Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2026

"Tymczasowy dżentelmen" Sebastian Barry


Bardzo trudno przypomnieć sobie pijaństwo, bo w zasadzie jest to pewna forma ludzkiej nieobecności, potężna trąba powietrzna, która wymazuje cały krajobraz.  
 
Tymczasowy dżentelmen jest historią Jacka McNulty'ego, irlandzkiego weterana drugiej wojny światowej, który pod koniec lat pięćdziesiątych trafia z ramienia ONZ do Akry. Tam zaczyna spisywać wspomnienia, będące próbą emocjonalnego poukładania swojego życia, przede wszystkim zaś przyjrzenia się relacjom z żoną i córkami. W tle dzieje się wielka historia, która subtelnie odzwierciedla losy Jacka. Jego młodość, wchodzenie w życie zbiega się z optymizmem początków wolnej Irlandii, pełne napięć lata trzydzieste i wojna w Europie są jak rzeka, do której wpadają nieszczęścia osobiste. Okres przejściowy między końcem panowania brytyjskiego a powstaniem niepodległej Ghany Jack spędza w stanie zawieszenia na afrykańskiej ziemi, usiłując uporządkować własne życie, zanim będzie mógł ruszyć dalej. 
 
Powieść zachwyca pięknym, emocjonalnym językiem. Sprawia on wrażenie trochę staroświeckiego, kwiecistego, ale jest taki, jakim mógłyby wypowiadać się ktoś, kogo dzieciństwo przypadło na czasy jeszcze przed pierwszą wojną światową, a młodość na lata dwudzieste. Jest to też język nasączony odniesieniami religijnymi, jak na katolickiego Irlandczyka przystało. Oprócz wiarygodnej narracji Sebastian Barry świetnie buduje w książce napięcie. Już otwierająca scena - storpedowania okrętu - przykuwa uwagę i w pewien sposób charakteryzuje bohatera, któremu nie jeden raz dzięki ślepemu trafowi udaje się ocalić życie lub nie ponosić konsekwencji własnych zachowań.  
 
Czy da się rozliczyć własne życie, zobaczyć, co w nim było dobrego, co złego, wreszcie przyznać się do własnych win i błędów oraz spróbować zacząć od nowa? To jest jedno z głównych pytań, jakie zadaje powieść. Jackowi podsumowywanie swojego życia idzie mozolnie. Ciężko mu nie tyle przyznać się do swoich win, co w pełni zrozumieć ich wagę. Nie chce przyjąć własnej przegranej i czepia się wątłej nadziei, że coś jeszcze da się naprawić. I to jest takie ludzkie, tak powszechne.  Umieszcza w swoim dzienniku trzeźwe zdanie: Niniejsze sprawozdanie z własnych poczynań napełnia mnie pokorą, jest to jednak w ogromnej mierze historia złego człowieka. I trudno nie przyznać mu racji, przy czym nie ma w nim okrucieństwa, jest raczej bezmyślność, egoizm, uzależnienie od hazardu i alkoholu. Twierdzi, że bardzo kochał swoją żonę Mai, ale kiedy zadaje pytanie: Chciałbym zapytać Boga, a jeśli nie Boga, to jakiegoś dobrotliwie nastawionego anioła, o odpowiedź na pytanie, dlaczego Mai Kirwan przypadł w udziale taki los, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie, jej właśnie zapisano taką przyszłość, choć zaczynała tak pełna obietnic i szczodrych darów - ma się ochotę nim potrząsnąć, bo w niedostatecznym stopniu dostrzega własną odpowiedzialność. Mai przytrafił się on, jako mąż. I jeszcze życie w katolickiej, tradycyjnej Irlandii, gdzie czternastolatki oddaje się do klasztoru, nieposłuszne żony się zamyka, kobieta nie może się rozwieść, nie może po ślubie podjąć pracy, a jej majątkiem, także tym odziedziczonym po rodzicach, zarządza mąż.
 
Dla swoich córek Jack jest głównie rodzicem nieobecnym, co przy problemach ich matki z depresją i również alkoholem jest po prostu smutne. W najbardziej trudnej sytuacji rodzinnej jego pomysłem na jej rozwiązanie jest zaciągnięcie się do armii brytyjskiej na ochotnika, czego nie musi robić, bo jest obywatelem neutralnego państwa. Sytuacja Irlandii w czasie drugiej wojny światowej była bowiem skomplikowana. Władze bardzo starały się zachować neutralność, obawiając się, że pozwolenie na wejście angielskim okrętom do portów sprawi, że one już ich nie opuszczą i państwo straci dopiero co uzyskaną suwerennośc. Wielu też Irlandczyków tak nienawidziło Brytyjczyków, że życzyło Niemcom zwycięstwa. Pierwsze zadanie jakie Jack otrzymał po wstąpieniu do armii nie było specjalnie zaszczytne. Popłynął do Afryki pilnować brytyjskich kolonii na wypadek zamieszek lub gdyby francuski rząd Vichy postanowił je zająć. Refleksja nad byciem brytyjskim oficerem, przedstawicielem imperium też przychodzi w jego życiu dość późno. 
  
Tymczasowy dżentelmen Sebastiana Barry'ego nie jest tak wybitną i wstrząsającą książką jak Czas starego boga, ale dalej jest wart lektury, chocby tylko ze względu na wspaniały styl autora.  
 

niedziela, 2 lutego 2025

"Pieśń prorocza" Paul Lynch

Pieśń prorocza Paula Lyncha jest powieścią na pograniczu dystopii, dzieje się bowiem w niedalekiej przyszłości w Irlandii, gdzie władzę przejmuje autorytarna partia wprowadzając dyktaturę. Pewnego listopadowego wieczoru do domu Eilisch puka tajna policja szukając jej męża. Jest on jednym z organizatorów protestu nauczycieli. Zaraz po tym, jak marsz się odbywa, mąż Eilish znika bez śladu, a ona zostaje sama z dziećmi i ojcem chorym na demencję. W państwie pozbawiającym ludzi ich podstawowych praw, w którym szybko rosną represje, Eilish usiłuje ocalić swoją rodzinę.


Książka wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Nie podobał mi się sposób kreacji świata, a zwłaszcza podniosły język, w jakim utwór został napisany. Przejdźmy jednak najpierw do zalet. Powieść jest przejmująca, gdy skupia się na codziennym życiu, a przede wszystkim na relacjach rodzinnych. Widzimy, jak Eilish podejmuje próby trzymania rodziny razem, chronienia dzieci w rozpadającym się świecie. Poruszające jest przedstawienie reakcji bohaterki na kolejne straty poczynając od momentu, kiedy uświadamia sobie, że nie ma już powrotu do dawnego, stabilnego życia. Pokazane są lęki dzieci, wybuchy frustracji, gdy nie rozumieją, co się dzieje. Świetnie przedstawione jest uczucie dojmującej bezradności, gdy los najstarszego syna wymyka się matce z rąk i nie jest w stanie zapewnić mu dłużej bezpieczeństwa. Bardzo ciekawie jest też poprowadzona relacja Eilish z ojcem, który z jednej strony widzi sytuację polityczną bardzo jasno, z drugiej, za chwilę, staje się kompletnie zagubiony w otaczającej go rzeczywistości. Można to odczytać jako analogię do życia w opresyjnym systemie, gdzie momentami widzi się wyraźnie, co się dzieje, by za moment poczuć się kompletnie zagubionym lub bezsilnie czepiać się złudzeń, że władza na pewno nie posunie się do dalszych represji.

Paul Lynch zaczyna swoją książkę mottem - cytatem z Koheleta - więc nic zgoła nie ma nowego pod słońcem. Ma rację: historia się powtarza, a życie w jednym reżimie podobne jest do życia w innym. To, że opowiada o rzeczach, które już tyle razy się wydarzyły w przeszłości, dzieją się teraz i zostały wielokrotnie opisane nie jest koniecznie minusem powieści. Stawianie zarzutu wtórności, więc chyba nie ma sensu, zwłaszcza, że ta książka jest tak żywo odbierana przez czytelników. Większą wadą wydaje się brak odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że kraj stał się dyktaturą. Autor nie udziela wyjaśnień, co z jednej strony jest zrozumiałe, bo bardziej interesuje go pokazanie konsekwencji życia w państwie autorytarnym, ale cierpi na tym kreacja świata przedstawionego, który wydaje się nieprzemyślany i niespójny. Brak nakreślenia realiów polityczno-społecznych, to że reżim pojawia nagle - wiemy tylko, że partia (zasugerowane jest, że nacjonalistyczna) doszła do władzy dwa lata wcześniej - powoduje, że świat w powieści sprawia trochę wrażenie dekoracji. Jest straszny, ale płaski. Ma to jeszcze dodatkowy skutek, ponieważ  wszystko pokazywane jest z punktu widzenia Eilish, odbiera jej reakcjom psychologiczną wiarygodność zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Do naturalnego, takiego ludzkiego zagubienia, wynikającego z niewidzenia sytuacji klarownie, bo jest się w środku dramatycznych wydarzeń, wkrada się jakiś fałsz. Jej reakcje wydają się zbyt słabe lub zbyt mocne, bo sytuacja pozbawiona jest przemyślanego, głębszego kontekstu. 

Zgrzyta też język powieści, zbyt patetyczny, nawet jesli zamiarem autora było nawiązanie do podniosłego stylu, w jakim zwykle wygłaszano proroctwa. Narracja zapisana jednym ciągiem, bez wyróżnienia dialogów, co jest zabiegiem mającym podkreślić to, że dyktaturę widzimy subiektywnie, przez pryzmat pojedynczego człowieka. I na pewnym poziomie to dobrze działa, tworząc klaustrofobiczną atmosferę, podkreślającą osaczenie i bezsilność jednostki. Jednak metafory i porównania stosowane przez pisarza, dość często odwołujące się do natury, skutecznie wybijają z rytmu czytania, bo są pretensjonalne. Oto kilka przykładów, choć zdaję sobie sprawę, że osobno mogą brzmieć gorzej niż w tekście:

Jakże bezgłośnie mrok spowija drzewa wiśni. Zbiera ostatnie liście, a one wcale mu się nie opierają, tylko przyjmują ciemność szeptem. (str. 9)

Jej usta otwierają się, ale nie wydobywa się z nich żaden dzwięk, została wypchnięta z własnego ciała i  przeistoczyła się w pojedynczą  czarną myśl, która nasila się, rozrasta i ciemnieje, aż pochłonie całą materię. (str. 44)

Rano, gdy się obudziła, drzewa wiśniowe mokły w deszczu ze śniegiem, ale teraz zawiązały bezmyślny spisek i przytakują ciemności. (str. 45)

Uśpione drzewa powoli nabrzmiewają. Wkrótce znów otworzą pąki na wiosenne światło, Eilish myśli o tym, rozmyśla o sile drzewa, o tym, jak przetrwało ciemny czas, o tym, co widzi drzewo, gdy otwiera oczy. (str. 85)

Eilish nie zapamiętała jego twarzy, dołaczyła już do pozostałych, zwyczajnych i smutnych, które odwróciły oczy, ta twarz została już opowiedziana, wszystkie twarze zostały opowiedziane, ta twarz mówi o całym wszechświecie roztrzaskanym w pył i tworzonym wciąż na nowo w obłakańczym dziele tworzenia (str. 170)


sobota, 13 lipca 2024

Podsumowanie półrocza 2024 - 5 ulubionych książek

Celem tego bloga jest prezentowanie utworów, które mi się podobają, więc jak zawsze polecam wszystkie książki, których recenzje ukazały się tu w tym półroczu. Moim zdaniem, jest to znakomita i warta uwagi literatura. Wśród wszystkich tych książek jest jednak pięć, które chciałabym szczególnie wyróżnić. Są to trzy powieści i dwie pozycje z literatury non-fiction. Kolejność na liście jest alfabetyczna. Linki prowadzące do opinii znajdują w tytułach. 
 
Powieści:
 
1. Czas starego boga Sebastian Barry 
 Jak minie dość czasu, to pewne zdarzenia jakby nigdy nie zaszły. To, co dawniej było świeże, bliskie, straszne, odpływa w czas starego Boga, jak ludzie spacerujący po Killiney Strand tak daleko, że przychodzi chwila, kiedy zmieniają się w maleńkie czarne kropeczki, aż wreszcie znikają. 
Niezwykły jest sposób, w jaki ta książka jest napisana: nasycona biblijnymi odniesieniami, obrazowa, a w budowaniu tych obrazów najważniejszą rolę odgrywają morze, światło i mrok. Ma ona również bardzo oniryczny charakter, co tylko podkreśla ogromny ciężar emocjonalny opowiedzianej tu historii życia pewnego emerytowanego policjanta. Jest to na wskroś irlandzka powieść o konfrontacji z przeszłością.
 
2. Na wodach północy Ian McGuire 
Podszyta egzystencjalnym niepokojem brutalna powieść sensacyjno-przygodowa o wyprawie wielorybniczej na daleką północ. Z jednej strony to książka, w której strony w czasie czytania przewracają się same, z drugiej stawiająca podstawowe pytania o kondycję człowieka. Ma więcej niż kilka bardzo poruszających, zostających na zawsze w pamięci scen, jak na przykład ta, w której główny bohater usiłuje recytować Iliadę i przede wszystkim znakomite, niepokojące zakończenie.
 
3. Niebo i piekło Jón Kalman Stefánsson 
Może nie potrzebujemy słów, żeby przeżyć, ale jednak potrzebujemy ich, by żyć. Powieść napisana pięknym, poetyckim językiem, mająca w sobie pewien szczególny rodzaj magii. Jest to zbiorowy portret sprzed stu lat rybaków i mieszkańców małego miasteczka położonego na krańcu świata, w Islandii, gdzie góry stykają się bezkresnym oceanem. Książka opowiadająca o stracie, samotności, zagubieniu, o zadawaniu sobie pytań, na które nigdy nie ma wystarczająco dobrej odpowiedzi. Mówi też o sile i zarazem bezsilności słów i literatury.
 
 


Literatura non-fiction:
 
1. Kobieta osobna i miasto Vivian Gornick 
Jest to eseistyczna autobiografia o życiu w Nowym Jorku. Łatwo można się od tej książki odbić ze względu na jej dygresyjny charakter. Feminizm miesza się tu z anegdotami z życia miasta, osobiste refleksje na temat samotności i związków międzyludzkich z cytatami i odniesieniami literackimi, wspomnienia z dzieciństwa z relacjami z przedstawień i koncertów. Jest jednak w tej książce coś bardzo ujmującego wynikającego z silnej więzi pisarki z Nowym Jorkiem, z umiłowania do chodzenia, włóczenia się po mieście, z czułości i trafności czynionych przez nią spostrzeżeń. 
 
2. Rozmyślania Marek Aureliusz 
Jedna z kluczowych pozycji stoicyzmu, skupiająca się na kwestiach etycznych, rozważaniach moralnych w ramach tego nurtu filozoficznego. Najbardziej jednak uderza przy lekturze osobisty ton tej książki, jej autoterapeutyczny dla autora charakter. Jest coś niezwykłego w tym, że mimo ogromnego dystansu czasowego, upływu tysiącleci, można zobaczyć w dziele filozoficznym żywego człowieka. Dlatego wśród wielu zawartych w Rozmyślaniach maksym i myśli podoba mi się też rozdział 31 z Księgi 11, gdzie Marek Aureliusz cytując kogoś, pisze (o sobie?, o swoim dziecku?, o kimś bliskim? może to zdanie mu się po prostu podoba? - nie wiadomo): "A moje miłe serce roześmiało się".

niedziela, 30 czerwca 2024

"Czas starego boga" Sebastian Barry



Ludzie przeżywali największe potworności, a później nie byli w stanie o nich mówić. Prawdziwe historie tego świata kryły się pod warstwą milczenia. Milczeniem była zaprawa i milczeniem były cegły tworzące ściany, których często nie mogło przebić nic. 
 
Czas starego boga zaczyna się niepozornie, niemal pogodnie. Oto Irlandia lat dziewięćdziesiątych, niewielka nadmorska miejscowość niedaleko Dublina. Tam Tom Kettle, emerytowany policjant, wynajmuje mieszkanie w przybudówce wiktoriańskiego zamku. Jego ulubionym zajęciem od dziewięciu miesięcy, odkąd się tu przeprowadził, jest przesiadywanie w spłowiałym wiklinowym fotelu, patrzenie na morze i pobliską wysepkę z kormoranami. Cały sens emerytury, cały sens istnienia sprowadza się dla niego do: trwać w miejscu, szczęśliwie i bezużytecznie. Pewnego popołudnia jednak zjawiają się u niego dwaj młodsi koledzy z wydziału, aby zapytać o umorzone śledztwo, które Tom prowadził około dwudziestu lat wcześniej.
 
Powieść Barry'ego opowiada o rozliczeniu się z przeszłością, co brzmi banalnie, ale książka jest wybitna zarówno pod względem wagi poruszanych tematów, jak i konstrukcji czy języka. Wydaje się też, że lepiej nie wiedzieć prawie nic o jej treści, gdyż ta stopniowo odsłania się czytelnikowi. Z każdą stroną powieść nabiera intensywności i coraz większego ciężaru emocjonalnego. Wstrząsająca przeszłość Toma wynurza się powoli, rodzi się na nowo, tak jakby te dziewięć miesięcy emerytury były dziewięcioma miesiącami ciąży. 
 
Język Czasu starego boga jest niezwykły: metaforyczny i piękny. Zdania są proste a jednocześnie wielowymiarowe, sugestywne, często ukrywają drugie dno czy sens symboliczny lub nawiązanie do Biblii. Tekst jest nasycony obrazami, odzwierciadlającymi stan psychiczny bohatera, w których przeważnie główną rolę grają światło, ciemność i morze. Przykładowo:
 
Po zachodzie słońca, (...) rozpełzał się dziwny mrok, przyszła ciemna armia z zachodu i zaczęła zamalowywać szeroki krajobraz pędzlami ociekającymi niekończącą się czarną farbą, już nie ma, do widzenia, farba pożerała brzeg zatoki, potem wąski pas plaży, zarośla miedzy piaskiem a ludzkimi osadami, aż ktoś daleko zapalił światło w oblepionym solą domku, rozbłysło okienko, maleńkie jak świeczka wotywna, samotny świetlny punkcik w świeżo zakrzepłej pustce. 

Drugi przykład, który chyba można potraktować jako metaforę Irlandii lat dziewięćdziesiątych, nadchodzącego czasu zmiany, początku oczyszczenia (aluzja do potopu), wydobycia na światło dzienne mrocznej strony tego kraju:
 
(...) zauważył jak uniosła się wielka pokrywa ciężkiej chmury, jakby cały kraj i morze poniżej już się porządnie ugotowało, a niedające za wygraną żyłki słońca spadały z obłoków jak przeciekające strużki wodospadów, jakby światło było materią jakiejś niebiańskiej powodzi (...)
 
Ta bardzo obrazowa narracja w powieści ma charakter strumienia świadomości głównego bohatera z takim charakterystycznym skupieniem na drobiazgach: kolorze sera na grzance, rysie na podłodze, rudziku w ogrodzie. Sposób opowiadania jednocześnie zachowuje w sobie odrobinę z kryminału: w tle toczy się śledztwo prowadzone przez policjantów, a na pierwszym zaś planie mamy historię domysłów, balansujemy bowiem na granicy między jawą a snem, prawdą a szaleństwem. To każe nieustanie zadawać pytanie o to, co się naprawdę wydarzyło, co jest faktem, a co wyobrażeniem. Ten oniryczny charakter powieści tylko podkreśla jej ogromny ciężar emocjonalny wynikający z opisu krzywdy, milczenia wokół niej i jej dojmujących konsekwencji. 
 
Czas starego boga to jedna z tych książek, od których nie sposób się oderwać i których czytanie jednocześnie boli. 
 

poniedziałek, 16 stycznia 2023

"Drobiazgi takie jak te" Claire Keegan

 
 Drobiazgi takie jak te
Claire Keegan dzieją się na przestrzeni paru miesięcy przed Bożym Narodzeniem 1985 roku w niewielkim irlandzkim mieście nad rzeką Barrow. Bill Furlong jest prawie czterdziestoletnim mężczyzną prowadzącym firmę, która zajmuje się dostarczaniem opału i z jego perspektywy czytelnik obserwuje przedświąteczną rzeczywistość. Niełatwą, bo trwa kryzys, firmy się zamykają, interesy idą tak sobie. W zmęczeniu codziennym kołowrotem myśli Billego snują się prawie same wokół drobiazgów i rzeczy ważnych: czy starczy pieniędzy na remont domu, czy córkom nic się nie stanie. Biegną od wyrzutów sumienia, że planuje trasy dostaw w niedzielę, zamiast skupić się na byciu ze swoją rodziną, aż po pytania, jaki jest sens tego wszystkiego, co go otacza. Nachodzą go bowiem wspomnienia z dzieciństwa, refleksje, że jego los nie musiał potoczyć się tak, jak się potoczył. Pewna kobieta nie zwolniła z pracy dziewczyny będącej w nieślubnej ciąży, a po jej śmierci zajęła się Billem, zapewniając mu przyszłość.  
 
 Drobiazgi takie jak te są bardzo krótkim utworem. To zaledwie kilka zimowych obrazków z życia na irlandzkiej prowincji. Jednak autorce świetnie udaje się oddać atmosferę przygotowań do świąt, i tak jakby mimochodem, za pomocą jednego zdania dialogu czy opisu, znakomicie pokazać hierarchię społeczną i układ władzy w mieście. Niespiesznie, uważnie książka podąża za codziennością przeciętnego człowieka, bo właśnie on i jego decyzje są jej głównym tematem. Bill nie jest przecież nikim ważnym w miejscowej społeczności, choć świetnie dopasował się do życia w niej. I zna to życie niejako od podszewki. Rozwożąc opał zagląda na podwórza, do szop, składów. Pewnego razu widzi w szopie coś, czego nie powinien zobaczyć. Staje więc przed wyborem, co robić dalej. Czytelnik zaś orientuje się, że nie czyta słodko-gorzkiej historii świątecznej, tylko moralitet. Opowieść o wyborach moralnych zwykłych ludzi, takich, którzy chcą tylko w spokoju zajmować się własnymi sprawami. Wiedzą, że lepiej się nie wychylać, bo można sporo stracić. Łatwiej niczego zauważać, ponieważ tak jest bezpieczniej, a może tylko wygodniej. Książka stawia więc pytania, co decyduje, jakie drobiazgi sprawiają, że ktoś jednak zdobywa się na odwagę i reaguje na zło dziejące się tuż obok. 

niedziela, 27 września 2020

"Jestem, jestem, jestem. Siedemnaście przelotnych spotkań ze śmiercią", Maggie O'Farrell


 Maggie O'Farrell jest urodzoną na początku lat siedemdziesiątych w Irlandii Północnej brytyjską pisarką powieści obyczajowych. Jestem, jestem, jestem. Siedemnaście przelotnych spotkań ze śmiercią jest jej autobiografią, opowiedzianą ze szczególnego punktu widzenia. Opisuje w niej swoje życie poprzez wydarzenia graniczne - zetknięcie się ze śmiercią. I jak pisze:

 Nie ma nic wyjątkowego ani szczególnego w otarciu się o śmierć. Tego rodzaju doświadczenia nie są rzadkie, ośmieliłabym się stwierdzić, że każdy kiedyś je przeżył, może sobie tego nawet nie uświadamiając. Furgonetka przejeżdża za blisko twojego roweru, zmęczony ratownik medyczny orientuje się, że należy jeszcze raz sprawdzić dawkę, pijany kierowca niechętnie ulega perswazji i oddaje kluczyki do samochodu, pociąg, na który nie zdążyliśmy, bo nie usłyszeliśmy budzika, samolot, na który się spóźniliśmy, wirus, którego nie wciągnęliśmy w płuca, droga, którą nie poszliśmy.


 Nie ma więc nic szczególnego w otarciu się o śmierć - życie Maggie O'Farrell jest jednocześnie całkowicie zwyczajne i niepowtarzalne, jak biografia każdego innego człowieka, z wyjątkiem może ciężkiej choroby w dzieciństwie. Maggie O'Farrell opowiada zatem o tym, jak to jest śmiertelnie chorować jako dziecko a potem całe życie zmagać się z następstwami choroby, stykać się w późniejszym wieku, z oszczędnościami i brakami w opiece zdrowotnej, z pozbawionym empatii traktowaniem pacjentów, szczególnie zaś lekceważeniem zdrowia i samopoczucia kobiet, ich prawa do samostanowienia. Jest to także opowieść o innych formach przemocy wobec kobiet.

 Pisząc o doświadczeniach uniknięcia śmierci książka opowiada o nieodwracalnej zmianie, bowiem świadome przeżycie śmiertelnego zagrożenia zmienia człowieka, wnika w niego, staje się jego częścią, nie da się wymazać z historii jego życia, choć bywa doświadczeniem, o którym trudno mówić. Maggie O'Farrell jednak udaje się nazwać w sposób przejmujący uczucia spychane gdzieś głęboko. Ma niezwykłą umiejętność pisania o zwyczajnym życiu, o tym, co może się przytrafić każdemu a akurat przytrafiło się jej, uważnie i z wielką wrażliwością. Udaje jej się pokazywać sedno sprawy i towarzyszące mu uczucia przerażenie, bezradność albo wolę walki, czasami absurd sytuacji i bezduszność otoczenia w skondensowany sposób, w krótkich scenach zajmujących kilka linijek tekstu. Mistrzowskim przykładem jest tu opis przesłuchania na posterunku policji. Dodatkowo ujmująca jest jej trzeźwa ocena siebie, odrobina poczucia humoru i niby drobiazgi: współgranie tytułu książki, motta zaczerpniętego od Sylvii Plath i zakończenia. Także tytuły rozdziałów zwracają uwagę. Są one nazwami części ciała, które były dotknięte zagrożeniem, powodującym śmiertelne niebezpieczeństwo i datami, podkreślającymi, że potem nic już nie było takie samo.

 Mimo skoncentrowania się na temacie śmierci Jestem, jestem, jestem jest  książką przepełnioną wdzięcznością i afirmacją życia. Opis wydarzeń, w których otarła się o śmierć stanowi dla Maggie O'Farrell punkt wyjścia do opowiedzenia o ważnych sprawach i osobach w jej życiu, pokazania każdej jego cennej chwili. I co bardzo ujmujące, zauważa nawet drobne okruchy dobra, które mogą mieć i miały olbrzymie znaczenie. Jest to też bowiem książka będąca formą podziękowania dla ludzi, którzy kiedyś dosłownie uratowali życie, albo tylko, choć to tylko jest nie adekwatnym słowem, okazali swoje wsparcie słowem, dotykiem, przelotnym gestem, dodatkowym wysiłkiem.


piątek, 24 lipca 2015

"Morze", John Banville



Okładka książki Morze

Przeszłość bije we mnie niczym drugie serce.

Morze Johna Banville'a, irlandzkiego pisarza, porusza temat utraty i żałoby. Po śmierci żony Max Morden wyjeżdża nad morze, do miejscowości, gdzie spędzał wakacje. Jest to jednocześnie powrót pamięcią do pewnego mitycznego lata, które odcisnęło się na jego życiu. Do dawnych wydarzeń związanych z poznaną w tym czasie rodziną Grace'ów, które położyły kres jego dzieciństwu. 

Morze jest opowieścią o pamięci. Pamięci, która jest z jednej strony obronnym murem, za który można się schronić starając się drobiazgowo przypomnieć sobie chwile z przeszłości, wygląd osób i miejsc. Z drugiej strony jest żywiołem, z którego wyłaniają się przynoszące ból myśli o żonie. Minęło dopiero dwanaście miesięcy od momentu, gdy padła śmiertelna diagnoza. Nie da się uciec od wspomnień wspólnego czekania na jej śmierć, ostatnich dni jej choroby. Rozpacz nakazuje bohaterowi szarpiącemu się z kłębowiskiem uczuć, potocznie nazywanym żałobą, przywołanie pierwszego, przeżytego w dzieciństwie, bolesnego zetknięcia się ze stratą. (Jestem jak człowiek, którego straszliwie boli ząb i który pomimo bólu czerpie mściwą przyjemność z wkładania czubka języka raz po raz głęboko w pulsujący ubytek.)

Jest to proza bardzo plastyczna, rzeczywistość oglądamy oczami Maxa, którym jest historykiem sztuki. Malarsko zbierająca okruchy przeszłość. W swojej drobiazgowości w opisach monotonna jak szum morza. Bardzo powolna i wymagająca cierpliwości. Stanowi wnikliwe studium żałoby i dla tych akapitów wyrażających rozpacz i samotność warto ją przeczytać.  
____________
Wpis powstał w ramach wyzwania Pod hasłem (edycja lipcowa: Po trzykroć)