Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morskie opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morskie opowieści. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2025

25 marca - 120 rocznica urodzin Karola Olgierda Borchardta

"Po raz pierwszy święto Trzeciego Maja spotykam na żaglowcu. Bardzo jest przyjemnie leżeć całą godzinę dłużej i rozmyślać w hamaku, zamiast zrywać się i gonić do roboy. Myślami wracamy wszyscy dominionych obchodów tej uroczystości, które miały miejsce, gdy byliśmy jeszcze w szkołach.
Data ogłoszenia Konstytucji - trzeci maja, trzy stany w niej wymienione, podział na na trzy władze: prawodawczą, wykonawczą i sądową - wszystko to naprowadza myśl na liczbę TRZY. Tę liczbę- symbol czczono w Indiach, Egipcie i Rzymie. Stąd przecież rzymskie OMNE TRINUM PERFECTUM - wszystko, co potrójne, najlepsze.(...)

Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był przykład taki fragment przemówienia: "Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Germańcy, drugą - Awstryjcy, a trzecią - my!" Fragment innego brzmiał: "Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowy, a tereny jej zachwycone wojną". (...)

Nasz kapitan oraz starszy oficer "Lwowa" otrzymali podobne wykształcenie. (...) Przemówienie trzeciomajowe wygłosi chyba kapitan? Co powie ten człowiek, wychowany w obcej szkole, dla którego - w pewnym sensie - wszystko, co się tu dzieje, musi być dość jeszcze dalekie i obce? On miał za sobą długoletnią służbę w dużej flocie o wiekowej tradycji. My wszyscy uzyskaliśmy niedawno matury w polskiej szkole. Na morze, oprócz chęci przygód, przygnała nas również chęć odrobienie wiekowej krótkowzroczności narodu, któremu wystarczało "posiadanie tyle morza, iżby koń mógł się skąpać, a nie utonąć". Dla ogółu społeczeństwa byliśmy w dalszym ciągu wyłącznie poszukiwaczami przygód, w najlepszym wypadku - bezinteresownymi romantykami, którzy jeśli chcą tych podróży po morzach, to niech sobie sami na nie zapracują. Pogląd ten reprezentowali wtedy prawie wszyscy w Polsce, z wyjątkiem paru osób, których dziełem było stworzenie Szkoły Morskiej. (...)

- Czołem, uczniowie! - wita nas kapitan, stojąc przed nami na baczność i salutując.
- Czołem, panie kapitanie! - skandujemy.
Kapitan przechodzi teraz na prawą burtę i wita się z załogą stałą statku. Po chwili znów wraca na lewą burtę. Że zacznie przemówienie od słowa "znaczy"- nikt nie ma wątpliwości, że tych "znaczy" będzie więcej niż innych słów - też wiadomo. Ale co powie? (...)
Przyglądamy się kapitanowi z wielką uwagą. Widać, że jest niezadowolony z roli, jaka mu dzisiaj przypadła w udziale. Kapitan czerwienieje. Jego wydatna szczęka wysuwa się w ten sposób, jak gdyby miał nam udzielić surrowej nagany za wielkie przewinienia. Szczęka coraz groźniej przesuwa się do przodu. Nagana będzie silna i płomienna.
Kapitan zaciska zęby i mówi:
 - Znaczy, rozumiecie! Znaczy, praojcowie nasi konstytucję ułożyli! Znaczy, dzisiaj obchodzimy takie święto narodowe. Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie podwójne święto. Papież, znaczy Ojciec Święty, Matkę Boską krolową Korony Polskiej zrobił! Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie trzecie małe święto! Znaczy, wyście dołożyli swojej małej inteligencji i statek przygotowaliście do podróży... Znaczy, dzisiaj jest takie POTRÓJNE święto: Znaczy, praojcowie - konstytucję, papież Matkę Boską, a wy - statek! Znaczy, Rzeczpospolita Polska niech żyję!
 - Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!"
_________
Fragment opowiadania Omne trinum perfectum ze Znaczy kapitan, Karol Olgierd Borchardt; Wydawnictwo Morskie 



  
 

sobota, 11 maja 2024

"Zagroda zębów" Wit Szostak



Zagroda zębów
to zbiór poetyckich miniatur, będących reinterpretacjami Odysei Homera. Każda z nich jest osobną historią, wariantem życia Odyseusza, któremu przypada inny los w zależności od przypadku i podjętych przez niego decyzji. Wit Szostak buduje bowiem rzeczywistość pozbawioną boskiej interwencji. Bogowie zbiegli po upadku Troi, został świat, w którym człowiek jest pozostawiony samemu sobie. 
 
Chociaż miniatur jest kilkadziesiąt to jednak całość stanowi bardzo precyzyjną konstrukcję. Jest tu siedem punktów węzłowych (plus prolog i epilog), od których rozgałęzia się historia i poszczególne jej warianty, czasami bardzo liczne. Wszystkie te węzły znajdują swoje oparcie u Homera i występują w kolejności u niego przedstawionej. Odyseja zaczyna się od przybycia na dwór w Itace Sowiookiej Ateny w przebraniu, która nakłania Telemacha do poszukiwania ojca. Co się stanie, gdy zamiast niej przybędzie nieznajomy, zwany tu Sowiookim właśnie, a nie mający żadnych boskich mocy i nie zostanie przyjęty? Albo, jak dzieje się to w drugim punkcie, zostanie, ale Telemach nie wyruszy na wyprawę? Trzecim węzłem jest pobyt Odyseusza u Feaków. Czwartym zaś, szczególnie obfitym w warianty, bo też najbardziej otwartym na możliwości, jest wyruszenie w drogę po zburzeniu Troi. To koniec pewnego świata i początek czegoś nowego. Czy więc Odys zginął w czasie zdobywania miasta? Utonął w morzu? Może został w ruinach z mieszkańcami, którzy cudem uniknęli rzezi? Piąte i szóste rozgałęzienia historii przedstawione są z punktu widzenia Penelopy. Siódme zaś opowiada o śmierci Odyseusza.

Zagroda zębów jest prozą poetycką ze wszystkimi jej cechami charakterystycznymi: zabawą konotacjami wyrazów, zwięzłością, precyzją i plastycznością języka. Całości pewien rytm i spójność nadają powtarzające się frazy, takie jak na przykład: morze ciemne jak wino czy tytułowa zagroda zębów. Ta ostatnia oznacza milczenie, słowa nigdy niewypowiedziane. Szostaka interesuje bowiem konfrontacja z mitem, pokazanie tego, co się w nim nie mieści. Są to bowiem historie o zawikłanych ludzkich losach i relacjach, dotykające trudnych emocji: wstydu, poczucia winy i zagubienia. Opowiadają o doświadczeniach, o których nikt nie układa pieśni. W tych opowieściach Odyseusz to już nie heros otoczonym opieką bóstw - bogowie zbiegli po upadku Troi (jeszcze jedna z fraz powtarzających się jak refren), lecz zwykły, zmęczony człowiek, który być może nigdy nie zdoła powrócić do domu, bo przeżyta wojna i wieloletnia tułaczka uczyniły powrót nierealnym fizycznie albo psychicznie. A jednak, mimo demitologizacji postaci i wydarzeń, bardzo silnie pokazany jest w Zagrodzie zębów nieprzemijający rdzeń antycznej opowieści. Już u Homera Odyseusz jest kimś, kto przybiera różne imiona i zmienia tożsamość kilka razy (czyniąc to głównie z ostrożności). W boskim Odysie, kiedy odejmie się jego niezwykłość jest coś, z bycia nikim (w końcu sam się tak nazwał) i każdym. Zagroda zębów to znakomicie, w sposób bardzo przemyślany rozwija. Przedstawia różnych Odyseuszy - z wielu perspektyw kreśli tematy wędrówki, zagubienia, bezdomności, samotności, prób zbudowania życia na nowo. Ta ponadczasowość i uniwersalność opowieści o Odyseuszu wybrzmiewa zwłaszcza w epilogu książki.  
 
Poniższy cytat to przykład jednego z kilku wariantów wyprawy Telemacha w poszukiwaniu Odyseusza:

"Telemach wypłynął na morze, morze ciemne jak wino. Znika z oczu Itaka, wzruszenie. Nigdy nie opuszczał wyspy. Razem z nim płynie Laertes w swą ostatnią wyprawę. Zawijają do portów, goszczą w królewskich pałacach. Wszędzie to samo pytanie, nigdzie śladu Odysa.
Są coraz dalej od domu, żeglują przez wody nieznane. Laertes uczy wnuka morza i sekretów nieba. Telemach jest pojętny, potrafi słuchać i milczeć. Dłonie twardnieją od lin, twarz mężnieje od wiatru. Starzec dostrzega w nim cień syna. Widzi tę samą zawziętość, przebiegłość, szukanie sposobów. Wspomina dawne lata, kiedy wypływał z Odysem.
Telemach słabo znał dziadka, ten żył poza pałacem. Widywał go na Itace od święta, rzadkie są uczty bez króla. Teraz na łodzi zdani są swą bliskość, oszczędne słowa i mądre milczenie. Syn Odysa wpatruje się w żłobioną twarz Laertesa, skupioną na znakach morza. I w tej twarzy widzi profil ojca znany mu tylko z monet. 
Sypiali pod gołym niebem w bezimiennych zatokach. Dogasały ogniska, gwiazdy nad ich głowami. Stary Laertes śpiewał swą młodość, wyprawa Argonautów, wskrzeszał stare mity. Telemach słuchał udając sen, pieśń kołysała go do snu. Żeglowali straciwszy cel, nikt o Odysie nie słyszał. Byli już wszędzie, gdzie można być, poza bramami Hadesu. Nie mówili o tym, o czym każdy z nich myślał. Ale Telemach zapamiętał dzień, gdy o tym razem milczeli. Długie spojrzenia bez słów zamknięte zagrody zębów. Nie będą dłużej szukać. Jeden w drugim znalazł Odysa. Zawrócili łódź na Itakę." 

sobota, 4 maja 2024

"Na wodach północy" Ian McGuire


Na wodach północy
to naturalistyczna powieść o wyprawie wielorybniczej z rozbudowanym wątkiem sensacyjnym. Historia rozpoczyna się wiosną 1859 roku, kiedy epoka polowań na wieloryby powoli odchodzi w przeszłość. Stada tych zwierząt zostały przetrzebione, trzeba więc ich szukać na dalekiej północy, a także stopniowo tłuszcz zwierzęcy zastępowany jest w użyciu przez naftę. Jednym z uczestników wyprawy jest Irlandczyk, Patrick Sumner, który usiłując zapomnieć o traumatycznych przeżyciach wojennych w Indiach, zaciąga się na statek jako lekarz okrętowy. Wraz z nim na pokład wsiada seryjny morderca. Kwestią czasu i okoliczności jest, kiedy zacznie zabijać.

Książkę Iana McGuire'a czyta się prawie jednym tchem, więc można łatwo przeoczyć, w jak wielu miejscach nawiązuje ona do innych dzieł literackich, między innymi, do Moby Dicka Melville'a. Te liczne nawiązania są jednak w powieści niewyraźne, jakby zatarte i trudno w wielu przypadkach jednoznacznie stwierdzić, czy to jest wybór autora czy kwestia tłumaczenia, zresztą świetnego. Dobrym przykładem jest pierwsze zdanie powieści: Oto widzicie mężczyznę. Ma ono w języku polskim wydźwięk bardziej neutralny niż oryginał: Behold the man, będący angielski przekładem łacińskich słów wypowiedzianych przez Piłata: Ecce homo - Oto człowiek. I tak, to jest jedno z tych pierwszych znaczących, ważnych zdań książki, które od razu wprowadzają czytelnika w tematykę utworu. Na wodach północy to bowiem fascynujące studium przedstawiające całe spektrum ludzkich zachowań, przede wszystkim w sytuacjach ekstremalnych, choć nie tylko. 

Ogromne zło jest nieobecnością dobra i (...) światłem w rzeczywistości jesteśmy - mówi o ludziach jedna z postaci, harpunnik Otto. To stwierdzenia zastanawiające, bo okrucieństwo i bezwzględność przedstawione są w tej powieści jako immanentna cecha człowieka. Mamy tu ponadprzeciętny pokaz ludzkiej chciwości, pychy i żądzy. Wszystko zaś rozgrywa się w surowych, zimowych warunkach okolic podbiegunowych. Nic więc dziwnego, że śmierć jest powszechna, a krew zarówno ludzka, jak i zwierzęca leje się niemal strumieniami. Dlaczego więc autor każe jednej z postaci wygłaszać takie zdania, tak mocno wierzyć w dobro? Wydaje się, że to jeden z punktów orientacyjnych, dzięki którym kreśli przestrzeń ludzkiego doświadczenia, skrajne miejsce na skali. Opozycją do tego jest oczywiście morderca, bardzo inteligentny, ale nieodróżniający dobra od zła w takim stopniu, że wątpi się w jego człowieczeństwo. Jest jeszcze jedna oś tej przestrzeni z dwoma przeciwstawnymi punktami, a są nimi cywilizacja - świat bezwzględnych interesów i pierwotna przyroda. Ta ostatnia jest wolna od dobra i zła, liczy się tu jedynie przetrwanie, wymagające wytrwałego działania, sprytu i szczęśliwego trafu.
 
Powieść przedstawia świetny, pogłębiony psychologicznie portret głównego bohatera, Sumnera. Jego strategią przeżycia w brutalnym świecie jest wycofanie się w sensie dosłownym, jak i psychicznym. Na skutek pewnych wydarzeń w czasie wojny, jako lekarz, nie ma czego szukać na lądzie, więc wybiera ucieczkę na morze. Nie radzi sobie z dręczącym go poczuciem winy i bezsilnym gniewem. Usiłuje więc skupić się wyłącznie na swoim zajęciu, być obojętnym, znieczulić się za pomocą wszystkich dostępnych mu środków i (prze)trwać. Ale to, co miało być spokojnym rejsem, słabo płatną, ale pewną pracą staje się jeszcze jedną konfrontacją ze złem i wrogą naturą. Sumner ma w sobie pewien rys opiekuńczości (nie do końca chyba jest go świadomy), który nie pozwala mu umyć rąk, przejść obojętnie wobec krzywdy dziejącej się komuś słabszemu. Niechętnie, jakby wbrew sobie, ale jednak reaguje. Tak samo nie umie patrzeć na głodzenie żywej istoty i zaczyna się opiekować mały niedźwiadkiem przebywającym na pokładzie statku. Wątek związany z tym zwierzęciem jest zresztą bardzo ważny i przewija się przez całą powieść. Ogólnie rzecz biorąc, niedźwiedź, jako symbol, ma wiele znaczeń. Z jednej strony oznacza ciemność, pierwotną siłę, dzikość, podświadomość, a także nieustępliwość wobec wroga, z drugiej: ochronę, opiekę, a nawet macierzyństwo. Wszystko powyższe wykorzystane jest w powieści w sposób fenomenalny, bardzo złożony i niejednoznaczny. 
 
Jako całość Na wodach północy też jest złożonym i wieloznacznym dziełem, kreślącym bardzo ciemny obraz świata z nielicznymi plamkami światła. W pewnym momencie Sumner pyta o to, dlaczego tak wielkie zło istnieje, jaki jest w tym sens. I dostaje odpowiedź: Najważniejsze pytania to te, na które nie mamy nadziei odpowiedzieć słowami. Może w ogóle odpowiedzi nie istnieją, albo zawsze są one niewystarczające i tymczasowe. Książka Iana McGuire'a to świetna, brutalna powieść naznaczona egzystencjalnym niepokojem i smutkiem.
 

piątek, 19 kwietnia 2024

"Niebo i piekło" Jón Kalman Stefánsson



Łzy pojawiają się tam, gdzie słowa zmieniają się w bezrozumne głazy. (...) Łzy łagodzą ból i są dobre, ale jednak niewystarczająco dobre. Nie da się nawlec ich razem i niczym błyszczący sznur zanurzyć w głębinie, żeby wyciągnąć z niej tych, którzy umarli, a mieli żyć.
 
Niebo i piekło to historia o próbie radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby, o samotności i zagubieniu, o zadawaniu sobie pytań, na które nigdy nie ma wystarczająco dobrej odpowiedzi. Zaczyna się słowami: Jesteśmy niemal ciemnością wypowiedzianymi przez tajemniczego zbiorowego narratora, który określa cel swojej opowieści, dziejącej się sto lat temu na Islandii: Nasze słowa są niczym ratownik w akcji, powinny ocalić minione wydarzenia i zagasłe życia z czarnej dziury zapomnienia (...). To owo wszechwiedzące my towarzyszy pewnemu bardzo młodemu mężczyźnie, właściwie jeszcze chłopcu w czasie pierwszego wiosennego połowu na morzu, podczas którego dochodzi do tragicznego wydarzenia. A chociaż chłopak jest tu najważniejszą postacią, można zaryzykować twierdzenie, że powieść przedstawia portret zbiorowy, w pierwszej części rybaków z nadmorskiej przystani, w drugiej mieszkańców niewielkiej miejscowości, gdzie po wypadku trafia chłopiec. Każdy tu dźwiga swój los, swoją zagmatwaną historię, wszystkie poniesione straty, mierzy się z tą ciągłą niepewnością, jaką niesie ze sobą życie. 
 
Niebo i piekło to również książka o potędze słów i ich bezsilności. Słowa to czasami wszystko, co się posiada, wierni towarzysze, którzy ratują w złych czasach, gdy człowiek żyje, a jakby nie żył. Zapisane w listach wyrażają tęsknotę i pamięć o bliskich. Zapisane w książkach wciąż jeszcze potrafią wzruszać ludzi, niewiarygodne, może światło jeszcze nie całkiem w nich wygasło, może jest jeszcze, mimo wszystko, jakaś nadzieja. Niestety czasami słowa tracą znaczenie. To bezużyteczne szańce, które bez trudu pokona śmierć i nieszczęście. A jednak dla tak wielu osób słowa są bardzo istotne. Czytali zachłannie rodzice chłopca, czyta on i jego przyjaciel. Niewidomy kapitan gromadzi książki, niechętnie pożyczając tę dla niego najważniejszą, Raj utracony Miltona. Wersy powstałe w ciemności, które nigdy nie znikną sprzed oczu - poemat opowiadający o stracie, ale też będący dowodem niezłomności ludzkiego ducha. Ta książka odgrywa w powieści nie tylko kluczową rolę, ale też cytaty z Raju utraconego przewijają się tu jak refren, na czele z pięknymi słowami Ewy mówiącej do Adama: Blask gwiazd bez ciebie nie może być słodki.
 
Niebo i piekło to niezwykłe połączenie realizmu w opisie codziennego życia sprzed wielu lat z ogromną autentycznością w przedstawianiu ludzkich przeżyć i emocji, z dodatkiem odrobiny ironicznego humoru. To książka obdarzona magią biorącą się z faktu, że dzieje się na krańcu świata, w Islandii, gdzie góry stykają się z prawie bezkresnym oceanem; wreszcie wynikającą z piękna języka, bliskiego poezji czy mitycznej opowieści, w którym stawiane są te najważniejsze pytania o śmierć, życie, sens. Jest, na przykład, coś z przywołania mitu w geście pewnej ekscentrycznej, czarnowłosej kobiety, która codziennie karmi kruki, ptaki kojarzące się ze śmiercią, ale jednocześnie z bogiem Odynem, który miał dwa kruki. Nazywały się Myśl i Wspomnienie.
 
 

wtorek, 22 września 2015

W stylu Horacego, Josif Brodski

Nieś się, stateczku, przez fale złudne.
Łopoczą żagle jak zmięte ruble.
Z ładowni słychać skowyt republik.
Skrzypienie burty.

Trzeszczy w szwach co opina żebra.
W morzu drapieżnych ryb pewnie nie brak.
Nawet pasażer o silnych nerwach
Rzyga jak struty.

Nieś się, stateczku, w burz kłębowisku.
Sztorm, choć wścieklejszy jest od pocisku,
Bezsilniej słucha władnego świstu -
Tak bardzo, że aż

Nie wie, gdzie pędzić: w tę? W tamtą? W jeszcze
Inną? Bo cztery strony ma przestrzeń,
Jak cztery ściany - każde z pomieszczeń,
Choćby w nich mieszkał Boreasz.

Nieś się i nie bój, że skalny występ
Przebije burtę. Odkryjesz wyspę,
Jedną z tych wysp, gdzie sto lat po wszystkim
Krzyże dostrzegasz,

Gdzie obwiązany tasiemką pakiet
Listów sprzedaje ci dziecko: takie
Błękitne oczy jawnym są znakiem -
Ojcem był żeglarz.

Nie wierz, stateczku, przewodnim gwiazdom:
Tyle ich tam, że niebo jest zjazdem
Sztabu głównego, gdy straszą nas tą
Próżnią nad głową,

Wierz tylko temu, co się nie zmieni:
Wierz demokracji wolnych przestrzeni,
Która, choć w burzach sporów się pieni,
Ma dno pod sobą.

Jedni w dal płyną na złość losowi.
Inni - dosolić Euklidesowi.
Inni znów - po to, by mieć to z głowy.
Wszystko to nieźle, lecz ty...

Lecz ty stateczku, o każdej porze
Dostrzeż horyzont choćby w horrorze,
Nieś się w dal, aż sam się staniesz morzem,
Nieśże się, nieśże.


____________
Tłumaczenie: Stanisław Barańczak

piątek, 24 lipca 2015

"Morze", John Banville



Okładka książki Morze

Przeszłość bije we mnie niczym drugie serce.

Morze Johna Banville'a, irlandzkiego pisarza, porusza temat utraty i żałoby. Po śmierci żony Max Morden wyjeżdża nad morze, do miejscowości, gdzie spędzał wakacje. Jest to jednocześnie powrót pamięcią do pewnego mitycznego lata, które odcisnęło się na jego życiu. Do dawnych wydarzeń związanych z poznaną w tym czasie rodziną Grace'ów, które położyły kres jego dzieciństwu. 

Morze jest opowieścią o pamięci. Pamięci, która jest z jednej strony obronnym murem, za który można się schronić starając się drobiazgowo przypomnieć sobie chwile z przeszłości, wygląd osób i miejsc. Z drugiej strony jest żywiołem, z którego wyłaniają się przynoszące ból myśli o żonie. Minęło dopiero dwanaście miesięcy od momentu, gdy padła śmiertelna diagnoza. Nie da się uciec od wspomnień wspólnego czekania na jej śmierć, ostatnich dni jej choroby. Rozpacz nakazuje bohaterowi szarpiącemu się z kłębowiskiem uczuć, potocznie nazywanym żałobą, przywołanie pierwszego, przeżytego w dzieciństwie, bolesnego zetknięcia się ze stratą. (Jestem jak człowiek, którego straszliwie boli ząb i który pomimo bólu czerpie mściwą przyjemność z wkładania czubka języka raz po raz głęboko w pulsujący ubytek.)

Jest to proza bardzo plastyczna, rzeczywistość oglądamy oczami Maxa, którym jest historykiem sztuki. Malarsko zbierająca okruchy przeszłość. W swojej drobiazgowości w opisach monotonna jak szum morza. Bardzo powolna i wymagająca cierpliwości. Stanowi wnikliwe studium żałoby i dla tych akapitów wyrażających rozpacz i samotność warto ją przeczytać.  
____________
Wpis powstał w ramach wyzwania Pod hasłem (edycja lipcowa: Po trzykroć)

wtorek, 12 maja 2015

Wiosenne nastroje

Wiatr morski

Ciało jest smutne biada! I wszystkiem przeczytał
Książki. Uciec! Daleko uciec! Czuć do syta,
Jak pijane są ptaki wśród nieba i wody!
I nic, ni stare w oczach odbite ogrody,
Nie wstrzyma tego serca, co morzem oddycha.
O noce! Ani lampy mojej światłość cicha
Nad pustą kartą, której strzeże biel okrutna,
Ani karmiąca dziecię młoda żona smutna.
Odjadę! Łódź o żaglach, co na wietrze grają,
Już podnosi kotwicę ku dalekim krajom!
Smętek cierpkich nadziei trapiony zalewem
Wzrasta jeszcze z ostatnim chusteczek powiewem!
I może właśnie maszty, prące w odmęt burzy,
Są z tych, którym wiatr znaczy rychły kres podróży,
Gdy bez masztów, wysp żyznych zagubić się zdarzy…
Lecz, o me serce, słuchaj śpiewu marynarzy.


_________
Stéphane Mallarmé
tłum. Ryszard Matuszewski

czwartek, 6 listopada 2014

Miraże

Dzień dwudziesty trzeci  - książka, którą zawsze chciałaś przeczytać, ale nie zrobiłaś tego.

Imię moje: Galene. Przed kilku laty - mniejsza o ścisłość jak dawno temu - mając niewiele czy też nie mając wcale pieniędzy w sakiewce, ani nieprzeczytanych książek na półkach, pomyślałam sobie, że pożegluje nieco po morzach z Moby Dickiem Hermana Melville'a i obejrzę wodną cześć świat. Taki mam właśnie sposób odpędzania splinu i regulowania krwiobiegu. Gdy tylko stwierdzę, że usta wykrzywiają mi się ponuro, gdy tylko do duszy mej zawita wilgotny dżdżysty listopad - wtedy uznaję, że już wielki czas rozpocząć czytanie.
Pozwólcie, bym was gorąco przestrzegła w tym miejscu, właściciele okrętów z Nantucket! miłośnicy tej książki! Strzeżcie się przyjmowania do swego grona, wymagającego takiej czujności, uwagi, cierpliwości jakąkolwiek osobę o niezapadniętych od czytania oczach. Osoby takie stopiony rytm fal i myśli ukołysze. W tym zaczarowanym nastroju duch ich odpłynie tam skąd przybył; rozproszy się w czasie i przestrzeni.
Bardzo często miłośnicy tej czytelniczej podróży winią takie roztargnione głowy i czynią im wyrzuty, że nie czują dostatecznego zainteresowania dla wyprawy, robią ukryte aluzję, iż są oni tak beznadziejnie pozbawieni wszelkiej uczciwej ambicji, że w głębi duszy woleliby raczej nie czytać o wielorybach, lecz się z nimi spotkać. Owi czytelnicy (w tym wyżej podpisana), mają świadomość, iż ich umysł okazał się mało doskonały - jakiż więc pożytek z nadwyrężania sobie nerwu wzrokowego. Ale czasami oddają się mirażom, że kiedyś dokończą podróż i dowiedzą się, co się stało z kapitanem Ahabem i Moby Dickiem.