prawdopodobnie popełniła. Na pierwszy rzut oka Hercules Poirot bardzo ją rozczarował: 
Bardzo mi przykro ... Doprawdy .. Nie chciałabym być nieuprzejma, ale.. - odetchnęła głęboko, spojrzała na detektywa, odwróciła wzrok i wybuchnęła raptownie: - Za stary pan! Nie wiedziałam , że pan jest taki stary. Słowo daję, nie chciałabym być nieuprzejma... Za stary jest pan. Bardzo przepraszam.
Cóż, miała rację. Akcja Trzeciej lokatorki jest osadzona w latach sześćdziesiątych. Ariadna Oliver w Kartach na stół (1936) była damą po czterdziestce, teraz przekroczyła już sześćdziesiątkę; Herculesowi Poirot, o wiele od niej starszemu, lat już się po prostu nie liczy, bo być może okazało by się, że ludzie tyle nie żyją. Nie znaczy to, że nie poradził sobie ze śledztwem, choć obojgu przyszło zmierzyć się ze światem ówczesnej młodzieży. Nowoczesność jawiła się im obco, ale problemy przed jakimi stanęła bohaterka okazały się starej daty. Zaś zagadka kryminalna, jaką zaserwowała Agatha Christie bardzo typowa dla jej twórczości, co nie znaczy, że mało interesująca i na pewno nie chała.

piątek, 9 września 2016

Ariadna Oliver o tym jak trudno ukryć mordercę,

czyli "Tajemnica Bladego Konia" Agathy Christie

Pani Oliver w stanie graniczącym z obłędem snuła się po gabinecie, mamrocząc coś do siebie. Rzuciła na mnie krótkie, obojętne spojrzenie i kontynuowała wędrówkę. Jej niewidzące oczy przesuwały się po ścianach, prześlizgiwały po oknie i od czasu do czasu zamykały się jakby w przypływie bólu.
- Ale dlaczego - mówiła pani Oliver w przestrzeń - dlaczego ten idiota nie mówi natychmiast, że widział kakadu? Dlaczego nie miałby tego zrobić? Nie mógł tego uniknąć! Jeśli jednak nie wspomina o tym, cały pomysł jest zmarnowany. Musi być sposób... musi być.
Jęknęła, chwyciła się za krótkie siwe włosy i szarpnęła je z całej siły. Potem spojrzała na mnie nagle oprzytomniałymi oczami i powiedziawszy: "Halo, Mark. Dostaje szału", kontynuowała swoje skargi.(...)
  Coś nie gra? - spytałem ze współczuciem. - Może lepiej sobie pójdę?- Nie, nie idź. W każdym razie stanowisz rozrywkę.
Przyjąłem ten wątpliwy komplement.
- Chcesz papierosa? - zapytała pani Oliver ze zdawkową gościnnością. - Są tu gdzieś. Zobacz w pokrywie maszyny do pisania.
- Dziękuję, mam własne. Poczęstuj się. Och prawda, nie palisz.
- Ani nie piję. A chciałabym. Jak ci amerykańscy. detektywi mający całe litry żytniówki pod ręka, w bieliźniarce. To rozwiązuje chyba ich problemy. Naprawdę nie wiem, jak można uniknąć kary za morderstwo w normalnym życiu. Wydaje mi się, że od momentu popełnienia morderstwa cała sprawa jest zupełnie oczywista.
- Bzdura. Popełniłaś całą masę morderstw.
- Co najmniej pięćdziesiąt pięć - oświadczyła pani Oliver. - Część dotycząca morderstwa jest łatwa i prosta. Dopiero wyjaśnienie sprawia trudności. To znaczy: dlaczego miałby to być ktoś inny niż morderca? Widać go na kilometr.
- Nie w wykończonym produkcie.
- Tak, ale ile mnie to kosztuje - powiedziała pani Oliver ponuro. - Mów, co chcesz, ale to nie jest naturalne, aby pięć czy sześć osób było na miejscu, kiedy B zostaje zamordowany, i żeby wszyscy mieli motyw do zamordowania go, chyba że B jest piekielnie nieprzyjemny, a w takim wypadku nikogo nie obchodzi, czy został zamordowany, czy nie, i nikt nie troszczy się o to, kto jest sprawcą.
- Rozumiem twój problem - odparłem. Ale jeśli udało ci się uporać z tym pięćdziesiąt pięć razy, będziesz w stanie zrobić to jeszcze raz.
- To właśnie mówię sobie stale, ale za każdym razem nie potrafię w to uwierzyć i przeżywam męczarnie.


W Tajemnicy Bladego Konia  Ariadna Oliver pomaga w śledztwie jednemu ze swoich znajomych Markowi Easterbrookowi. Sprawa dotyczy morderstw, które popełniono na odległość. W pewnym domu, dawniej będącym "Gospodą pod Bladym Koniem", mieszkają trzy kobiety, które służą pomocą w popełnianiu zabójstw doskonałych. Wystarczy życzyć komuś śmierci a osoba ta po pewnym czasie umiera. Zabijanie za pomocą czarnej magii wydaje się niemożliwe, ale wszystko świadczy o tym, że tak to się odbywa. Aby odkryć prawdę, Mark Easterbrook wraz ze swoją przyjaciółką Ginger decyduje się skorzystać z usług "trzech wiedźm". Ariadna Oliver zaś jest sceptyczna, co do swojej roli w wyjaśnianiu tej sprawy. Twierdzi, że sprawy okultystyczne są jej z gruntu obce: - Piszę tylko o bardzo zwyczajnych morderstwach - powiedziała ze skruchą. Brzmiało to tak, jakby mówiła: "Gotuje tylko zwyczajne potrawy." Jednak to ona, w odpowiednim momencie podsunie Markowi i policji kluczową wskazówkę.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie, bo ma pomysłową intrygę i bardzo logiczne, przyziemne rozwiązanie zagadki.

piątek, 2 września 2016

Ariadna Oliver o tym, że nie należy niczego sugerować pisarzowi i raczej nie pytać go o czym pisze,

czyli "Zbrodnia na festynie" Agathy Christie.

(...) Widzi pan, to jest moje morderstwo, że tak powiem. Wszystko przemyślałam i zaplanowałam, wszystkie elementy pasują do siebie jak deski łączone na pióro i wpust. Jeżeli w ogóle wie pan cokolwiek o pisarzach, musi pan zdawać sobie sprawę, że nie cierpią oni, kiedy cokolwiek im się sugeruje. Ludzie mówią: "Wspaniale, ale czy nie byłoby lepiej, gdyby ten a ten zrobił to a to?"Albo: "Czy nie jest to cudowny pomysł, żeby ofiarą został A zamiast B?" Lub: "A gdyby tak morderczynią okazała się D zamiast E?" W porządku, piszcie sobie sami, jak chcecie to tak pozmieniać! (...)

- Wiem, madam, że pani ma zawsze mnóstwo pomysłów, ale ja nie bardzo widzę... 
(...)Pani Oliver westchnęła głęboko zwróciła się do Poirota.
- Tak, muszę więc to panu opowiedzieć. Tylko że ja nie jestem najlepsza w opowiadaniu. To znaczy, kiedy coś piszę, jest to zupełnie jasne, ale kiedy mówię, zawsze staje się okropnie pogmatwane. Dlatego nigdy z nikim nie omawiam fabuły moich książek przed napisaniem. Przekonałam się, że nie warto, bo gdy próbowałam, rozmówcy patrzyli na mnie zakłopotani. Mówili , że owszem, ale prawdę powiedziawszy nie wiedzą, co się właściwie wydarzyło i z pewnością nie jest to raczej materiał na książkę. A więc zniechęcali. Niesłusznie, bo kiedy napisałem, wychodziło dobrze!
Pani Oliver przerwała dla nabrania oddechu, po czym mówiła dalej. 
- Więc to idzie tak. Peter Gaye, młody fizyk jądrowy, według podejrzeń na pensji komunistów, jest żonaty z tą dziewczyną, Joan Blunt, a jego pierwsza żona nie żyje, ale naprawdę to żyje, pojawia się, bo jest tajną agentką, a może nie jest, znaczy się może być naprawdę turystką, a żona ma romans i ten facet Loyola zjawia się, aby się spotkać z Mayą, albo żeby ją szpiegować, i jest próba szantażu za pomocą listu od gospodyni albo może od lokaja, i ginie pistolet, a ponieważ nie wiadomo do kogo ten list szantażujący, i strzykawka wypada przy obiedzie, a potem znika....
Pani Oliver postawiła kropkę, trafnie odgadując doznania Poirota. 

Owoce odmiany Antonówka Na drzewie
"Podniosła się, aby go powitać, a kilka jabłek sturlało jej się z kolan i potoczyło we wszystkie strony. Jabłka zdawały się nieodłącznym motywem spotkań z panią Oliver." Żródło
Pani Oliver tym razem nie pisze swojej powieści kryminalnej. Zostaje poproszona o zorganizowanie morderstwa na festynie w pięknej posiadłości Nasse House. Zlecenie, by zaaranżować zabawę w "Polowanie na Mordercę", wydaje się jej dobrą okazją do oderwania się od codziennej rutyny i sporym wyzwaniem, bo jak mówi: (...) trudniej to wszystko urządzić, niż się wydaje. Prawdziwi ludzie są przecież całkiem inteligentni i nie można im tego odebrać, a ja dawkuję inteligencję bohaterom. W czasie przygotowań zaczyna jednak czuć, że coś jest nie w porządku i że ktoś nią manipuluję, aby osiągnąć.. Nie potrafi określić co i bardzo ją to niepokoi. Z tego powodu prosi o przybycie na miejsce Herculesa Poirota. Niestety nawet on nie jest w stanie zapobiec zbrodni. Najgorsze przeczucia pani Oliver się spełniają - morderstwo, które miało być tylko zabawą staje się rzeczywistością. Ktoś, kto miał tylko udawać ofiarę zostaje się nią naprawdę.

Zagadka kryminalna jest ciekawa i czytałoby się to bardzo przyjemnie i lekko, gdyby nie jedna kwestia. Zazwyczaj w książkach Agathy Christie czytelnik nie żałuje ofiary, bo zostaje zamordowana na początku i nie zdążył się do niej przywiązać. W kilku powieściach można współczuć mordercy (na przykład w Morderstwie w Orient Expresie). W Zbrodni na festynie zaś los jednego ze świadków okazuje się godny pożałowania i z tego względu książka wydała mi się smutną historią o samotności. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Ariadna Oliver o bohaterze swoich powieści kryminalnych,

 czyli "Pani McGinty nie żyje" Agathy Christie.

- Nic na to nie poradzę - odrzekła pani Oliver z uporem. - Jest wegetarianinem od zawsze. Zabiera ze sobą maszynkę do tarcia marchewki i rzepy.
- Ależ Ariadne, skarbie, dlaczego?
- Skąd mam wiedzieć? - odparła pani Oliver ze złością. - Skąd mam wiedzieć, dlaczego wymyśliłam tego odrażającego człowieka? Chyba zwariowałam! Dlaczego jest Finem, skoro nie mam pojęcia o Finlandii? Dlaczego wegetarianin? Skąd te wszystko jego idiotyczne dziwactwa? Tak się po prostu stało. Zrobisz coś, ludziom to się podoba, więc ciągniesz dalej - i zanim się zorientujesz, ten irytujący Sven Hjerson przyczepia się do ciebie na resztę życia. A ludzie piszą i mówią, że na pewno go uwielbiam. Uwielbiam? Gdybym napotkała na swojej drodze tego kościstego, tyczkowatego, roślinożernego Fina, popełniłabym lepsze morderstwo niż wszystkie, które wymyśliłam.

W tym czasie krętą drogą ze wzgórza nadjechał powoli samochód, a ogryzek jabłka ciśnięty z dużą siłą uderzył Poirota w policzek. (...) Widok szlachetnej twarzy, wysokiego czoła, niechlujnego kłębowiska siwych włosów poruszył strunę w jego pamięci. Jabłko również pomogło mu sobie przypomnieć.
 Gdy się czyta ten wybuch Ariadny Oliver, gdzieś tam majaczy pytanie o stosunek Agathy Christie do Herculesa Poirota. Czy lubiła wykreowaną przez siebie postać? Z jej wspomnień wynika na pewno jedno, że żałowała, iż już w pierwszych książkach uczyniła Poirota dość wiekowym. A może wybuch frustracji Ariadny wywołany współpracą z teatrem, jest odbiciem nieuniknionych trudność na jakie natykała się autorka z przerabianiem powieści na sztuki teatralne. W każdym razie współdziałanie ze znanym dramaturgiem jawi się pani Oliver jako koszmar. Bardzo tęskni za pracą w pojedynkę.W tych okolicznościach padają z jej ust często cytowane słowa: Pisarze są nieśmiałymi, nietowarzyskimi istotami, które rekompensują sobie brak towarzyskich talentów, wymyślając własnych znajomych i własne rozmowy.
Ale nie tylko Ariadna cierpi, Hercules Poirot też się męczy, acz z powodów prozaicznych:

Ja również muszę wiele znieść - rzekł Poirot. Brakuje mi słów, żeby opisać to, co gotuje Maureen Summerhayes. To nie jest jedzenie. A przeciągi, zimny wiatr, wymiotujące koty, psia sierść, połamane nogi u krzeseł, to okropne, okropne łóżko, w którym śpię - przymknął oczy, rozpamiętując swoje cierpienie - letnia woda w łazience, dziury w wykładzinie na schodach i kawa - nie ma słów, żeby opisać płyn, który podają jako kawę. To zniewaga dla żołądka.

Hercules Poirot zgodził się na takie warunki pobytu, ponieważ znajomy policjant prosił go, by przyjrzał się pewnej sprawie. Miał on wątpliwości, czy rzeczywiście lokator pani McGinty, James Bentley zabił ją dla kilku funtów. A jeśli nie on, to kto mógł zamordować starszą panią, która zajmowała się sprzątaniem w okolicy? Słynny detektyw przeprowadza wnikliwe śledztwo, o którym czyta się z dużą satysfakcją.

piątek, 19 sierpnia 2016

Ariadna Oliver o sztuce pisania kryminałów,

  czyli "Karty na stół" Agathy Christie.
 
- Podobała mi się pani najnowsza książka - powiedział nadinspektor Battle uprzejmie. - Ta, w której wszyscy komisarze zostają jednocześnie zastrzeleni. Potknęła się pani raz czy dwa na szczegółach. Wiem, że stara się pani być ścisła, więc jestem ciekaw... 
- Szczerze mówiąc - przerwała mu pani Oliver - gwiżdżę na ścisłość. Kto jest dokładny? W dzisiejszych czasach nikt. (...) jakie ma to znaczenie, że pomylę stopnie policyjne albo napiszę rewolwer zamiast pistolet czy gramofon zamiast dyktafon i użyję trucizny, po której ofiara wypowiada jedno zdanie i umiera. Chodzi tylko o to, by było dużo trupów! Jeśli historia staje się odrobinę nudna, można ją ożywić znajdując następną ofiarę. Ktoś zamierza coś wyznać i właśnie wtedy zostaje zabity. To ma zawsze powodzenie. To powtarza się we wszystkich moich książkach, choć oczywiście jest zakamuflowane na różne sposoby. Czytelnicy lubią niewykrywalne trucizny, głupich inspektorów policji, dziewczyny związane w piwnicach, w których wydobywa się gaz albo zalewa je woda (to doprawdy bardzo kłopotliwy sposób zabijania), i bohatera, który gołymi rękami może załatwić w pojedynkę siedmiu łajdaków. Do chwili obecnej napisałam trzydzieści dwie książki i naturalnie wszystkie są dokładnie takie same, co zauważył wyłącznie pan Poirot. Żałuję tylko, że zrobiłam swojego detektywa Finem. Nie wiem nic o Finach i wciąż dostaję z Finlandii listy wytykające mi, że zrobił on coś nieprawdopodobnego. Wydaje się, że on tam w Finlandii czytają dużo powieści kryminalnych. Przypuszczam, że to z powodu długich zim i braku światła dziennego. W Rumunii i Bułgarii chyba wcale nie czytają. Byłoby lepiej, gdybym zrobiła go Bułgarem. - Przerwała. - Bardzo przepraszam. Mówię o sprawach zawodowych, a tu mamy prawdziwe morderstwo.  
- Jak miło cię widzieć moja droga - powiedziała pani Oliver, wyciągając rękę ubrudzoną kalką,
a drugą ręką próbując przygładzić włosy, co było niewykonalne. Potrąciła łokciem papierową torbę,
która spadła ze stołu i po podłodze potoczyły się jabłka. Źródło zdjęcia
Karty na stół to pierwsza książka, w której Agatha Christie zetknęła z sobą Herculesa Poirota i Ariadnę Oliver. Okoliczności ich poznania stworzyła dość niezwykłe. Ekscentryczny pan Shaitana postanowił pokazać Poirotowi swoją niezwykłą kolekcję morderców, którym się udało - uniknęli odpowiedzialności za swoje czyny. Pomysł polegał na tym, by na obiad i partię brydża zaprosić czterech zbrodniarzy i czterech detektywów. Oprócz Poirota i pani Oliver (w końcu pisze o zbrodni, więc musi się na niej znać), gośćmi po stronie śledczych był inspektor Scotland Yardu i pułkownik z Secret Service. Po skończonej rozgrywce brydżowej gospodarz został znaleziony zasztyletowany. Kto z czworga osób, które już wcześniej popełniły morderstwo, na tyle doskonałe, by nie stać się oskarżonymi, zabił jeszcze raz? Które z nich najbardziej obawiało się zdemaskowania? Klucz do osobowości podejrzanych, a więc do zagadki, kryje się, według Herculesa Poirota, w zapisach brydżowych. Oczywiście słynny detektyw znajdzie mordercę, pani Oliver, niezupełnie zgodnie z prawdą, będzie twierdzić, że od początku wiedziała, kim on jest. A oprócz tego wygłosi także kilka bardzo trafnych uwag o zawodzie pisarza.
Bardzo przyjemna lektura. 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Książki wakacyjne

1. Kłamstwa Locke'a Lamory Scotta Lyncha to świetna powieść łotrzykowska osadzona w mieście położonym na wyspach, z górującymi nad nim tajemniczymi wieżami i święcącymi po zmierzchu własnym światłem nadbrzeżami, zbudowanymi przez obcych, którzy odeszli. Oprócz bardzo sugestywnego świata, autor stworzył bohaterów, którym czytelnik kibicuje, oraz mistrzowsko przyswoił sobie sposób opowiadania Szeherezady. Fabuła zasadniczo koncentruje się wokół dwóch wątków - zemsty i przygotowywanego przez Locke'a Lamorę i jego przyjaciół kolejnego wyrafinowanego przekrętu. Niecni Dżentelmeni, bo tak się nazywają, są bardzo lojalni wobec siebie i szlachetni, na tyle, na ile się da w okrutnym świecie miasta Camorry, w którym władza została podzielona między rząd i świat przestępczy. Okradają sprytnie tylko bogatych, za pomocą kunsztownych oszustw i wykorzystując ich chciwość. A, że łupy zostawiają sobie, zamiast rozdzielać biednym, no cóż, rozdawanie przyciągnęłoby uwagę. Niezwracanie na siebie uwagi to istotna część porywającej "gry", którą prowadzą. Sprawy się jednak komplikują, kiedy do miasta przyjeżdża ktoś, kto stara się brutalnie zburzyć istniejący porządek.
W czasie czytania ma się ochotę udusić autora gołymi rękami. Z dwóch powodów, po pierwsze, Scott Lynch uwielbia wikłać sprawy już wystarczająco zawiłe. Gdy Niecni Dżentelmeni tkwią już po uszy w kłopotach, sprawia by byli zakryci po czubek głowy, a potem sprytnie wyciąga ich za włosy. Po drugie, zawsze przerywa w najciekawszym miejscu, by opowiedzieć historię dzieciństwa bohaterów i jak można się domyślić, ją także urywa w najbardziej ekscytującym momencie. Trzymanie czytelników na fabularnym głodzie sprawdza się doskonale - jest to książka, od której nie sposób się oderwać.
Po powieść sięgnęłam po przeczytaniu recenzji Królowej Matki.


2. Lewiatan Borisa Akunina. Po tę książkę sięgnęłam zachęcona dobrymi wspomnieniami z lektury trzytomowego cyklu Kryminałów prowincjonalnych o mniszce Pelagii, dziejących się w XIX wieku w głębi Rosji (Pelagia i biały buldog, Pelagia i czarny mnich, Pelagia i czerwony kogut). Dwie pierwsze powieści z tej serii są znakomite i można je polecić każdemu miłośnikowi kryminałów. Akcja Lewiatan również rozgrywa się w XIX wieku, początkowo w Paryżu, gdzie w domu pewnego kolekcjonera indyjskich dzieł sztuki, policja znajduje zwłoki dziesięciorga ludzi. Jedyny trop wiedzie, prowadzącego śledztwo komisarza Gauche, na wyruszający właśnie w rejs do Kalkuty statek. W jednym z portów na "Lewiatana" wsiada obdarzony bujnym, romantycznym wąsem rosyjski dyplomata Erast Fandorin, któremu uda się, dzięki wrodzonej przenikliwości, wskazać mordercę. 
Lewiatan to trzecia książka z cyklu o Fandorinie. Zamknięty krąg podejrzanych, z których każdy ma swoją tajemnicę, wykwintne otoczenie, genialny detektyw, wszystko to stanowi piękny ukłon w stronę twórczości Agathy Christie, zwłaszcza Śmierci na Nilu i czyta się równie dobrze jak dzieła królowej kryminału.


3. Urodził go "Niebieski Ptak" Stefanii Grodzieńskiej to opowieść o Fryderyku Járosym - człowieku instytucji, który przyczynił się do rozwoju teatru w Polsce, wybitnym reżyserze, niepowtarzalnym konferansjerze, bożyszczu przedwojennej Warszawy. Nie jest to jednak typowa biografia, w której wszystko ułożone jest chronologicznie. Stefania Grodzieńska wędruje po swoich wspomnieniach, głównie przedwojennych i wojennych, starając się jak najlepiej przybliżyć postać swojego przyjaciela i mentora. Opisuje swoje pierwsze kroki, jako tancerki, w prowadzonym przez Járosego Cyruliku Warszawskim, pierwszy napisany dla tego teatru skecz, wspólnie spędzone wakacje. Lata tuż przed wojną, mimo trudności, wypadają beztrosko w porównaniu z opisem obrony Warszawy w 1939 i późniejszym czasem okupacji. Ale nie jest to książka o wojnie, a raczej o tym, jak w skrajnie trudnych czasach zachować odrobinę normalności. I w rozpaczliwej sytuacji, takiej w jakiej znajdował się ukrywający się przed gestapo Járosy, pozostać sobą i być oparciem dla innych. Książka jest ciepła, okraszona znakomitym poczuciem humoru, co nie dziwi, gdy się wie, że po wojnie Stefania Grodzieńska została znakomitą satyryczką i pisała monologi i skecze dla, żeby wymienić najbardziej znanych, Bogumiła Kobieli, Hanki Bielickiej, Ireny Kwiatkowskiej. Dla czytelnika te wspomnienia to cudowna dawka życiowego optymizmu.



4.Wilczarz Marii Siemionownej to książka, o której wcześniej nie słyszałam. Lektura jej okazała się całkiem przyjemna. W pewnej krainie potężny kniaź, zwany Ludojadem, wraz ze swoimi wojami wymordował ród Szarych Psów z plemienia Wenów. Z rzezi ocalał tylko chłopiec imieniem Wilczarz. Po latach Wilczarz dokonuje zemsty, oczekując końca swojego życia. Los jednak decyduje inaczej. Wraz z dwojgiem ocalonych przez siebie więźniów: piękną dziewczyną i magiem wyrusza w podróż w stronę wielkiego miasta nad morzem.
W czasie czytania łatwo się zorientować, że bohater zawsze pierwszy zauważy niebezpieczeństwo, dzięki swojej sile i umiejętnościom zwycięży w każdej walce i za każdym razem szlachetnie uratuje innych. Ale ta powtarzalność i schematyzm oraz niespecjalnie udane zakończenie nie przeszkadza, bo całość ma w sobie coś z rosyjskich baśni, czytanych przeze mnie w dzieciństwie. Za mało wiem (zgoła nic), o obyczajach panujących w średniowieczu na Rusi, by poznać na ile autorka inspirowała się realiami historycznymi i rosyjskim folklorem, ale partie powieści, w których ukazuje wierzenia, obrzędy i zwyczaje Wenów wypadają najciekawiej.

niedziela, 24 lipca 2016

"Czarny dom", Peter May.

Po wielu latach nieobecności Fin Macleod, główny bohater Czarnego domu, powraca na rodzinną wyspę. Ma, jako oficer policji z Edynburga, prowadzić dochodzenie w sprawie dwóch morderstw. Dla niego, który urodził się i dorastał na Lewis, powrót to swoista podróż w czasie:

Wiatr niósł ze sobą ten aromatyczny, ciepły znajomy zapach dymu torfowego. Fin miał wrażenie, że cofa się o dwadzieścia, trzydzieści lat. To niezwykłe, pomyślał, jak bardzo zmienił się w tym czasie i jak niewiele zmieniło się w miejscu, gdzie dorastał. Czuł się niczym duch nawiedzający własną przeszłość, przechadzający się ulicami swego dzieciństwa.
 
Właśnie teraz, kilkanaście lat po wyjeździe, nadchodzi moment, by skonfrontować się z tym, że kiedyś dokonało się określonych wyborów, by spotkać się z ludźmi, których się zostawiło za sobą. Stare rany otwierają się na nowo, wychodzą na jaw tajemnice, skrywane uczucia. W jego własnych dziecięcych i młodzieńczych przeżyciach, w historiach jego przyjaciół i wrogów kryją się wydarzenia, które odcisnęły się piętnem na całym ich życiu.


By T. Müller  Źródło zdjęcia
Ważne jest miejsce, w którym to wszystko się dzieje. Bezdrzewna, skalista równina, gdzie nie da się uciec od odgłosów morza i wiatru. Wyspa Lewis, największa w szkockim archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. A osiemdziesiąt kilometrów na północ od jej przylądka znajduje się An Sgeir, czyli "Skała". Sto metrów chłostanych sztormem klifów wyrastających z północnego Atlantyku i pokrytych każdego roku o tej porze gniazdami głuptaków i ich piskląt. Gdzie od ponad czterystu lat przybywają mieszkańcy Lewis, płynąc w odkrytych łodziach po wzburzonym morzu, by chwytać i zabijać młode ptaki w gniazdach. Pierwotnie wyprawy te wynikały z konieczności - chodziło o wyżywienie mieszkańców rodzinnej wioski. Obecnie to kultywowanie tradycji i rodzaj męskiego rytuału przejścia oraz dostarczanie przysmaku cieszącego się ogromnym powodzeniem na całej wyspie. Podczas jednego z takich wypadów zdarza się wypadek. Jeden z uczestników ginie na miejscu a Fin zostaje ciężko ranny. Wspomnienia z tego epizodu wydają się kluczowe dla zrozumienia przeszłości.

Kołatała mi w czasie czytania, im bliżej końca tym dobitniej, myśl, że autor dotyka swoich bohaterów nadmierną liczbą nieszczęśliwych przeżyć. Zwroty akcji następują zbyt szybko. Wiem, że to trochę dziwny zarzut w stosunku do powieści kryminalnej. (Chociaż w tym wypadku granica gatunkowa jest rozmyta przez silne rozbudowanie wątku obyczajowego, tak, że śledztwo schodzi na plan drugi). Oczywiście Peter May zgrabnie wpasowuje w fabułę jeszcze jeden dramat i następny, i kolejny, które spotkają bohaterów teraz lub przytrafiły się im w przeszłości. Nie pozwala to jednak dobrze wybrzmieć poprzednim tragediom. Wszystko to sprawia, że gdzieś na horyzoncie zaczyna majaczyć statek z ładunkiem rozwiązań fabularnych prosto z telenoweli.
Podsumowując: czytało mi się Czarny dom nieźle, choć przyznaję, że miałam większe oczekiwania związane z tą książką, spowodowane wysokimi ocenami na portalach czytelniczych.

Wpis powstał w ramach lipcowego odcinka wyzwania "Pod hasłem": Zabierz na wakacje... ejotka. 

czwartek, 21 lipca 2016

"Łaska", Anna Kańtoch.


Łaska Anny Kańtoch należy dla mnie do tego rodzaju książki, w których wierzymy autorowi bez zastrzeżeń, póki czytamy. Ale po odłożeniu powieści, gdy świat wykreowany przez pisarza przestaje bezpośrednio oddziaływać na czytelnika, pojawiają się wątpliwości, rosnące z upływem czasu. Przy czym zaznaczyć trzeba, że Łaskę czyta się świetnie, od mocnego początku, gdy przypadkowy grzybiarz znajduje w lesie zakrwawioną sześcioletnią dziewczynkę, która nie pamięta, co jej się przydarzyło, do poruszającej, zasługującej na uznanie rozmowy kończącej książkę.

Łaska, jak łatwo się domyślić, jest kryminałem i to kryminałem, który świetnie operuje nastrojem. Akcja zanurzona jest w zimowym pejzażu lat osiemdziesiątych. Na peerelowska szarość niewielkiego miasteczka powoli nakłada się poczucie zagrożenia. Jakby spod śniegu wypełzał przygaszony, mroczny niepokój. Splątany z uczuciem smutku, z zawisłą w powietrzu chęcią rozpłynięcia się w nicości głównej bohaterki cierpiącej na depresję:
  
(...)zastanowiła się, czy po jej śmierci ktoś by płakał. "Oczywiście, że nie", odpowiedziała sama sobie.(...). Było w tej myśli coś kojącego - roztopić się w pustce nieistnienia, jakby się nigdy się nie urodziła, jakby całe jej życie było pomyłką, którą zgon zdołał naprawić. 

Maria Lenarczyk, dziewczynka znaleziona w lesie, po wielu latach powraca do miejscowości, w której dorastała, by zaopiekować się umierającą ciotką. Staje się obiektem miejscowych plotek, snutych przypuszczeń dotyczących wydarzeń sprzed lat. Niedowierzania, że nic nie pamięta. Ciotka, która ją wychowywała:

Zawsze powtarzała, że to łaska, że nic nie pamiętam. Tak właśnie mówiła, kiedy pytałam ją, czy kiedyś wróci mi pamięć. "Nie myśl o tym, nie próbuj grzebać w przeszłości. Pan dał ci łaskę zapomnienia."
 
Maria podejmuje pracę w szkole. Wszystko układa się przewidywalnie do momentu, gdy jeden z uczniów oddaje jej, zamiast wypracowania, dziwny rysunek i niejasno, nawiązując do przeszłości, prosi o pomoc. Wkrótce po tej niepokojącej rozmowie zostaje znaleziony martwy. Być może to i następne morderstwa mają coś wspólnego z tym, co przydarzyło się jej przed laty a czego nie pamięta. Może sama jej obecność jest katalizatorem działań mordercy.W tych okolicznościach przypomnienie staje się kwestią konieczność, a nie tylko sprawą odzyskania utraconego fragmentu własnej historii. Śledztwo jest więc szukaniem prawdy na swój temat ze świadomością, że potem nie będzie już powrotu, nie uda się zapomnieć po raz drugi.

Dochodzenie rozegrane jest zresztą świetnie, bo mamy charakterystyczną dla kryminału parę prywatnego detektywa i policjanta. A w tych rolach obsadzano niestereotypowo: osobę pogrążoną w depresji, bezwolną, mającą trudności ze wstaniem z łóżka i z drugiej strony milicjanta z ambicjami, stawiającego na karierę, który ze strony na stronę staje się coraz bardziej antypatyczny. Dobrze nakreślone są też postacie drugoplanowe i nieśpiesznie odsłaniane relacje między nimi. Realia funkcjonowania ówczesnej milicji, i ogólnie rzeczywistość lat osiemdziesiątych oddane są bardzo wiarygodnie.

Mój sceptycyzm budzi właściwie tylko jeden element misternie skonstruowanej intrygi kryminalnej - uzasadnienie motywów zabójcy. Powątpiewanie budzą okoliczności zewnętrzne, które zmusiły mordercę do zabijania. Nie do końca przekonujące wydają mi się też uwarunkowania psychiczne sprawcy, które pchnęły go do zbrodni. Jego wewnętrzne przekonanie, że to jest najlepsze wyjście. Wszystkie te zastrzeżenia pojawiły się teraz, gdy od lektury minęło kilka tygodni. Ale oprócz rozwiązania zagadki kryminalnej, które nie do końca mnie usatysfakcjonowało istnieje jeszcze zakończenie książki, te cztery (a właściwie trzy i pół) ostatnie, zachwycające strony.

PS
Pisałam powyżej, że realia PRL-u oddane są prawdziwie, ale jeden szczególik mi zazgrzytał. Nie wiem, czy słusznie. Porównanie czyjeś urody do urody kelnerki z Oktoberfest. Wydaję mi się, że w latach osiemdziesiątych nikt raczej nie zrobiłby takiego odniesienia, ale może się mylę.

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Morderstwo na plebanii", Agatha Christie


Okładka książki Morderstwo na plebanii

Jeśli literatura jest strawą dla ducha to wydaje się, że istnieje w niej odpowiednik comfort food - powieści ukochanych pisarzy, w których wszystkie schematy są znane na wylot, a i tak ich książki sprawiają nam przyjemność, przywołując dobre wspomnienia pierwszej ekscytującej lektury. Miło jest jeszcze raz zanurzyć się w znanym świecie i spotkać bliskich sobie bohaterów. Jedną z moich ulubionych bohaterek jest panna Jane Marple, stworzona przez Agathę Christie.

Pierwszą powieścią z Jane Marple jest Morderstwo na plebanii, ze sympatycznie złośliwym pastorem, jako narratorem. Pastor ma nie tylko lekko kpiący stosunek do swoich parafian, ale jest też  mało ostrożny w wyrażaniu swych życzeń. Pewnego dnia przy obiedzie, bowiem zdarza mu się wypowiedzieć mało przystające do jego urzędu duchownego zdanie, że każdy, kto zamorduje pułkownika Protheroe, odda światu przysługę. Parę dni później pułkownik zostaje odnaleziony zastrzelony na plebanii przy jego biurku.

Rzecz dzieje się w małym cichym miasteczku St. Mary Mead, w którym nic się zdarza, więc zainteresowanie życiem sąsiadów kwitnie. Jak zgryźliwie zauważa pastor:
To zagadka dla mnie (...) w jaki sposób tutejsi ludzie w ogóle pobierają pożywienie. Spożywają chyba posiłki stojąc przy oknie, żeby na pewno nic nie uszło ich uwadze.
Panna Marple zaś w jego oczach to największa miejscowa plotkarka, przy tym zawsze wiedząca o wszystkim, co się dzieje, i wyciągająca z każdego zdarzenia jak najgorsze wnioski. Ogrodnictwo służy jej - według niego -  jako zasłona dymna by mieć oko na okolice, a zwyczaj obserwowania ptaków przez mocną lornetkę jest pretekstem do przeróżnych innych obserwacji. Nie wie tylko, że panna Marple nie tylko widzi i słyszy niemal wszystko, ale wyciąga ze spostrzeżonych faktów niezwykle trafne i subtelne wnioski. Ma, bowiem niecodzienne hobby: 

Można się oczywiście zajmować robotami na drutach, harcerstwem, dobroczynnością, szkicowaniem pejzaży... ale moim konikiem jest - i zawsze była natura ludzka. Taka różnorodna i fascynująca. No, a w małym miasteczku, gdzie nic człowieka nie odrywa, jest tyle sposobności do tego rodzaju studiów. Człowiek zaczyna klasyfikować ludzi jak ptaki albo kwiaty - taki a taki rodzaj, taki a taki gatunek, taka a taka odmiana. Niekiedy oczywiście popełnia się błędy, ale z biegiem czasu coraz mniej. Poza tym można dokonywać prób. Bierze się mały problem, jak, na przykład, owa torebka krewetek(...) - drobna zagadka, ale całkiem niezrozumiała, jeżeli się jej właściwie nie rozwiąże.(...)To fascynujące - jeżeli się wszystko dokładnie rozważy i po sprawdzeniu okazuje się, że się miało rację.

Oczywiście lata studiów nad naturą ludzką nie pójdą na marne i pozwolą wytypować pannie Marple aż siedmiu podejrzanych i ostatecznie wskazać mordercę ku zdumieniu policji.

Dobrze było odświeżyć sobie książkę i jeszcze raz spotkać sympatyczną starszą damę, sceptycznie nastawioną do tego, że człowiek jest z natury stworzony do czynienia dobra, która zawsze spodziewa się po wszystkim i wszystkich najgorszego i zazwyczaj ma rację.
_____________
Wpis powstał w ramach wyzwania: Ciąg myślowy (Pod hasłem)

czwartek, 27 sierpnia 2015

"Morderstwo doskonałe", John le Carré

 John le Carré znany jest przede wszystkim ze swoich książek szpiegowskich i sensacyjnych, z których wiele zekranizowano, jak na przykład, żeby wymienić najbardziej przeze mnie lubiane: Wierny ogrodnik i Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg. Morderstwo doskonałe, w przeciwieństwie do pozostałych dzieł pisarza jest klasycznym kryminałem, dziejącym się w zamkniętym środowisku, z ograniczoną liczbą podejrzanych oraz detektywem wyjaśniającym zagadkę zbrodni na ostatnich stronach. Z pozostałymi książkami le Carré łączy ten utwór główna postać. Jest nim George Smiley, emerytowany, pracownik brytyjskich służ specjalnych. A ponieważ Gary Oldman wcielił się w tę postać tak doskonale, nie potrafię sobie wyobrazić tej postaci inaczej niż z jego twarzą.

Rzecz dzieje się w Anglii, w latach sześćdziesiątych, w prywatnej, elitarnej szkole z internatem. Zamordowana zostaje tam żona jednego z wykładowców. Na krótko przed śmiercią wysyła ona do redakcji niszowego, religijnego pisma dramatyczny list, w którym błaga o pomoc, twierdząc, że mąż usiłuje ją zabić. Redaktorka gazety zwraca się o rozwikłanie sprawy do znanego sobie z pracy w wywiadzie George Smiley'a. Ten podejmuje się nieformalnego śledztwa stosując swoją fundamentalną zasadę: nigdy nie wolno wykraczać poza dostępne dowody.

Opowieść snuta jest powoli, szczegóły mają znaczenie, bo podważają zdawałoby się oczywiste fakty. Mimo to, intryga kryminalna zdaje się pretekstem do opisu specyficznego świata ekskluzywnej szkoły, w której liczą się tradycja, odpowiednie pochodzenie, etykieta. Pokazuje ludzi zamkniętych w swoim światku, skostniałych w klasowych podziałach, gdzie tych, którzy nie są "nasi" traktuje się z głęboka rezerwą, być może pogardą. I obejmuje to także przedstawicieli policji, prowadzących śledztwo. Jest to świat rządzący się specyficznymi zasadami, pełen obłudy.

Moim zdaniem książka nie dorównuje szpiegowskim dziełom Johna le Carré'a choćby Druciarzowi..., ale podobał mi się styl w jakim została napisana, charakteryzujący się ironią (potem dość gorzką) jak w początkowym opisie szkoły:

Szkoła dysponowała posiadłościami ziemskimi, krużgankami, kornikami, pręgierzem i własnym zapisem w koronnych księgach wieczystych - czegoż więcej trzeba, by przekazywać wiedzę synom bogaczy? I synowie bogaczy istotnie tu przyjeżdżali. Pierwszego dnia każdego semestru ( jako że nazwa "półrocze" brzmi nie wystarczająco wytwornie) przez całe popołudnie zatrzymujące się na stacji pociągi wypluwały z siebie grupki ponurych, ubranych na czarno chłopców. Innych przywoziły wielkie samochody, błyszczące niczym karawany. Wyglądało to tak, jakby zjeżdżali się na pogrzeb biednego króla Edwarda, z bagażami lub taszczyli kuferki wyglądem przypominające małe trumienki. Niektórzy ubrani byli w togi, w których wyglądali jak wrony lub jak zbierające się na pogrzeb czarne anioły. Inni szli pojedynczo, stukając obcasami przypominając nieodzywających się ani słowem karawaniarzy. W Carne wszyscy byli zawsze pogrążeni w żałobie; mali chłopcy dlatego, że musieli tu zostać, starsi dlatego, że niedługo mieli to miejsce opuścić, nauczyciele natomiast dlatego, że nie otrzymywali godziwego wynagrodzenia.

wtorek, 23 czerwca 2015

"Ponad wszelką wątpliwość", Gianrico Carofiglio

Są powieści obdarzone wdziękiem, które bardzo łatwo polubić. Na ten urok na pewno składa się  bohater postawiony w sytuacji, w której czytelnikowi przychodzi z łatwością kibicowanie mu, kilka nawiązań do innych książek i filmów, osadzenie akcji w pięknym miejscu, plus trochę czarujących drobiazgów.

Taką sympatyczną książką jest Ponad wszelką wątpliwość Gianrico Carofiglio. Jest to trzecia część serii kryminalnej z mecenasem Guido Guerrieri. Brak znajomości poprzednich nie jest jednak przeszkodą w lekturze tej powieści. Sprawa, której teraz podejmuje się adwokat nie jest drastyczna (żadnego morderstwa), za to szybko robi się osobista. Klient został oskarżony i skazany w pierwszej instancji na szesnaście lat za przemyt narkotyków z Czarnogóry do Włoch. Twierdzi, że narkotyki zostały mu podrzucone do samochodu i jest niewinny, a obronna na pierwszym procesie wyglądała dziwnie. Udowodnienie niewinności podsądnego wydaje się prawie niemożliwe do przeprowadzenia, bo wszystkie dowody wskazują, że jest winny. Mecenas Guerrieri ma też swoje zadawnione porachunki z oskarżonym, czego ten ostatni nie jest świadomy. Stąd wątpliwości, czy w ogóle podjąć się obrony. Zauroczenie żoną podejrzanego także nie ułatwia sprawy, zwłaszcza, że Guerrieri przechodzi kryzys w życiu osobistym.

Gianrico Carofiglio zanim został pisarzem przez wiele lat był prokuratorem, więc sposób funkcjonowania sytemu sądownictwa zna od podszewki, co przekłada się na wiarygodność opisywanych faktów. Sprawność pisarska sprawia, że cała procedura sądowa jest przedstawiona bardzo przystępnie i ciekawie. Książka jest raczej dramatem sądowym z rozbudowanym wątkiem obyczajowym niż klasycznym kryminałem. Polubić ją bardzo łatwo z powodu znakomitych szczegółów, jak na przykład opis nocnej księgarni w Bari i przede wszystkim dzięki świetnemu bohaterowi, którego wewnętrzne rozterki i ironiczny stosunek do samego siebie niosą powieść.

Z bliskich mi drobiazgów na zakończenie cytat. Tak Guerrieri mierzy się z Ulissesem Joyce'a i innymi arcydziełami literatury światowej:
Za każdym razem muszę się zmierzyć z moją ignorancją, i myślę, że powinienem przeczytać te książki. Za każdym razem wychodzę, nigdy ich nie kupując. Myślę, że nie dane mi będzie osobiście zaznać przygód - powiedzmy - młodego Dedalusa, pana Blooma. Pogodziłem się z tym, ale w księgarniach nadal przeglądam te tomy, jest to mój rytuał radzenia sobie z niedoskonałością. Moją niedoskonałością.
Bardzo przyjemna lektura na lato.
W westernach bohaterowie odchodzą w stronę zachodzącego słońca, w tej powieści w stronę świateł latarni.
Latarnia w Bari

środa, 18 marca 2015

"Sprawa wyjącego psa", Erle Stanley Gardner.

Wyzwanie: Pod hasłem stało się dla mnie okazją do sięgnięcia po utwór pisarza, którego książkę bardzo lubiłam w dzieciństwie. Erle Stanley Gardner znany jest przede wszystkim ze swojej serii powieści o Perrym Masonie. Adwokacie, któremu niespokojny charakter poszukiwacza przygód każe brawurowo wykorzystywać wszystkie sztuczki i chwyty prawne, by wyciągać klientów z kłopotów.

Sprawa wyjącego psa jest czwartą pozycją z przeszło osiemdziesięciu z cyklu o adwokacie. Zaczyna się typowo: w biurze Perry'ego Masona zjawia roztrzęsiony klient - Arthur Cartright. Przychodzi w dwóch sprawach: wyjącego psa sąsiada i prośby o radę w sprawie swojego testamentu. I kluczowym, acz niekonwencjonalnym pytaniem mężczyzny jest, czy testament będzie legalny nawet wtedy, gdy spadkodawca zostanie skazany za morderstwo. Zasadniczym jednak problemem, który Mason musi rozwiązać jak najszybciej i z użyciem wszystkich środków, jest sprawienie, by pies przestał wyć. Po bliższym przyjrzeniu się sprawie okazuje się, że wszyscy świadkowie zeznają, że pies jest najgrzeczniejszym zwierzęciem na świecie i prawie w ogóle nie szczeka, nie mówiąc już o wydawaniu innych dźwięków. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy właściciel psa zostaje zastrzelony, a rozdygotany klient znika z jego żoną.
 
O stylu pisarza Raymond Chandler w swoim liście do Gardnera pisał tak:
Gdy powieść bez względu na na jej gatunek literacki, osiąga pewien stopień wyrazistości artystycznej, wówczas staje się literaturą,(...) Może ona wynikać z mistrzostwa, z jakim pisarz panuje nad rozwojem akcji, co można porównać z mistrzostwem, z jakim znakomity gracz panuje nad piłką. Właśnie Ty owo mistrzostwo posiadasz w wysokim stopniu, i to w wyższym niż ktokolwiek inny... Każda strona jest haczykiem, który ciągnie do przeczytania następnej.
Jest to opinia prawdziwa. Powieść czyta się szybko i przyjemnie, jak na literaturę rozrywkową przystało. Satysfakcje psuje tylko jakość tłumaczenia. Jest dość toporne. Nużące wydaje się powtarzanie, że Perry Mason chodzi po cienkim lodzie. Błędem jest sędzia zwracający się w czasie rozprawy do obrońcy per "doradco". Della Street traci swój wdzięk oddanej sekretarki, wpatrując się w Masona z cielęcym zachwytem. Wynagradza zły przekład jedynie to, że Perry Mason stanowczo zamierza udowodnić w sądzie, że pies wył.
.

niedziela, 15 lutego 2015

"Zapach nocy", Andrea Camilleri


 


Zapach nocy
jest szóstą częścią cyklu o sycylijskim komisarzu Montalbano i w przeciwieństwie do innych książek serii, powinna być czytana w kolejności, a przynajmniej poprzedzona lekturą Złodzieja kanapek, bo zbyt dużo w niej odniesień do wcześniejszych książek. Zagadka kryminalna dotyczy zniknięcia pewnego właściciela firmy, który nabrał mieszkańców Vigaty na piramidę finansową, ograbiając ich z oszczędności życia. Oficjalnie Montalbano nie prowadzi śledztwa. Z czysto prywatnych powodów, żeby nie powiedzieć strachu, rozpytuje, rozmawia z ludźmi, dociera do kluczowych świadków -  niektórych bardzo ponętnych, nie lekceważy tych, którzy widują potwory morskie z trzema głowami i podaje prowadzącym sprawę, rozwiązanie na tacy.
Prywatnie komisarz jest świadkiem umierania swojego szczególnego przyjaciela. Stosunki z ukochaną Liwią stają się coraz bardziej burzliwe. Nadchodzi czas, by skonfrontować się z tym, że kiedyś dokonało się określonych wyborów, a gra wspomnień jest smutną grą, w której nigdy się nie wygrywa. Zapach samotności i nadchodzącej starości unosi się w powietrzu.

Oczywiście  nad powieścią, jak zawsze u Camilleriego, prawie że unosi się  też "zapach jadła prawdziwego i smakowitego". Komisarz Montalbano zjada między innymi chrupiące pulpeciki z drobiazgu rybnego, przyprawiane kartofle z kaparami i przede wszystkim piekące muszelki, danie ekstremalne, będące nawet dla niego, oprócz ogromnej przyjemności, wyzwaniem.
 Dla miłośników pozycja obowiązkowa, dla innych tylko po przeczytaniu poprzednich tomów.    

wtorek, 3 lutego 2015

10 książek dla dzieci i młodzieży, które przeczytałam jako dorosła.

Pretekstem do dzisiejszego wpisu był artykuł Justyny Sobolewskiej pod tytułem: "Przyjemność zdziecinnienia" (Polityka nr 51/ 14). Autorka opisuje w nim zjawisko co raz częstszego sięgania dorosłych czytelników po książki przeznaczone dla dzieci i młodzieży. Z tezami postawionymi w tekście się nie zgadzam, ale też nie chcę z nimi polemizować, bo bardziej interesuje mnie co jest czytane niż powody z jakich to jest robione. Chcę napisać o dziesięciu książkach, które przeczytałam jako osoba dorosła i które sprawiły mi czytelniczą radość. A że były to książki przeznaczone dla dzieci i młodzieży - nic nie szkodzi. Na mojej liście są utwory bardzo znane, takie, które przemknęły niezauważone, nowe i stare, raczej powieści obyczajowe niż fantastyczne. Kolejność jest alfabetyczna.

1. Cała ta jazda z Kiffo i Pitbullem Barrego Jonsberga. Może przez tytuł, a może przez okładkę, książka mało znana. Jest to typ książki bardzo zabawnej, w której śmiejemy się póki nie zaczniemy czuć wzruszenia. Główna bohaterka Calma jest błyskotliwą, obdarzoną talentem literackim i bardzo samotną nastolatką. Na własne życzenie i z poczucia lojalności wplątuje się w aferę o zabarwieniu lekko kryminalnym, która kończy się źle.

2. Ella zaklęta Gail Carson Levine. Przy urodzeniu bohaterki pojawiła się wróżka, która obdarowała ją specjalnym darem, mający ułatwić życie jej rodzicom: Ella będzie bezwzględnie posłuszna. Oczywiście wynikają z tego same kłopoty a zaklęcie jest prawie nie możliwe do zdjęcia. Książka to w gruncie rzeczy rozwinięta, jeszcze raz opowiedziana historia Kopciuszka, urzekająca swoją baśniowością i humorem.





3. Flawia de Luce Alana Bradleya, czyli angielska prowincja, stary wiejski dom i trup w ogródku, oraz oczywiście detektyw amator, bez którego pomocy policja sobie nie poradzi.  W tym przypadku jest nim jedenastoletnia, bardzo inteligentna, odrobinę ekscentryczna dziewczynka o imieniu Flawia. Kręcąc się po okolicy na rowerze, wściubiając nos we wszystko, rozumując z żelazną logiką i wreszcie przeprowadzając doświadczenia chemiczne w swoim ukochanym, odziedziczonym po wujku, laboratorium Flawia nie tylko zgaduje: kto jest mordercą, ale także kradnie serca czytelników. W Polsce ukazało się już pięć tomów tego cyklu, szósta jest w tłumaczeniu.








4. Harry Potter i... J. K. Rowling. Nie wszystkie tomy podobały mi się jednakowo. Cechą charakterystyczna cyklu jest, że książki "rosną" z bohaterem. Każda kolejna jest mroczniejsza i porusza poważniejsze problemy. Na początku każdej części autorka gładko streszcza co się wydarzyło wcześniej, więc jeśli chce się opuścić części bardziej dziecięce, spokojnie można zacząć lekturę od tomu trzeciego Harry Potter i wiezień Azkabanu.


5 Księga cmentarna Neila Gaimana opowiada o chłopcu wychowanym przez duchy i zjawy z miejscowego cmentarza, które zaopiekowały się nim po tragicznej śmierci rodziców. Ci ostatni zostali zamordowani, morderca zaś usiłuje dokończyć swoje zadanie. Pełna czarnego humoru, przewrotna, bardzo "gaimanowska", fantastyczna w obu znaczeniach tego słowa historia o dorastaniu.

6 Książka wszystkich rzeczy Guusa Kuijera. Celowo nic nie napiszę o treści, bo powieść po prostu trzeba wziąć i przeczytać. Jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w ubiegłym roku. Opowiadająca o przemocy dziejącej się w bardzo religijnym domu. Pokazująca, że trzeba działać, przerwać zmowę zmilczenia, udzielić wsparcia ofierze. A jednocześnie przy tej warstwie konkretnej mówiącej co robić, wręcz instruktażowej, jest to utwór ukazujący świat przepuszczony przez wrażliwość i fantazję dziecka, wręcz poetycki. Łatwo mogła z tego wyjść książka antyreligijna, ale autorowi udało się uniknąć tej pułapki. Książkę w ogóle cechuje to charakterystyczne dla dzieł wybitnych wyważenie poszczególnych elementów. Dla dorosłych jest to moim zdaniem lektura obowiązkowa, dla dzieci wydawnictwo określiło kategorię wiekową na dziewięć plus. Mnie się to wydaje za wcześnie, może dwanaście plus byłoby dobrze.


7 Malowana mama Jacqueline Wilson, to wybrana jedna z wielu książek tej autorki, jakie ukazały się w Polsce. Równie dobrze mogłabym podać Dziecko ze śmietnika czy Dziewczynka z walizkami. Jacqueline Wilson ma dar pisania prosto, lekko, z subtelnym humorem i z psychologiczną wnikliwością o trudnych problemach dla dzieci i z perspektywy dziecka. Malowana mama opowiada o życiu z rodzicem chorym na chorobę dwubiegunową.


8 Muminki Tove Jansson. Absolutny klasyk. Dowód, w moim przypadku, na twierdzenia, że czytanie fragmentów zniechęca do lektury. Przeczytałam w dzieciństwie wydrukowany gdzieś urywek Komety nad Doliną Muminków. Wrażenia jakie odniosłam to, że niezbyt sympatyczni bohaterowie dokądś płyną tratwą, nie wiadomo po co. Teraz Muminki uwielbiam, zwłaszcza melancholijną Dolinę Muminków w listopadzie.


9. Plusk Carla Hiaasena. Autor pisze także dla dorosłych. Czytałam kilka jego książek przeznaczonych dla mojej grupy wiekowej, ale poza ogólnym wrażeniem miłej lektury nic nie pamiętam. Plusk jest utworem o tematyce ekologicznej z wspaniałymi opisami przyrody Florydy. Dwójka rodzeństwa stara się pomóc swojemu ojcu w udowodnieniu, że pływające kasyno wypuszcza ścieki do zatoki. Interesująca, zabawna "przygodówka" do przeczytania w jedno popołudnie, ale która zachwyca i która zostaje w pamięci na dłużej.

10. Wiatr z księżyca  Erica Linklatera, książka dla młodszych dzieci z roku 1944. Gdy wieje wiatr z księżyca nie można być grzecznym, więc Flora i Dora, dwie siostry, nie są. Rozrabiają ile wlezie i za karę zmieniają się w kangury a to dopiero początek przygód. Urocza opowieść ze świetnymi w polskim wydaniu ilustracjami Zbigniewa Lengrena. Ma staroświecki wdzięk i żałuję, chyba tylko w tym wypadku, że nie przeczytałam jej w odpowiednim wieku, bo wtedy mogłabym bawić się przy lekturze jeszcze lepiej.


środa, 17 grudnia 2014

Świąteczne opowieści


Dzisiejszy wpis jest o czterech, krótkich, mniej znanych utworach, pełnych dowcipu i ciepła, które każdego wprawią w świąteczny nastrój.

Opowiadanie pierwsze o świątecznych przysmakach, czyli "Pomarańczki komisarza Montalbano" Adrei Camilleri'ego.
 Komisarz policji w Vigacie na Sycylii Moltabano jest wielkim miłośnikiem jedzenia. Króciutkie opisy sycylijskiego jedzenia i nabożeństwa z jakim podchodzi on do spożywanych potraw sprawiają, że czytelnik robi się głodny. Tytułowe dla całego zbioru opowiadanie dzieje się w okolicach świąt. Komisarz przepada za jedzeniem w samotności, a przynajmniej w milczeniu, ale gdy znajduje zaproszenie na pomarańczki od swojej gospodyni Adeliny nie może się oprzeć. 
 Jadł je tylko raz, ale ich wspomnienie zakodowało się z pewnością w jego DNA i stało się genetycznym dziedzictwem. Adelina potrzebuje dwóch dni na przyrządzenie tego dania i robi go przy wyjątkowych okazjach, najczęściej gdy jej dwaj synowie są na wolności. Komisarz, aby zjeść swoje pomarańczki musi dopilnować, aby nie trafili oni z powrotem do wiezienia, co nie jest łatwe. W okolicy bowiem dokonano włamania. Co zwycięży: apetyt Montalbano na ulubioną świąteczną potrawę czy jego uczciwość?

Opowiadanie drugie o tym co powinno znajdować się na czubku choinki, czyli "Choinka" Tove Jansson.
Słodki sen kołysał pogrążoną w śnie zimowym rodzinę Muminków i pewnie spaliby, aż do wiosny gdyby nie pewien Paszczak, który wpadł do ich domu i krzyczał, że mu się "sprzykrzyło i że nadchodzi Wigilia". Przerażony Muminek obudził rodzinę: - Stało się coś strasznego. To się nazywa Wigilia.
 I nikt niestety nie miał czasu bliżej wyjaśnić o co chodzi. Tylko Gapsa z daleka krzyknęła, że bez choinki absolutnie nie dadzą sobie rady, i że trzeba ją ubrać.
- Przez chwilę bądźcie cicho i pozwólcie mi pomyśleć - powiedział Tatuś. - Jeżeli choinka ma być przystrojona, i to najładniej, to chyba nie po to, żebyśmy się mieli w niej ukrywać przed jakimś niebezpieczeństwem, ale chyba po to, żeby je raczej przebłagać. Zaczynam rozumieć o co tu chodzi.
Przestraszone i jak widać, niewiele rozumiejące Muminki korzystając ze strzępków informacji dobrze sobie poradziły z nadchodzącą "katastrofą", udowadniając, że świeże spojrzenie jest czasami konieczne, by dostrzec istotę świąt.
 
Opowiadanie trzecie o pewnej miłej świątecznej działalności (napisane tak ogólnie, żeby za dużo nie zdradzić z przebiegu akcji tego niedługiego utworu), czyli "Usiądźcie wszyscy wraz" Connie Willis
Na Ziemię przylecieli obcy. Posadzili swój statek kosmiczny przed głównym budynkiem uniwersytetu w Denver i pomaszerowali wprost do frontowych drzwi głównego budynku w najlepszej tradycji "Zaprowadźcie nas do waszego wodza". I to wszystko. Po prostu przybyli i czekali. Zamieszanie jakie wybuchło łatwo sobie wyobrazić. Ale niestety po dziewięciu miesiącach, nadal nie było wiadomo o co przybyszom chodzi. Głównie stali i patrzyli.  Gdyby nie wyraz ich twarzy, wszyscy mogliby pomyśleć, że mieszkańcy Altaira są roślinami. Żadna roślina nie potrafiłaby tak patrzeć. Ich spojrzenia wyrażały ostateczną i absolutną dezaprobatę. Z czasem powołano komisję do badania obcych, której jedynym sukcesem było nakłonienie Altairczyków do odwiedzania rozmaitych miejsc. Po pokazaniu muzeów, parków narodowych, rodeo, zoo, baletu " Dziadek do orzechów", zaprowadzono ich do centrum handlowego w okresie przedświątecznym. Centrum pełnego obładowanych zakupami ludzi, stoisk ze smakołykami, szkolnych chórów, piszczących dzieciaków, poprzebieranych Mikołajów, ozdób świątecznych itp. I wtedy obcy nareszcie zareagowali. I ponieważ jest to pogodne i bardzo dowcipne opowiadanie nie wyjęli miotaczy ognia, tylko usiedli. Aby wiedzieć, co ich do tego skłoniło, należy koniecznie przeczytać opowiadanie.

Opowiadanie czwarte o tym, że czasami fajerwerki pasują do Gwiazdki, czyli "Mistrzowskie posuniecie dziadka do orzechów" Janet Kagan.
Rzecz dzieje się na planecie Ucieszności zamieszkanej przez inteligentne, czworonożne stworzenia z pięknymi ogonami. Przebywają tu również ludzie, głównie przedstawiciele dyplomatyczni, ich rodziny i etnografowie. Daleko od domu i ziemskich świąt, pracowniczka ambasady- Marianna postanawia choć trochę  poczuć nastrój świąteczny. Dlatego słuchając Dziadka do orzechów Czajkowskiego, zabiera się za wykonanie drewnianego dziadka do orzechów. Jej świąteczne przygotowania wzbudzają zainteresowanie miejscowych.  Potem są bardzo wesołe wspólne święta z czerwoną choinką i zielonymi bombkami i mnóstwem anielskiego włosia, a później już nic nie może powstrzymać lawiny wydarzeń, prowadzących na skraj rewolucji.
Okazuje się, że zwyczaje, nie tylko świąteczne, można ulepszać, a przenikanie się kultur prowadzi do pozytywnych zmian. I czasami fajerwerki pasują do Gwiazdki.


Serdecznie dziękuję za pomoc K.
_________________
 "Pomarańczki komisarza Montalbano" Adrea Camilleri
"Choinka" Tove Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków
"Usiądźcie wszyscy wraz" Connie Willis, Kroki w nieznane. Almanach fantastyki (tom 5, 2009)
 "Mistrzowskie posuniecie dziadka do orzechów" Janet Kagan (Nowa Fantastyka nr 147, 12/ 1994)