piątek, 23 października 2026

"Novecento. Monolog" Alessandro Baricco .


Mówił: "Nie jesteś naprawdę skończony, póki masz w zanadrzu jakąś dobrą historię i kogoś, komu możesz ją opowiedzieć". On miał... dobrą historię. On sam był dobrą historią. Zwariowaną, to prawdą, ale piękną... 
 
Novecento, jak wskazuje podtytuł, ma formę monologu teatralnego. W niewielkim wstępie Alessandro Baricco określa swoją książkę jako formę pośrednią między tekstem przeznaczonym do wystawienia na scenie, a opowiadaniem do czytania na głos. Akcja utworu rozgrywa się na pokładzie statku Virgian pływającego na trasie Liverpool - Nowy Jork i przewożącego emigrantów do Ameryki na początku dwudziestego wieku. Narratorem jest trębacz, który w 1927 roku zaciągnął się do orkiestry okrętowej. Opowiada on historię swojej przyjaźni z pianistą o imieniu Danny Novecento, który urodził się na pokładzie statku i, jak ku swemu zdumieniu odkrywa wkrótce narrator, nigdy nie był na lądzie. 
 
Historia Novecenta to opowieść o kimś niezwykłym, nie tylko z powodu jego wielkiego talentu muzycznego, ale przede wszystkim ze względu na warunki, w których się wychował. To ktoś znający wyłącznie życie na statku, kogo cała wiedza o rzeczywistości jest w dużym stopniu zapośredniczona od innych. Komuś takiemu świat będzie się jawił jako bezbrzeżny ocean, niczym nieograniczony. Podobnie będzie widział życie. Uświadomienie sobie tego ostatniego może być rzeczą zarówno wyzwalającą, jak i przerażającą.
 
Piękny jest to monolog, nie tylko o przyjaźni, choć przecież historia Danny'ego przedstawiona jest przez jego pełnego empatii kolegę z orkiestry, lecz również o sztuce. Sztuce, która przekracza bariery klasowe, jest dialogiem, ciągłym poszukiwaniem. Novecento miał przykazane granie z nut, ale często łamał ten zakaz: improwizował, tworzył własną sztukę inspirując się słuchaniem tych, którzy mieli ochotę podzielić się z nim swoją muzyką, o co najłatwiej było w trzeciej klasie pasażerów. Czy można jednak żyć jedynie sztuką? Przemienić w nią swoje niezrealizowane marzenia? Za jej pomocą rozbroić smutek? Te pytania zostawia Novecento otwarte. 
 

niedziela, 18 października 2026

"Najwyższy człowiek świata. O Józefie Czapskim" Adam Zagajewski


 Nie jestem pewien, czy można o nim powiedzieć, że miał "silną osobowość". Osobowość jest czymś, co ogranicza. Osobowość pokazuje się innym, jest ona instrumentem, za pomocą którego wywieramy presję na innych, podbijamy innych, kolonizujemy innych. (...) Czapski nie miał silnej osobowości, miał silne człowieczeństwo.  
 
Najwyższy człowiek świata składa się z dwóch części. Pierwsza nosząca tytuł Eseje zawiera pięc szkiców o Józefie Czapskim. Szósty nigdy nie powstał z powodu choroby i śmierci Adama Zagajewskiego. Najbardziej jednak poruszająca jest druga częśc książki pokazująca rozwój wzajemnej relacji między poetą a malarzem zatytułowana Rozmowa przyjaciół. Zaczyna się ona wpisem z dziennika Czapskiego ze stycznia 1983 roku, zapowiadającym wizytę młodego ówczas poety. Zapiskom dziennika towarzyszą wiersze i listy. Całość opracował i opatrzył posłowiem Andrzej Franaszek. 
 
 
Część esejów jest rozwinięciem tekstów okolicznościowych: wstępu do książki Czapskiego Tumult i widma, szkicu poświęconego wydanej po latach długoletniej korespondencji Czapskiego i Ludwika Herlinga, którzy poznali się w latach trzydziestych, ich związek przerwała wojna i zobaczyli się ponownie w latach siedemdziesiątych w Paryżu. Pretekstem do powstania ostatniego eseju była szwajcarska wystawa Czapskiego w październiku 2020 roku. Zagajewski interesująco zestawia w nim malarstwo Czapskiego z obrazami Pierre'a Bonnarda. Najciekawsze jednak wydają się dwa pierwsze szkice, najbardziej ogólne, choć wszystkie teksty zamieszczone w tym tomie służą do przedstawienia wielowymiarowej i niezwykłej postaci Józefa Czapskiego. Był on więźniem obozu sowieckiego, który przypadkiem uniknął losu innych polskich oficerów, żołnierzem Armii Andersa, członkiem paryskiej Kultury - ale jak pisze Zagajewski, jego osoba i twórczość zarówno eseistyczna, jak i przede wszystkim malarska przekraczała wymiar bycia świadkiem historii. Zawsze też prowadził podwójne życie między malarstwem a myśleniem, między książkami a sztalugami. Uprawianie malarstwa przez Czapskiego też charakteryzowało się pewną dwoistością - ogromna praca i dyscyplina, aby oddać moment olśnienia doznany w czasie, na przykład włóczegi po Paryżu. Przy czym pociągały go obiekty skromne, codzienne, więc malował wózki na dworcu, samotnych ludzi, białe miseczki na stole, a nie słynne budowle czy okolice. Jednak na czym najbardziej zależy Zagajewskiemu w swoich esejach, to nie jest stworzenie portretu świadka historii, pisarza czy malarza, a uchwycenie niezwykłości Józefa Czapskiego w takim czysto ludzkim wymiarze. 
 
Najlepiej to ostatnie oddaje druga część książki, najbardziej fascynująca, pokazująca migawki z rozwoju wzajemnej przyjaźni między poetą a malarzem. Zaczyna się od listownej reakcji na kilka wierszy Adama Zagajewskiego. Nie są one jedynymi poetyckimi utworami tu zamieszczonymi. Pozostałe powstały z inspiracji rozmowami z przyjacielem. Gdy się poznali w 1983 roku Józef Czapski miał osiemdziesiąt lat, jak pisze wcześniej w esejach Zagajewski: Już zdaje się nie jeździł na swoim sławnym motorowerze, już rzadko wybierał się do Paryża. Poza tym jednak, poza tymi dwoma ustępstwami na rzecz wieku, był człowiekiem w gruncie rzeczy młodym, pochłoniętym malowaniem, lekturami, rozmowami z przyjaciółmi. Trwająca sześć lat korespondencja ukazuje go coraz bardziej kruchego, tracącego wzrok, narzekającego na pamięć, ale dalej żywo, emocjonalnie reagującego. Listowne ślady ich sporów o rzeczy najważniejsze, a więc nierozstrzygalne, są najbardziej poruszające. Na przykład: Czapski piszący do Zagajewskiego, że jego tekst Po końcu świata opowiadający o tym, że po wszystkich kresach świata życie toczy się dalej, wywołuje w nim bunt. Stale widoczna jest w tej wymianie listów niezgoda na zło i ciągle wraca pytanie, upraszając, czy piękno świata, które przecież próbuje uchwycić sztuka, w jakiś sposób równoważy cierpienie. Według Czapskiego - nie. Piękno nie jest odpowiedzią, a strumieniem potężnym, równoległym. "Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon Boże wielki". Ale naturalnie to piękno, ta chwała może być odczuta, uczczona, kiedy nie jesteś zmiażdżony przez śmierć najbliższej istoty; ależ nie tylko, nawet przez widok rozszarpanego kota na ulicy! Jednak przyznawał w listach, że poezja Adama Zagajewskiego działała na niego kojąco. Ostanie strony należą więc do niej. Cztery wiersze zamykające książkę są poetyckim portretem Czapskiego, pożegnaniem z przyjacielem i mistrzem. 
 
 

sobota, 10 października 2026

Cztery wiersze Adama Zagajewskiego

Nie pozwól rozpłynąć się skupieniu
 
Nie pozwól rozpłynąć się skupieniu 
Niech nieruchomo trwa błyszcząca chwila
choć kończy się kartka i migoce płomień
Jeszcze nie dostajemy do siebie
powoli jak ząb mądrości rośnie wiedza
Jeszcze wysoko na białych drzwiach
zakarbowany wzrost człowieka
Z daleka słychać trąbki wesoły głos
i zwiniętą jak śpiący kot piosenkę
To co mija nie w próźnię się obraca
Wciąż nowy węgiel rzuca w ogień palacz
Nie pozwól rozpłynąć się skupieniu
W suchym twardym materiale 
prawdę masz utrwalić
 
 
To
 
To, co tak ciąży
i pcha w dół,
to, co boli jak ból
i pali jak policzek,
to może być kamień
lub kotwica.
 
 
Moi mistrzowie
 
Moi mistrzowie nie są nieomylni.
To nie Goethe, który nie może
zasnąć tylko wtedy, gdy oddali
płaczą wulkany, ani Horacy,
piszący w języku bogów
i ministrantów. Moi mistrzowie
pytają mnie o radę. W miekkich
płaszczach narzuconych pośpiesznie
na sny, o świcie, gdy chłodny
wiatr przesłuchuje ptaki, moi
mistrzowie mówią szeptem.
Słyszę jak drży ich głos.
 
 
Stary malarz na spacerze
 
W kieszeniach przysmaki dla okolicznych psów
Już prawie nic nie widzi
Już prawie nie patrzy na drzewa i podmiejskie wille
Zna tu każdy kamień
Wszystko to malowałem próbowałem namalować myśli
I tak niewiele mi się udało
Świat ciągle rośnie rośnie niepowstrzymanie 
A jednak jest go coraz mniej 
 
_____
Źródło: Najwyższy człowiek świata. O Józefie Czapskim Adam Zagajewski; Wydawnictwo a5 Kraków 2023. 

piątek, 2 października 2026

"Lato w Baden" Leonid Cypkin


Lato w Baden Leonida Cypkina jest opowieścią o Fiodorze Dostojewskim ujętą w podwójne ramy podróży. Cypkin wyrusza śladami swojego ulubionego pisarza pociągiem z Moskwy do Lenigradu przez grudniową Rosję lat siedemdziesiątych XX wieku. W czasie drogi czyta dziennik Anny Grigoriewny, drugiej żony pisarza, który prowadziła ona podczas podróży poślubnej po Niemczech i Szwajcarii w 1867 roku. 
 
Annę Grigoriewną Dostojewski poznał w trudnym dla siebie okresie. Po śmierci brata Michała w 1864 roku autor Zbrodni i kary popadł w długi. Pismo, które razem prowadzili zostało chwilę wcześniej zamknięte przez cenzurę. Jesienią 1866 zatrudnił do pracy nad pisaną ze względów finansowych w wielkim pośpiechu powieścią Gracz stenotypistkę Annę Grigoriewnę Snitkinę. Poślubił ją na początku następnego roku. Ich podróż, między innymi do Baden, miała być ucieczką od kłopotów rodzinnych i pieniężnych, a skończyła się ciągiem hazardowym, bo Dostojewski przegrywał w badeńskim kasynie wszystkie posiadane pieniądze. 
 
Choć Lato w Baden skupia się na niełatwych początkach małżeństwa, będącego jednym z momentów przełomowych w życiu pisarza, sięga też do wydarzeń wcześniejszych i późniejszych, kreśląc jego żywy i niewygładzony portret od dzieciństwa aż do śmierci. Jest to opowieść biograficzna łącząca w sobie wierność faktografii i wyobraźnię w opisie człowieka straumatyzowanego katorgą, poniżonego i uzależnionego od hazardu. Leonid Cypkin chce zrozumieć wewnętrzny świat Dostojewskiego, zbadać na ile doświadczenia życiowe i poglądy pisarza znajdują odzwierciedlenie w jego twórczości. Niektóre rzeczy są oczywiste, na przykład: powieść Gracz, czy wrażenia z oglądanego w Bazylei obrazu Holbeina Młodszego Chrystus w grobie przypisane potem Myszkinowi z Idioty, którego pierwsze sceny krystalizują się tego lata 1867 w umyśle pisarza. Idąc tym tropem Leonid Cypkin zadaje niewygodne i czasami osobiście bolesne pytania. Trzeba koniecznie podkreślić, że raczej je stawia niż udziela kategorycznych odpowiedzi. Trzy z nich wydają się najbardziej poruszające. Pierwsze dotyka krzywdy uczynionej osobom bezbronnym: Na ile znaczący jest fakt, że Dostojewski nadał swoje imię odrażającej figurze - ojcu z Braci Karamazow? Drugie dotyczy antysemityzmu pisarza:
 
(...) wydawało mi się niezwykle dziwne, że człowiek tak wrażliwy w swoich powieściach na cierpienie innych, tak gorliwie biorący w obronę skrzywdzonych i poniżonych, tak gorąco i zapamiętale głoszący prawo do życia każdego drania (...) - że taki człowiek nie znalazł ani jednego słowa na obronę lub usprawiedliwienie ludzi prześladowanych od paru tysięcy lat - czy naprawdę był tak ślepy?, a może zaślepiony nienawiścią? 
 
To pytanie jest podobne do problemu antypolonizmu w książkach Dostojewskiego, jaki poruszył Jerzy Stempowski w swoim eseju (Polacy w powieściach Dostojewskiego), dając w odpowiedzi wyrafinowaną i fenomenalną interpretację Zbrodni i kary. W Lecie w Baden to pytanie po prostu zostaje postawione i wybrzmiewa bardzo silnie ze względu na żydowskie pochodzenie Leonida Cypkina. 
 

Leonid Cypkin w swojej książce kreśli również współczesne mu portrety mieszkańców Lenigradu i obraz samego miasta, które zimą najbliżej przypomina dawny Petersburg z czasów Dostojewskiego. Jakby nic się nie zmieniło. To jest, jak się zdaje, trzecie pytanie, jakie stawia autor: o odwieczność Rosji i jej problemów. Opisuje jak w latach siedemdziesiątych wracają jak fala stare kwestie polityczne: historyczny spór między Dostojewskim a Turgieniewem na gruncie różnic ideowych dotyczących relacji Rosji z Zachodem  (...), rozgorzał z nową siłą w osobach dwóch dysydentów - Sołżenicyna i Saratowa. Opisani są oni enigmatycznie i bez podawania nazwisk, co niezmienia faktu, że autor nigdy nie zobaczył swojej książki w druku. Jeden z wyżej wymienionych przejął miecz z rąk Dostojewskiego, wymachiwał nim wściekle, oskarżając Zachód o niezrozumienie Rosji i dalszego jej rozwoju, który powinien czerpać siłę z ducha narodu. 
 
Najbardziej uderza w Lecie w Baden jak niezwykle pięknie jest ta książka napisana. Długimi ciągnącymi przez kilka stron zdaniami z zaskakującymi skokami. Jakby narracja imitowała rytm jadącego pociągu i nagle ktoś dostrzegł coś interesującego za oknem lub naśladowała pogrążonego w lekturze czytelnika, którego naszła nagła myśl i podniósł wzrok znad książki. Jednym z wielu przykładów jest wyjazd Dostojewskich z Baden przedstawiony z punktu widzenia Anny:
 
 (...) w wagonie było za gorąco, ale kiedy pociąg wreszcie ruszył, zrobiło się trochę chłodniej - za oknami przesuwały się ceglastoczerwone domy o spadzistych dachach, w dali widniały góry pokryte zielenią, jedna z nich z Nowym i Starym Zamkiem i z nawisłymi u szczytu skałami - teraz, kiedy już odjeżdżali stąd bezpowrotnie, znowu jak wtedy gdy tu przyjeżdżali, dostrzegła piękno tego miasteczka i otaczających je gór, gdzieś w dali zalśnił swoim błękitem Ren i przez moment zrobiło się jej smutno - "Rozłąka, cokolwiek by mówić, jest jak śmierć" - pisała Cwietajewa - opuszczając nawet najgorsze miejsca, zawsze czułem smutek, pewnie dlatego, że wiedziałem, iż nigdy do nich nie wrócę - Fiedia zdobył gdzieś czerwone winogrona, bardzo smaczne, Anna Grigoriewna jadła je z nim w pociągu, niestety kupił ich za mało (...) 
 
Należy jeszcze wspomnieć, jak wspaniale odmalowana jest tu rosyjska zima, skontrastowana z opisem ciepłego lata w Baden. Zimowy pejzaż z szybko zapadającą ciemnością, śniegiem zasypującym miasto, z wyczuwalnymi w dali nieobjętymi śnieżnymi przestrzeniami podkreśla melancholię i smutek tej zachwycającej książki. 
 

wtorek, 25 sierpnia 2026

"Ostatnie kuszenie" Nikos Kazantzakis


Czy Ostatnie kuszenie Nikosa Kazantzakisa dalej jest powieścią kontrowersyjną? 
Wydaje się to kwestią bardzo indywidualnej wrażliwości. Lektura książki na pewno wymaga odrobiny otwartości. Była ona pisana przez wiele lat (1942 - 1951) i jak się zdaje stanowi wyraz osobistych, zarówno duchowych, jak i intelektualnych poszukiwań autora.
 
Sednem powieści jest tytułowe ostatnie kuszenie. Czwarte, wymyślone przez Kazantzakisa, dodane do trzech pozostałych opisanych w Biblii. Przewija się ono przez całą książkę, by wybrzmieć dobitnie w finale. Znaczące jest to, że jest to kuszenie czwarte, bo o ile liczba trzy symbolizuje, to co boskie, cztery wiąże się z kondycją ludzką. Człowieczeństwo Jezusa jest bowiem głównym tematem interesującym pisarza. Kreśli on portret młodego, wrażliwego, zagubionego mężczyzny szukającego celu w swoim życiu. To ktoś, kto przeczuwa własne przeznaczenie i je kwestionuje, czy wprost odrzuca z powodu lęku i wątpliwości. Rozdarty między wiarą a buntem zmaga się z własnymi pragnieniami, samotnością, wyrzutami sumienia powodowanymi niespełnianiem pokładanych w nim przez innych nadziei. 
 
W Ostanim kuszeniu bardzo wybrzmiewa napięcie między tym, co duchowe a tym, co cielesne, między wydarzeniami a ich opisem - zawsze się pisze trochę tak, jak nie jest. Przedstawione jest doskonale tworzenie się kultu wokół jednostki, w którym indywidualność tej jednostki, jej pragnienia są w gruncie rzeczy drugorzędne lub zbędne. Wreszcie pokazane jest znakomicie napięcie między uniwersalizmem przesłania głoszonego przez Jezusa, a potrzebą wyzwolenia narodu spod okupacji rzymskiej. W związku z tym ostatnim tematem na ważną i ciekawą postać wyrasta Judasz.  
 
Całośc dzieła greckiego autora ma charakter apokryficzny. Choć podąża dość wiernie za wydarzeniami opisanymi w Ewangeliach, inaczej jednak rozkłada akcenty, charakteryzuje postacie, oryginalnie interpretuje pewne sceny, czasami umieszczając je w snach lub wyobraźni bohaterów. Książka ma taką falującą strukturę: punkty kulminacyjne przeplatane są fragmentami wolniejszymi, opisowymi, czy wręcz gawędziarskimi. 

Oprócz fabuły i tematyki Ostatnie kuszenie może zaskakiwać językiem - pełnym fascynujących porównań i metafor, poetyckim w najlepszym znaczeniu tego słowa. Już on sam jest dobrym powodem, dla którego warto przeczytać słynne dzieło Nikosa Kazantzakisa. Oto kilka przykładów:

Nad jego głową tańczyły nabrzmiałe gwiazdy, niebo kwitło, a niżej, na ziemi, parowały kamienie, wciąż rozpalone żarem dnia; głęboka cisza ziemi i nieba, utkana z odwiecznych cichszych od samej ciszy głosów nocy. 

(...) zawsze Bóg, głęboko w fundamentach krzywdy, zasiewa mały, wzgardzony krzyk sprawiedliwości. 

Zmierzch spadł nagle jak miecz. Wzgórza nie zdążyły się zaróżowić, a ziemia stała się fiołkowa, potem czarna. Światło, które jeszcze chwilę temu wspinało się po wierzchołkach drzew, skoczyło do nieba i znikło.

Słyszeliście, co to była Arka Noego? Myślicie, że co to było? Serce człowieka! Tam mieszka Bóg ze wszystkimi swymi stworzeniami, kiedy wszystko inne idzie na dno, ono jedno płynie po wodzie z ładunkiem.


poniedziałek, 24 sierpnia 2026

"Pisanie" Jan Twardowski


Jezu który nie brałeś pióra do ręki 
nie pochylałeś się nad kartką papieru
nie pisałeś ewangelii
 
dlaczego nie pisze się tak jak mówi
nie pisze się tak jak się kocha
nie pisze się tak jak się cierpi 
nie pisze się tak jak się milczy
 
pisze się trochę jak nie jest 
 


 
  

niedziela, 23 sierpnia 2026

"Jan I, 14" Jorge Luis Borges

Ta strona jest nie mniejszą zagadką
niż zagadki Moich świętych ksiąg
ani te, które powtarzają
nieświadome usta
uważając je za zagadki człowieka,
a nie za niejasne zwierciadła Ducha.
Ja, który jestem Jest, Był i Będzie, 
ponownie zniżam się do języka,
który jest czasem następczym i symbolem.
Kto bawi się z dzieckiem, bawi się z czymś
bliskim i tajemniczym;
chciałem bawić sie z Mymi dziećmi.
Przebywałem wśród nich ze zdziwieniem i czułością.
Przy pomocy magii
dziwnie narodziłem się z jakiegoś łona.
Żyłem zaczarowany, uwięziony w jakimś ciele
i w pokorze jakiejś duszy.
Poznałem pamięć,
tę monetę, która nigdy nie jest sama.
Poznałem nadzieje i trwogę,
te dwa oblicza niepewnej przyszłości.
Poznałem bezsenność, sen, sny,
niewiedzę, ciało,
niezdarne labirynty myśli,
przyjaźń ludzi,
tajemnicze przywiązanie psów.
Byłem kochany, rozumiany, czczony i zawisłem na krzyżu.
Wypiłem kielich do dna.
Ujrzałem Mymi oczami to, czego nigdy nie widziałem:
noc i jej gwiazdy. 
Poznałem to, co gładkie, piaszczyste, nierówne, szorstkie,
smak miodu i jabłka,
wodę w spragnionym gardle,
ciężar metalu w dłoni,
głos ludzki, szelest kroków w trawie,
zapach deszczu w Galilei,
wysoki krzyk ptaków.
Poznałem również gorycz.
Powierzyłem spisanie tego jakiemuś człowiekowi;
nie będzie to nigdy tym, co chcę powiedzieć,
jednak mimo wszystko będzie tego odbiciem.
Z Mojej wieczności padają te znaki.
Niech ktoś inny, nie ten, kto je teraz spisuje, napisze poemat.
Jutro będę tygrysem wśród tygrysów
i głosić będę Moje prawo ich puszczy,
czy jakimś wielkim drzewem w Azji.
Czasami myślę z tęsknotą
o zapachu tamtego stolarskiego warsztatu. 
 
____
Jorge Luis Borges Pochwała cienia, przełożył Andrzej Sobol-Jurczykowski, Państwowy Instytur Wydawniczy, Warszawa 1977  

środa, 19 sierpnia 2026

Trzy włoskie kryminały

 

1. W gąszczu kłamstw to znakomity, wciągający kryminał dziejący się na Sycylii. Opowiada o zbrodni, niemożności pogodzenia się ze stratą i zawiedzionym zaufaniu. Powieść jest poruszająca, mroczna, ponieważ w centrum wydarzeń Tommaso Pagano stawia nastolatka, z jego jeszcze dziecięcą wrażliwością i determinacją.
 
Punkt wyjścia tej historii wydaje się dość typowy. Anna Musumeci, komisarz policji, odebrała sobie życie. Śledztwo zostało podejrzanie szybko umorzone, choć kilka poszlak wskazywało, że policjantka była na tropie większej sprawy niż śmierć nielegalnego imigranta, być może związanej z sycylijską mafią. Dziesięć lat później były kolega Anny z pracy dostaje anonimowe listy podważające oficjalną wersję wydarzeń.  

Z drugiej strony, tym co sprawia, że ten kryminał jest tak niezwykły to narracja z perspektywy trzynastoletniego syna Anny. Chłopca coś niepokoi i postanawia doprowadzić do wznowienia śledztwa przez policję. Wymyśla specjalną misję i wciąga w nią swojego bardzo ekscentrycznego dziadka, który mimo upływu czasu nie pogodził się ze śmiercią córki. Niezwykły jest również w tej książce balans między zagadką kryminalną, której poszczególne elementy w miarę posuwania się naprzód fabuły wskakują na swoje miejsce, dając obraz tego, co naprawdę zaszło, a przyglądaniu się uważnie ludziom, których przygniata emocjonalny bagaż przeszłości. Nie pogodzili się ze stratą. Żyją zaplątani w sieć kłamstw i pogrążeni w poczuciu winy, ale nie zrobią nic, bo mają za dużo do stracenia. Czy wyplątanie się z tytułowego gąszcza kłamstw przyniesie ulgę lub wyzwolenie? Dla bliskich Anny pustka po niej jest jak jątrząca się rana. W miarę zaś jak sprawy się rozjaśniają, rośnie emocjonalny mrok tej historii. Tommaso Pagano świetnie prowadzi swoją opowieść od kryminalnej zagadki leciutko zabarwionej humorem (ach te międzypokoleniowe zgrzyty na lini dziadek - wnuk plus bardzo niezależny kot, wierny towarzysz ich śledczych wypraw) do mrocznej tragedii o zdradzonym zaufaniu dziecka z nieoczywistym zakończeniem.


 2. Kto sieje wiatr Donny Leon to książka, która harmonijnie łączy zagadkę kryminalną z wątkami obyczajowymi. Akcja osadzona jest w późnojesiennej Wenecji. Z jednego z kanałów zostaje wyciągnięty zadźgany nożem człowiek. Prowadzący śledztwo komisarz Guido Brunetti z zaskoczeniem stwierdza, że rozmawiał z ofiarą kilka dni wcześniej o pogłoskach dotyczących sprzedaży pięknego, starego palazzo.

To moje pierwsze spotkanie z komisarzem Brunettim, bohaterem weneckiego cyklu kryminalnego Donny Leon. I jakże udane. Przyjemną odmianą było czytać o policjancie tak dalekim od stereotypowego oficera prowadzącego śledztwo w kryminałach, który często nadużywa alkoholu, bywa rozwiedziony, a w najlepszym wypadku zaniedbuje rodzinę. Guido Brunetti ma kochającą i wspierającą żonę i wydaje się dobrym ojcem dla dorastających dzieci. Ich codzienne relacje wplecione są w fabułę bardzo naturalnie i stanowią pełen domowego ciepła kontrapunkt dla śledztwa. Toczące się dochodzenie, a zwłaszcza książki znalezione w domu zamordowanego sprawiają, że Brunetti wraca myślami do czasów swojej młodości, do żywionej wtedy chęci naprawy świata i do wspomnień o rodzicach pochodzących z klasy robotniczej. Te rozważania na temat przeszłości, sprawiedliwości, empatii wobec innych nadają powieści refleksyjny, momentami nawet melancholijny nastrój, świetnie pasujący do pejzażu prawie zimowej Wenecji. Ta jest świetnie przez autorkę pokazana od strony zwykłego, codziennego życia jej mieszkańców i ich problemów. Okazuje się zaskakująco nie tak wielką metropolią, z gęstą siecią społecznych powiązań - zawsze zna się, na przykład kuzyna potrzebnej osoby - co ma oczywiście wpływ na śledztwo.

Kto sieje wiatr nie jest kryminałem porywającym czytelnika sensacyjną akcją czy bardzo skomplikowaną zagadką, ale otulającym swoją atmosferą. 
 

 
3. Cienie Turynu to bardzo niespieszny kryminał, którego akcja rozgrywa się od wtorku do niedzieli w Turynie lat siedemdziesiątych. W ciągu tych kilku czerwcowych dni dochodzi do podwójnego morderstwa. Jako pierwszy ginie architekt Garrone zajmujący się niejasnymi interesami. Śledztwo prowadzą dwaj komisarze policji De Palma i Santamaria. Pierwszy zajmuje się półswiatkiem, drugi ma za zadanie sprawdzić tropy prowadzące do turyńskiej klasy wyższej.

Malowniczy portret tej ostatniej jest zasadnicznym wątkiem tej książki. Są to ludzie posiadający klasę, choć już niekoniecznie pieniądze. Wyrafinowani, doskonale wychowani, oczytani. Przekonują się jednak na własnej skórze się, że prawdziwa zbrodnia wygląda inaczej niż lektura Thomasa Quinceya O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych. W gęstych opisach ich wzajemnych relacji, mocno czasami ironicznych obrazach przeżyć wewnętrznych ujawnia się samotność, niespełnione pragnienia, lęki, miotanie się między tradycją a nowoczesnością. Wszystko to pokazane jest szczegółowo przez codzienność bohaterów i inteligentne dialogi. W tym przedstawianiu klasowości, snobizmu, napięć w relacjach między ludźmi, czasami bardzo bliskimi, Cienie Turynu okazują się niezwykle uniwersalną powieścią.

Wielką zaletą książki jest również to, że pozwala zanurzyć się w atmosferę Turynu, w którym nowoczesność, powojenny boom gospodarczy zderza się z tradycją. To miasto nieoczywiste, posiadające swój własny charakter, jakże odmienny od innych miast włoskich: 
 
legendarna monotonia Turynu była wymysłem powierzchownych obserwatorów, a raczej maską, której ktoś naiwny czy niecierpliwy dawał się zwieść tak samo, jak wtopionej w otoczenie, mimetycznie ubarwionej sierści zwierzęcia przyczajonego na ziemi. Pod tą pozornie oczywistą powierzchnią, jak kartka równo rozłożona na stole, Turyn był miastem dla koneserów.
 
Cienie Turynu zostały napisane przez dwóch pisarzy Carlo Fruttero i Franco Lucentini. Coś jest w gatunku kryminału, że przyciąga duety autorskie, czego przykład można znaleźć też na rynku polskim.
 

piątek, 10 lipca 2026

Lista najlepszych książek pierwszego półrocza 2026 roku.



Kolejność w zestawieniu jest przypadkowa. Listę opowiadań zdominowały pozycję dwojga autorów: Marleny Haushofer i Wojciecha Guni. 
 
I Powieści:
  
1. Azard Paweł Kozioł
2. Śnieg Orhan Pamuk 
3. Derwisz i śmierć Meša Selimović 
4. Karawele Antonio Lobo Antunes
5. Ostatnie rozdanie Wiesław Myśliwski
6. Potwór pamięci Yishai Sarid
7. Noc w Lizbonie Erich Maria Remarque 

II Opowiadania:

1. Zabijemy Stellę Marlen Haushofer
2. Piąty rok Marlen Haushofer
3. Okruchy dla nocy Wojciech Gunia 
4. Pneumatyczne Wojciech Gunia
5. Kiedy będziesz gotowy, idź Wojciech Gunia
6. Wieża milczenia Wojciech Gunia

III Eseje: 

1. Trzy pierścienie Daniel Mendelsohn 
 
IV Powtórki:

1. Lalka Bolesław Prus

środa, 8 lipca 2026

"W" Igor Štiks


Kiedy protesty, petycje nie dają rezultatu, wtedy niektórzy niewątpliwie dochodzą do wniosku, że przemoc jest odpowiedzią.
 
Powieść Igora Štiksa o enigmatycznym tytule "W" jest niezwykłą fuzją gatunkową. W pierwszej warstwie jest to thriller z wciągającą, pełną zaskakujących zwrotów akcją. Drugą stanowi powieść historyczna skupiająca się na wydarzeniach Maja 68 w Paryżu i poddająca refleksji całą dwudziestowieczną historię ruchów lewicowych. Wreszcie jest to książka o opowieściach, stawiająca pytanie o możliwość dotarcia do prawdy, wyłowienia jej spośród licznych wersji przeszłości.  

Punktem wyjścia dla fabuły jest tajemniczy testament Waltera Stiklera, zabitego w niewyjaśnionych okolicznościach krytyka ideologii komunistycznej. To on sprawia, że na dalmatyńskiej wyspie niedoszły biograf Waltera, Igor, spotyka zagadkową, piękną kobietę w niejasny sposób zamieszaną w to zabójstwo. Oboje, każde kierowane własnymi motywami, próbują odtworzyć koleje losu Waltera. Zrozumieć ścieżkę życia prowadzącą od bycia wojennym podrzutkiem, chłopcem pogrążonym w książkach do stania się w młodości radykałem związanym z lewicowym terrorystą Wladimirem. 
 
Zabawa autora formą powieści sensacyjnej oraz powolne odkrywanie kolejnych fragmentów prawdy o Walterze i Wladimirze sprawiają, że książkę czyta się z ogromnym zaangażowaniem. Mimo lekko prześmiewczego charakteru Štiks stawia w centrum uwagi czytelnika kilka istotnych kwestii, z których najważniejszą wydaje się pytanie o użycie przemocy w słusznej sprawie. Bardzo ciekawie ukazuje zderzenie legendy i prawdy, wzniosłych ideałów z terrorem politycznym, obiecującej lepszy świat rewolucji z jej ostatecznie mizernymi efektami. Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Dodatkowo, unikalne jest w książce to, że została ona napisana z uwzględnieniem perspektywy bałkańskiej, a jej tło stanowi Jugosławia oraz wojna prowadząca do jej rozpadu.   

środa, 1 lipca 2026

"Ostatnie rozdanie" Wiesław Myśliwski


(...) człowiek jest z istoty wielobytem, konsekwencją niekończącej się mnogości wyobrażeń siebie (...). Pragnienie poznanie siebie jest to tylko daremnym błądzeniem pośród tych wyobrażeń. Być może nawet czymś w rodzaju tęsknoty za sobą, rozpaczy za sobą, ale też ustawiczną ucieczką od siebie w nasze o sobie wyobrażenia. Powie ktoś: a pamięć? Czyż nie jest strażnikiem naszego ja? Czyż nie zapewnia nam poczucia, że to my, nie kto inny? Otóż nie radziłbym ufać pamięci, jako że pamięć jest podległa naszej wyobraźni, więc nie może być wyrocznią prawdy o nas. Tak naprawdę kim jesteśmy zawdzięczamy wyobraźni. 
 
 
Ostatnie rozdanie Wiesława Myśliwskiego jest zapisem życia pewnego mężczyzny i jego konfrontacji z własnymi wyborami, wyobrażeniami oraz pamięcią. Osią książki jest stary, spięty gumą notes z nazwiskami i imionami, który bezimienny narrator próbuje uporządkować, zastanawiając się, które nazwiska wykreślić, kogo zostawić. Przeglądanie rozsypujących się kartek przywołuje wspomnienia, zwłaszcza te z domu rodzinnego, z czasów dzieciństwa i młodości, które przypadły na okres tuż powojenny. Jest to opis świata mocno zanurzonego w PRL-u, który staje się stopniowo bliższy naszej współczesności, mglisto określonej. Można się z tego upływu czasu domyślić, że bohater przekroczył już znacznie wiek średni. W dzieciństwie mieszkał w małym miasteczku, gdzie matka prowadziła pensjonat. Uczył się w liceum plastycznym. Potem studiował malarstwo, które porzucił, podobnie jak naukę krawiectwa, by wreszcie dorobić się majątku na robieniu różnych interesów. 
 
Jest w głównej postaci powieści wewnętrzny niepokój, który każe jej co jakiś czas przeglądać notes. Ten niekończący się proces porządkowania notatek staje się próbą opowiedzenia sobie swojego życia, zrozumienia go poprzez relacje z innymi, jakkolwiek byłyby one nietrwałe, czy zerwane. Najczęściej wspomina matkę, swoją pierwszą miłość, mieszkańców miasteczka, zwłaszcza miejscowego krawca, jego pomocników, szewca, z którym grywał namiętnie w pokera. Czasami są to historie o ludziach spotkanych przelotnie, których zachowania czy słowa na zawsze utrwaliły się w jego pamięci. Obraz, jaki się wyłania ze wspomnień sprawia wrażenie, że osoby z przeszłości bohatera są intensywniej istniejące, bardziej żywe niż on sam. Tak jakby on, ciągle zmieniający mieszkania, zajęcia, pogrążony w robieniu coraz to innych interesów, niespokojny duch niemogący się przywiązać na dłużej do nikogo, istniał mniej. Jakby był kimś pustym i w pewien sposób dotkliwie świadomym tej wewnętrznej pustki, stąd to ciągłe dążenie do jej chwilowego wypełnienia. Wybór nieustanych życiowych zmian, jeśli to był wybór a nie zdanie się na przypadek lub ucieczka (od samego siebie? pójścia na kompromisy? od przywiązania się do kogoś?) stał się jego sposobem na życie. Może zaś w tych ciągłych poszukiwaniach, porzucaniu miejsc i ludzi jest uwydatniona nie tylko prawda o bohaterze, który opowiadając kiedyś dziecku baśń  - w gruncie rzeczy o sobie samym - najczęściej powtarzał zwrot: w tym momencie, lecz też ogólnie o kondycji człowieka, który obecnie, bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, ma silne poczucie tymczasowości wszystkiego.
 
Ostatnie rozdanie stawia fundamentalne pytania o to kim jest człowiek, czym jest pamięć, czy da się uchwycić sens życia, odczytać własny los. Refleksje, które snuje, są jednak dalekie od abstrakcyjnych rozważań. Powieść rozgałęzia się na historie o poszczególnych postaciach, mocno osadzone w codzienności. Dzięki uważnemu przyglądaniu się ich losom i charakterom pokazuje indywidualność i niepowtarzalność każdego z nich, czyni zwykłych ludzi niezwykłymi. Należy jeszcze podkreślić, że ponieważ główny bohater to niedoszły artysta, książka jest malarska, nasycona obrazami. Nie chodzi tylko o piękno i obrazowość języka, które sprawia, że poszczególne sceny zostają na długo z czytelnikiem. Ani też o opisy prac malarskich, w większości potencjalnych, choć są to fascynujące fragmenty książki, stawiające pytania w różnych kontekstach o to, czym jest sztuka. Po prostu patrzenie, uważne przyglądanie się (życiu, światu, ludziom) jest ogromnie ważne w powieści zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Na przykład, jeden z jej najpiękniejszych rozdziałów dotyczy wyglądania przez okno: Zastygałem nieraz na długo w tym oknie patrząc. I wystarczyło mi, że patrzę. Miałem poczucie, że nie dlatego patrzę, że mam oczy, lecz jakbym został obdarzony przez ten widok za oknem łaską patrzenia. I może nawet jestem, dzięki temu, że patrzę. 

niedziela, 21 czerwca 2026

21 czerwca - pierwszy dzień lata

"Na jeziorze zalegała o tej porannej porze mgła, czasami tak gęsta, że gdy się stanęło na tym wysokim brzegu, wzrokiem nie docierało się do lustra wody w dole. Dopiero kiedy wstające po drugiej stronie na przeciwległym brzegu słońce zaczynało rozrzedzać mgłę, wyłaniało się z wolna i jezioro. Było coś niezwykłego w tym słońcu wydostającym się z takim uporem i przebijającym się przez mgłę jakby zacieśniającą się przed nim w obronie. Ale, być może, już zapomniałem, jak wstaje słońce, i teraz na nowo to odkrywałem. Bo też kiedy ja widziałem ostatni raz wstające słońce, próbowałem sobie przypomnieć. Musiało to być bardzo dawno, tak że pamięć się zerwała. 
 
Pożałowałem, że nie maluję już, bo gdybym malował, postawiłbym na brzegu sztalugi i próbował przenieść to słońce na płótno. Miałbym nawet tytuł Narodziny słońca. Omal bezświetliste, odarte z promieni, pozbawione ciepła, rozrzedzone przez mgłę, która jakby je wsysała, wraz z całym światem, że nawet ziemia nie miała siły, aby mu pomóc. Czułem niemal jego ból, jego niewiarygodny wysiłek, gdy wypychało się samo na ten świat. Wydawało mi się, że unosi z sobą również całą ziemię wraz z tą przepastną mgłą. I doznawałem wręcz ulgi, gdy się wreszcie wydobyło. Po czym zmierzając szerokim pasem po wyrąbanym jakby dla niego lesie, aby go nic już nie zatrzymało na drodze do jeziora, dochodziło po tamtej stronie do brzegu i zanurzało się, obmywając ze swojej męki. I już po tafli, rozbryzgując mgłę promieniami, szło najwyraźniej ku nam, że nawet czułem jakiś rodzaj napięcia, towarzyszący zapewne każdemu oczekiwaniu, kiedy podejdzie pod ten wysoki brzeg, gdzie staliśmy ja i mój Oskar. Pewnie czuł to samo i Oskar, bo nie dał się nigdy odciągnąć, dopóki słońce nie podeszło na tyle blisko do nas, że mogłem powiedzieć, dzięki ci, słońce, żeś wzeszło, a Oskar radośnie zaszczekał. Po kilku dniach sam mnie już ciągnął każdego ranka na ten brzeg. Przysiadał na tylnych łapach i ani zaskamlał, warknął czy zaszczekał. Podnosił tylko łeb i z niepokojem na mnie popatrywał. I czekaliśmy, kiedy słońce zacznie wschodzić, i dopiero gdy podeszło do nas, dał się poprowadzić w las."
 

  

Róża Morning Sun 

_____

Ostanie rozdanie Wiesław Myśliwski  

sobota, 20 czerwca 2026

"Tymczasowy dżentelmen" Sebastian Barry


Bardzo trudno przypomnieć sobie pijaństwo, bo w zasadzie jest to pewna forma ludzkiej nieobecności, potężna trąba powietrzna, która wymazuje cały krajobraz.  
 
Tymczasowy dżentelmen jest historią Jacka McNulty'ego, irlandzkiego weterana drugiej wojny światowej, który pod koniec lat pięćdziesiątych trafia z ramienia ONZ do Akry. Tam zaczyna spisywać wspomnienia, będące próbą emocjonalnego poukładania swojego życia, przede wszystkim zaś przyjrzenia się relacjom z żoną i córkami. W tle dzieje się wielka historia, która subtelnie odzwierciedla losy Jacka. Jego młodość, wchodzenie w życie zbiega się z optymizmem początków wolnej Irlandii, pełne napięć lata trzydzieste i wojna w Europie są jak rzeka, do której wpadają nieszczęścia osobiste. Okres przejściowy między końcem panowania brytyjskiego a powstaniem niepodległej Ghany Jack spędza w stanie zawieszenia na afrykańskiej ziemi, usiłując uporządkować własne życie, zanim będzie mógł ruszyć dalej. 
 
Powieść zachwyca pięknym, emocjonalnym językiem. Sprawia on wrażenie trochę staroświeckiego, kwiecistego, ale jest taki, jakim mógłyby wypowiadać się ktoś, kogo dzieciństwo przypadło na czasy jeszcze przed pierwszą wojną światową, a młodość na lata dwudzieste. Jest to też język nasączony odniesieniami religijnymi, jak na katolickiego Irlandczyka przystało. Oprócz wiarygodnej narracji Sebastian Barry świetnie buduje w książce napięcie. Już otwierająca scena - storpedowania okrętu - przykuwa uwagę i w pewien sposób charakteryzuje bohatera, któremu nie jeden raz dzięki ślepemu trafowi udaje się ocalić życie lub nie ponosić konsekwencji własnych zachowań.  
 
Czy da się rozliczyć własne życie, zobaczyć, co w nim było dobrego, co złego, wreszcie przyznać się do własnych win i błędów oraz spróbować zacząć od nowa? To jest jedno z głównych pytań, jakie zadaje powieść. Jackowi podsumowywanie swojego życia idzie mozolnie. Ciężko mu nie tyle przyznać się do swoich win, co w pełni zrozumieć ich wagę. Nie chce przyjąć własnej przegranej i czepia się wątłej nadziei, że coś jeszcze da się naprawić. I to jest takie ludzkie, tak powszechne.  Umieszcza w swoim dzienniku trzeźwe zdanie: Niniejsze sprawozdanie z własnych poczynań napełnia mnie pokorą, jest to jednak w ogromnej mierze historia złego człowieka. I trudno nie przyznać mu racji, przy czym nie ma w nim okrucieństwa, jest raczej bezmyślność, egoizm, uzależnienie od hazardu i alkoholu. Twierdzi, że bardzo kochał swoją żonę Mai, ale kiedy zadaje pytanie: Chciałbym zapytać Boga, a jeśli nie Boga, to jakiegoś dobrotliwie nastawionego anioła, o odpowiedź na pytanie, dlaczego Mai Kirwan przypadł w udziale taki los, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie, jej właśnie zapisano taką przyszłość, choć zaczynała tak pełna obietnic i szczodrych darów - ma się ochotę nim potrząsnąć, bo w niedostatecznym stopniu dostrzega własną odpowiedzialność. Mai przytrafił się on, jako mąż. I jeszcze życie w katolickiej, tradycyjnej Irlandii, gdzie czternastolatki oddaje się do klasztoru, nieposłuszne żony się zamyka, kobieta nie może się rozwieść, nie może po ślubie podjąć pracy, a jej majątkiem, także tym odziedziczonym po rodzicach, zarządza mąż.
 
Dla swoich córek Jack jest głównie rodzicem nieobecnym, co przy problemach ich matki z depresją i również alkoholem jest po prostu smutne. W najbardziej trudnej sytuacji rodzinnej jego pomysłem na jej rozwiązanie jest zaciągnięcie się do armii brytyjskiej na ochotnika, czego nie musi robić, bo jest obywatelem neutralnego państwa. Sytuacja Irlandii w czasie drugiej wojny światowej była bowiem skomplikowana. Władze bardzo starały się zachować neutralność, obawiając się, że pozwolenie na wejście angielskim okrętom do portów sprawi, że one już ich nie opuszczą i państwo straci dopiero co uzyskaną suwerennośc. Wielu też Irlandczyków tak nienawidziło Brytyjczyków, że życzyło Niemcom zwycięstwa. Pierwsze zadanie jakie Jack otrzymał po wstąpieniu do armii nie było specjalnie zaszczytne. Popłynął do Afryki pilnować brytyjskich kolonii na wypadek zamieszek lub gdyby francuski rząd Vichy postanowił je zająć. Refleksja nad byciem brytyjskim oficerem, przedstawicielem imperium też przychodzi w jego życiu dość późno. 
  
Tymczasowy dżentelmen Sebastiana Barry'ego nie jest tak wybitną i wstrząsającą książką jak Czas starego boga, ale dalej jest wart lektury, chocby tylko ze względu na wspaniały styl autora.  
 

sobota, 13 czerwca 2026

"Kiedy będziesz gotowy, idź: osiem opowieści o ludziach na drogach donikąd" Wojciech Gunia

Cierpienie nie zasługuje na aż taki bezsens. Imię go nie unieważnia, ale przynajmniej odejmuje z niego odrobinę tego ciemnego ciężaru. Choć to jak wybieranie łyżką wody z oceanu. Cóż to zawsze łyżka mniej. Chcę tak myśleć, nawet jeśli się w ten sposób tylko głupio okłamuję. Ale co mogę zrobić innego? Przecież człowiek musi codziennie wmawiać sobie różne kłamstwa, aby w ogóle móc oddychać.  

Kiedy będziesz gotowy, idź Wojciecha Guni to osiem opowiadań przynależnych do weird fiction, która choć sama mieści się w fantastyce i literaturze grozy jest pojęciem szerokim i niezbyt jasnym. To hybryda gatunkowa, w której świat przedstawiony charakteryzuje się lekko zaznaczoną dziwnością i niesamowitością. Weird skupia się na budowaniu atmosfery niepokoju i zagubienia. Koncentruje raczej na psychice bohaterów niż na grozie znajdującej się na zewnątrz i często silnie podkreśla egzystencjalną samotność człowieka w świecie. Gdyby się przyjrzeć zbiorowi Guni pod kątem tradycyjnych gatunków, to dwa opowiadania można zakwalifikować do horroru psychologicznego (Przemiana Tamary D., Pneumatyczne), tytułowe jest fantastyką, dwa następne przynależą do literatury postapokaliptycznej łamanej na wojenną (Płyną, Kiedy przyszli), a trzem zaś najbliżej jest do prozy realistycznej (Okruchy dla nocy, Wieża milczenia, Trzy spotkania z Jonaszem Dotem). 
 
Wszystkie opowiadania są znakomicie napisane: bardzo literackim językiem z licznymi nawiązaniami do klasyki literatury, a także w przemyślany i finezyjny sposób skonstruowane. Mistrzowsko oddana jest w nich przestrzeń, w której rozgrywają się wydarzenia. Jest ona realistyczna, ale subtelnie odkształcona, wzbudzająca podskórny niepokój, sprawiająca wrażenie labirytu, znajdującego odbicie w psychice postaci zmagających się z przemocą, lękiem, pogrążających się w obsesji lub chorobie. Albo tylko mierzących się z niełatwą codziennością. Bohaterzy są zazwyczaj pozbawieni wsparcia, znajdują się w skrajnych sytuacjach, na drogach donikąd, na których tracą ostanie złudzenia, jakie mają. Samotność postaci jest dojmująca i łączy się z grozą istnienia wynikającą z bycia w świecie pozbawionym sensu. Są to bardzo mroczne opowiadania, w których w zasadzie nie ma nadziei, ale jest w nich coś, co mimo ich dotkliwego pesymizmu, sprawia, że chce się kontynuować lekturę. To bardzo uważne i pełne współczucia spojrzenie, jakim autor obdarza swoich bohaterów i ich zmagania z losem.

Poniżej są opisane dokładniej, acz krótko, cztery opowiadania, które spodobały mi się najbardziej. 
 
 
 
1. Okruchy dla nocy
Fabuła ma prosty punkt wyjścia i sama też jest bardzo nieskomplikowana. To krótki utwór opowiadający o nocnej podróży samochodem, a dokładnie o wyścigu z czasem. Czuje się w nim przytłaczającą bezradność, a w końcu daremnośc podejmowanego wysiłku, ale co porusza najbardziej, że jest on podejmowany mimo wszystko. Jest tu pokazana wiara, a może tylko chęć wiary, że gesty, choć nie zmieniają niczego, jednak się liczą w ogólnym rachunku. Chyba najbardziej wzruszające opowiadanie w całym zbiorze.
 
2. Wieża milczenia 
W niedużym mieście rozchodzi się pogłoska o ponownym otwarciu fabryki, co budzi w mieszkańcach nadzieję na lepsze życie. Opowiadanie stanowi niezwykle udane połączenie subtelnej niesamowitości z realizmem. Z jednej strony, opis miasta skupionego wokół nieczynnej fabryki z kominem górujacym nad labiryntem ulic bardzo sugestywnie buduje klaustrofobiczny klimat, dobrze odzwierciedlający położenie bohaterów, którzy są w mieście zamknięci jak w pułapce. Z drugiej, obraz życia mieszkańców jest nakreślony zupełnie realistycznie, na przykład obecne są sceny, będące bardzo trafnym komentarzem społecznym. 
 
3. Pneumatyczne 
Rzecz dzieje się w sierpniu opisanym, między innymi, tak: Sierpień ma zawsze smak pyłu i potu oraz spłowiałe barwy starej, prześwietlonej fotografii, na której zamazują się kształty. Opowiadanie jest wspomnieniem przeżyć z dzieciństwa. Groza czai się tu w obezwładniającym słońcu i upale lata, w pustce wakacyjnych godzin, które dzieciaki spędzają snując się po opustoszałych ulicach w poszukiwaniu jakiejkolwiek rozrywki.  
 
4. Kiedy będziesz gotowy, idź
Tytułowy i ostatni, być może najlepszy utwór w zbiorze, w którym autor sięga do archetypów biblijnych i niezwykle interesująco je rozwija, tworząc uniwersalną i zarazem metaforyczną historię, poddającą się bardzo różnym interpretacjom. W fabułę opowiadania wplecione są rozważania o relacjach między językiem a rzeczywistością, ideami a emocjami. Padają fundamentalne pytania o kondycję człowieka i jego miejsce w świecie. Można też tę opowieść potraktować jako historię o rodzinie. Rzeczywistość, w której rozgrywają się wydarzenia jest tajemnicza, obdarzona fantastycznymi elementami. Rządzi się ona swoistymi regułami, które powoli się odsłaniają przed oczami czytelnika, gdy patrzy on jednocześnie na stopniową destrukcje tego świata. Koniec zapowiada już pierwsze zdanie: dla dwojga nastolatków, którzy wiedzą, że ich matka umiera, świat, jaki znają dotychczas się rozpada. 
 
 

poniedziałek, 1 czerwca 2026

"Gry dziecięce" Krystyna Dąbrowska


Jak to się dzieje, że prawie każde dziecko
na własną rękę wymyśla tę grę:
w przeskakiwanie szczelin
między płytami chodnika.
Pamiętam skupienie, żeby nie nastąpić
na krawędź, pęknięcie, rysę.
Jako dorośli o tym zapominamy:
wpadamy w przepaście
między zdradliwymi tektonicznymi płytami.
Chyba że jest się Ronją, córką zbójnika,
chyba że jest się Birkiem, zbójnickim synem:
skacze się nad Diabelską Czeluścią
aż zabraknie tchu. Aż pod stopą ustąpi
obluzowany kamień. Mój wrogu,
podaj mi linę. 
 
_________
Wiersz z tomu Miasto z indu Krystyna Dąbrowska; Wydawnictwo a5 2022 r.
Ilustracja autorstwa Ilon Wikland z Ronji, córki zbójnika Astrid Lindgren  

piątek, 1 maja 2026

"Derwisz i śmierć" Meša Selimović

Gdzie jesteście wy wszyscy, bracia straceni i zabici? Dlaczego nas rozdzielają, skoro i tak jesteśmy rozdzieleni? Czy po to, abyśmy się o tym dowiedzieli? Czy po to, abyśmy nienawidzili, skoro nie umiemy kochać?
 
Derwisz i śmierć został napisany w latach sześćdziesiątych w języku serbsko-chorwackim. Powieść rozgrywa się w Bośni pod panowaniem osmańskim w osiemnastym wieku i opowiada o zderzeniu jednostki z autorytarną władzą. Jest to niezwykle wnikliwe studium przemiany wewnętrznej człowieka zachodzącej na skutek dramatycznych okoliczności. Ma formę napisanego w pierwszej osobie swoistego podsumowania całego życia - rozprawy z samym sobą, jak to nazywa czterdziestoletni Achmed Narudin, będący derwiszem w muzułmańskim klasztorze położonym na obrzeżach niedużego miasta, który pewnego dnia dowiaduje się, że jego brat został aresztowany i osadzony w twierdzy. 
 
W ogromnej mierze jest to bardzo gorzka opowieść o utracie złudzeń w stosunku do świata i samego siebie. Pierwsze rozczarowanie, pociągające za sobą następne, dotyczy własnej pozycji w świecie. Achmedowi wydaje się, że może użyć swojego autorytetu religijnego i wynikających stąd wpływów, aby uratować brata. Rozwój wypadków szybko to weryfikuje i każe mu uważnie przyjrzeć się splotowi władzy i religii. Jako osoba wierząca z bólem odkrywa, że ta ostatnia jest instrumentem służącym wsparciu systemu. Nie ma w niej miejsca na odwoływanie się do miłosierdzia. Praworządność już wcześniej okazuje się iluzją. Dopóki derwisz nie zaburzy spokoju władzy swoim działaniem, wszystko toczy się gładko i pozwala mu naiwnie wierzyć w istnienie sprawiedliwości choćby na minimalnym poziomie. Jednak wystarczą nawet nie tyle starania o uwolnienie brata, ile już chęć dowiedzenia się, dlaczego został uwięziony, by system odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Nawet w Bośni, dalekiej prowincji położonej na skraju imperium, rządy osmańskie tworzą gęstą, na pozór niewidzialną sieć opartą na przemocy, inwigilacji i donosach.W upokarzającym odbijaniu się Achmeda od drzwi urzędów w szukaniu odpowiedzi i pomocy ujawnia się z całą siłą despotyzm. Powieść buduje niemal kafkowską atmosferę osaczenia i bezsilności jednostki wobec władzy. 
  
Derwisz i śmierć to bardzo introspektywna proza, głęboko psychologiczne studium człowieka rozdartego, zagubionego i samoświadomego własnego zagubienia. Sprawa brata i wszystkie jej następstwa wywołują w Achmedzie bolesne odczucie rozpadu dotychczasowego świata. Konfrontując przekonania z rzeczywistością dokonuje gorzkiego przewartościowania całego swojego życia. Poddaje kolejno autorefleksji przeszłość, własne postępowanie, uwikłanie w system władzy, wreszcie emocje, które nim targają: rozpacz, bunt, alienację, nienawiść. Zachodzące wypadki wielokrotnie stawiają go na rozdrożu i musi wybierać, czy swój sprzeciw i chęć zemsty przekuje w czyny i co jest gotów przy tym zaryzykować. W tych wyborach jest postacią bardzo niejednoznaczną. Krytyczny osąd siebie idzie u niego w parze z łatwością surowego oceniania spotkanych na swojej drodze ludzi oraz lekceważenia uczuć innych mimo ich świetnego rozumienia na poziomie intelektualnym. Charakteryzuje go jakiś wewnętrzny brak i przewrażliwienie na swoim punkcie. Z jednej strony jest to zrozumiałe, bo skupienie się na sobie w nieszczęściu bywa cechą powszechną, z drugiej strony obecny jest w nim rys okrucieństwa i egoizmu przejawiający się w stawianiu siebie na pierwszym miejscu kosztem innych. 
 
Wielowymiarowość Derwisza i śmierci przejawia się nie tylko w znakomitej kreacji głównej postaci,  pobocznych zresztą też, wnikliwemu pokazywaniu ich powikłanych relacji, lecz także w tym, jak intrygująco i misternie utkana jest fabuła książki. Należy też dodać, że jest to powieść fenomenalnie napisana: zarówno na poziomie zdań trafiających w sedno, budowania pięknych i poruszających emocjonalnie scen, jak i powracających motywów, a wreszcie klamry spinającej początek i koniec. Wszystko powyższe sprawia, że pomimo wolnego tempa, spowolnianego jeszcze retrospekcjami, jest to bardzo imersyjna proza, dająca wrażenie zanurzenia się w inny, bogaty, orientalny świat, choć widziany oczami tylko jednego człowieka. Jednak to, co przede wszystkim sprawia, że książka ociera się o arcydzieło, jest istniejąca w niej równowaga. Przejmująco smutną i gorzką historię o uwikłaniu jednostki i miażdżeniu jej przez władzę, dopełnia opowieść o wybraniu życia na marginesie systemu i wbrew pozorom jest to dobre życie. Zwraca też uwagę nacisk, jaki w tej mrocznej powieści jest położony na współczucie i przyjaźń. One rozświetlają tę książkę, w jednej z najpiękniejszych scen wręcz dosłownie, kiedy w zapadających ciemnościach pojawia się przyjaciel ze światłem trzymanym w dłoni.
 

czwartek, 23 kwietnia 2026

23 kwietnia - Światowy Dzień Książki


"Koniec książki to zawsze koniec świata, taka jest prawda. Jeszcze przed chwilą nie wiadomo było, ku czemu to wszystko zmierza, kto zabił i czy on się z nią ożeni, jeszcze rysowało się tyle możliwości, a teraz jest już po wszystkim. (...) Prośby i groźby na nic się nie zdadzą, nie wydębimy od autora już ani słowa więcej. 
 
Kończą się historie opowiadane chronologicznie, misterne kompozycje szkatułkowe i powieści- worki. Oczywiście ten koniec nie następuje całkiem niespodziewanie. Niektóre książki tak są budowane, że w jakimś momencie widać początek końca: fabuła koncetruje się w głównym nurcie i nie wypuszcza już nowych pędów, perypetie zaczynają się domykać. Niezależnie zaś od epok, stylów i konwencji, nieomylnym znakiem zapowiednim jest topniejący plik stron do przeczytania. Czytelnik, który się w porę zorientuje, może chwilę ostatecznego rozstania odsuwać, zacząć oszczędzać, wydzielać sobie dzienne porcje lektury. Ale to tylko gra na zwłokę, prędzej czy później dojdziemy do końca. I zostaniemy na chwilę z oczami wbitymi w ostatnie słowa. A jeżeli tyle uwagi poświęca się grozie pustej kartki, nad którą ślęczy autor rozpoczynający dzieło, to cóż dopiero powiedzieć o sytuacji czytelnika, który u spodu tekstu dostrzega słowo "koniec" albo dwie kreski przedzielone kropką i wie, że na następnej stronie już nic go nie czeka - tylko spis treści, jakieś zapowiedzi wydawnicze, w najlepszym razie posłowie. 
 
Czy zakończenie jest czymś specjalnym, wyróźnionym? W niektórych, bardzo uporządkowanych gatunkach tak, w innych nie. Zawsze jednak szczególny walor nadają mu oczekiwania czytelnika, który słusznie się spodziewa, że skoro trzeba się rozstać, to coś nam się nalezy, serdeczny uścisk dłoni, ostatnie wyznanie, pożegnalny żarcik, głębokie spojrzenie w oczy na znak wzajemnego zrozumienia. (...)
 
Koniec jest od początku pisany, by tak rzec. Koniec jest konieczny, żeby ciąg słów stał się całością, dziełem. Póki nie wiemy, jak się kończy, nie wiemy przecież na dobrą sprawę, co właściwie czytamy. Smętny paradoks polega na tym, że kiedy już wiemy, jak się kończy książka, kończy się również lektura. Toteż Tomasz Mann na przykład od razu zalecał czytać Czarodziejską górę dwukrotnie. I taka jest prawdziwa nagroda pocieszenia dla czytelnika: może przeczytać sobie książkę jeszcze raz. " 
 
________
Fragmenty eseju Koniec książki ze zbioru Rubryka pod różą Małgorzaty Łukasiewicz; Wydawnictwo Znak, Kraków 2007  

piątek, 17 kwietnia 2026

"Karawele" António Lobo Antunes


Centralnym wydarzeniem powieści Karawele António Lobo Antunesa jest Rewolucja Goździków z 1974 roku, kończąca dyktaturę Salazara. Wraz z obaleniem rządu w Lizbonie Portugalia przyznała wolność swoim afrykańskim koloniom, wycofując się między innymi z krwawej wojny w Angoli. Skutkiem tych wydarzeń była ogromna fala uchodźców, tzw. powracających, która zalała Portugalię. To punkt wyjścia dla Antunesa do rozprawy z portugalskimi mitami narodowymi, zwłaszcza że reżim Salazara opierał swoją ideologię na gloryfikowaniu wielkiej Portugalii, pierwszego imperium morskiego i Portugalczyka, spadkobiercy wielkich odkrywców, podbijającego cały świat. W powieści wstrząs wywołany rewolucją sprawia, że przestrzeń się gwałtownie kurczy do wąskiego pasma kraju nad Atlantykiem, a czas się rozszerza. Kilka epok historycznych zaczyna się dziać naraz, a do Lizbony wracają także ożywione widma wielkich postaci z portugalskiej historii, które próbują urządzić się we współczesności. Klepią biedę, zajmują się ciemnymi interesami, sutenerstwem, szulerką, jako obłąkani trafiają do szpitali. Spod tego bezlitosnego szargania narodowych świętości i szyderstwa przebija obraz kolonialnej opresji, okrucieństwa wojny i wyobcowanie powracających, tych realnych, którzy nie przynależą już do miejsc, w których spędzili całe życie, a Portugalia jest im obca. 
 
Nie ma w Karawelach prostej fabuły. To raczej perypetie kilku postaci namalowane w tonacji groteskowej-tragicznej, które przeplatają się nawzajem. Narracja jest trzecioosobowa, czasami przechodzi jednak w pierwszą osobę liczby pojedynczej lub mnogiej, jakby dla podkreślenia faktu, jak bardzo narodowa ideologia głęboko tkwi w zbiorowości czy w jednostkach. Najbardziej uderzającą rzeczą w czasie lektury powieści jest jej niesamowity język: pełen długich zapętlonych, labiryntowych zdań, tak bardzo barokowy w swoim nadmiarze przymiotników, kontrastów, zachwycających i zaskakujących porównań. Oto kilka przykładowych fragmentów zdań: 
 
Morze wyzierało lśnieniem płetw poprzez grzywy krzewów.
 
(...) wdarli się dziobem w wody spokojne niczym biblioteczny kurz... 
 
(...) pudełko zawalone (...) słonecznikami kompasów poszukujących nieodnalezionej północy...
 
Od powrotu z Afryki nawet upływ czasu wydawał mu się absurdalny i jeszcze nie pogodził się z długimi zachodami słońca jak syrop smażonej marmolady lata...
 
Powyższe przykłady dają lekki przedsmak literackiego wysublimowania stylu Antunesa, ale nie odzwierciedlają, jak bardzo jest on nasycony turpizmem i groteską opisując świat upadłej dyktatury. Tak gęsta, przepełniona znaczeniami proza wymaga dużego skupienia, ale jednocześnie pociąga, wręcz hipnotyzuje swoim bogactwem i sensualnością. I bywa momentami zabawna, acz jest to gorzki śmiech. Niezwykle przewrotne wydaje się to zderzenie wyrafinowanego, pięknego języka z obskurną rzeczywistością rozpadającego się imperium, w której przeszłość nie chce odejść, czego najlepszym symbolem jest jedna z postaci wlokąca wszędzie ze sobą trumnę z rozkładającym się truchłem.
 
Karawele Antunesa to niezwykła pod względem literackim powieść, głęboko zanurzona w historię Portugalii, będąca jednocześnie bezkompromisową wiwisekcją portugalskiej świadomości.
 

środa, 15 kwietnia 2026

Wiersz na kwiecień - "Kwiecień" Julian Tuwim


O, świecie! O, dniu promienny!
Jak w trawie, chodzę w wiośnie! 
Zielony krawat wiosenny
Łodygą z serca rośnie.
 
Mój długi cień na asfalcie
Pławi się w złotych promieniach,
Znów chodzę w rozpiętym palcie
I trzymam ręcę w kieszeniach. 
 
 
----------
Fragment wiersza  Kwiecień z tomu Zielony krawat Julian Tuwim PIW 2025 
 

piątek, 10 kwietnia 2026

"Sprawa Stalina" Giles Milton


Gdy się Triumwirat wspólnie brał
Za świata historyczne kształtyWiadomo, kto Cezara grał

Sprawa Stalina Gilesa Miltona opowiada o tym, jak doszło do zawarcia koalicji antyniemieckiej między Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, sojuszu z jednej strony zaskakującego ze względu na wzajemną wrogość i różnice ideologiczne stron, z drugiej zaś bardzo pożądanego z powodu nazizmu, który niczym walec miażdżył Europę. Punktem przełomowym była napaść Hitlera na Związek Radziecki w 1941 roku. Książka pokazuje kulisy wielkiej polityki, która zmieniła losy świata, a także interesująco kreśli portrety Churchilla, Roosevelta i ich pierwsze wrażenia ze spotkania z Józefem Stalinem. Trzeba bowiem pamiętać, że na skutek izolacji ZSRR, był on osobą kompletnie nieznaną na arenie międzynarodowej. Głównie jednak Giles Milton przedstawia skomplikowaną i zmieniającą się w czasie dynamikę relacji między Wielką Trójką, wynikającą nie tylko ze zmiennej sytuacji na froncie, gry interesów, ale też z odmienności charakterów, wzajemnego braku zaufania i niestety rywalizacji między przywódcami zachodnich aliantów. Jak pisze brytyjski autor - w pewnym momencie Roosevelt stawiał sobie za punkt honoru utrzymywać lepsze relacje ze Stalinem niż Churchill.
 
Giles Milton ma lekkie pióro - całość, pełna anegdot, jest napisana wciągająco, niemal sensacyjnie. Przedstawia wydarzenia z punktu widzenia bardzo wielu osób, ale szczególnie ważnymi postaciami w jego książce są ambasadorowie: ekscentryczny brytyjski Archibald Clark Kerr i amerykański, były przemysłowiec, Averell Harriman. Ten ostatni zaczynał jako osoba organizująca dostawy żywności, sprzętu i uzbrojenia do Związku Radzieckiego, a wcześniej do Wielkiej Brytanii. W jego misjach zarówno pomocowych, jak i dyplomatycznych towarzyszyła mu córka Kathleen. Głównie dzięki jej dziennikom i listom, książka daje wgląd w życie codzienne, napierw w bombardowanym Londynie, a potem w Moskwie, oczywiście na tyle, na ile to było możliwe w warunkach sowieckiej dyktatury. Jest to perspektywa z jednej strony ograniczona, bo skupiona w dużej mierze na życiu w ambasadzie, z drugiej pozwala spojrzeć na wielkich tego świata od bardziej prywatnej strony. 
 
Łatwo wybrać ścieżkę dźwiękową do tej książki. Byłaby nią piosenka Jacka Kaczmarskiego zatytułowana Jałta, z gorzką, przejmującą ironią, ale jakże celnie podsumowująca obrady Wielkiej Trójki i ich konsekwencje dla Europy. Na marginesie, decyzje podejmowane w Jałcie były tylko rozwinięciem postanowień ze wcześniejszej konferencji w Teheranie, co jest dobrze przedstawione w książce. Widać w niej znakomicie politykę imperialną. W czasie spotkań Wielka Brytania, stara potęga rywalizowała ze wschodzącym imperium (USA), a totalitarna dyktatura, wzmocniona przez Amerykanów, też zaczynała mieć ambicje mocarstwowe, czego najlepszą oznaką były zmieniające się portrety w siedzibach radzieckich władz. Marks i Lenin zostali zastąpieni przez carskich generałów. Czy zdawano sobie sprawę z rosnących apetytów Sowietów i z tego że, na przykład plany przeprowadzenie uczciwych referendów w krajach bałtyckich po wejściu tam Armii Czerwonej to mrzonki? Sprawa Stalina pokazuje rodzącą się z czasem świadomość, przynajmniej u niektórych uczestników wydarzeń, niestety tych, których wpływ na rzeczywistość był ograniczony, że stanowisko zachodnich aliantów wobec agresywnych, imperialnych zapędów Związku Radzieckiego było nie tyle podyktowane własnymi interesami (choć to oczywiście też), co po prostu nieprzemyślane i zbyt naiwne. Nie ma wątpliwości, że spuszczamy Frankensteina ze smyczy na Europę - jak to konkluduje poniewczasie jedna z postaci. 

"Jałta" Jacek Kaczmarski

Jak nowa - rezydencja carówSłużba swe obowiązki znaPrecz wysiedlono stąd TatarówGdzie na świat wyrok zapaść ma
 
Okna już widzą, słyszą ścianyJak kaszle nad cygarem LewJak skrzypi wózek popychanyZ kalekim demokratą w tle
 
Lecz nikt nie widzi i nie słyszyCo robi Góral w krymską nocGdy gestem w wiernych towarzyszyWpaja swą legendarną moc
  
Nie miejcie żalu do StalinaNie on się za tym wszystkim kryłPrzecież to nie jest jego winaŻe Roosevelt w Jałcie nie miał siłGdy się Triumwirat wspólnie brałZa świata historyczne kształtyWiadomo, kto Cezara grałI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
W resztce cygara mdłym ognikuPływała Lwa Albionu twarzNie rozmawiajmy o Bałtyku!Po co w Europie tyle państw?
 
Polacy? Chodzi tylko o toŻeby gdzieś w końcu mogli żyć!Z tą Polską zawsze są kłopotyKaleka troszczy się i drży
 
Lecz uspokaja ich gospodarzPożółkły dłonią głaszcząc wąsMój kraj pomocną dłoń im podaPotem, niech rządzą się, jak chcą
 
Nie miejcie żalu do ChurchillaNie on wszak za tym wszytkim stałWszak po to tylko był TriumwiratBy Stalin dostał to, co chciałKomu zależy na pokojuTen zawsze cofnie się przed gwałtemWygra, kto się nie boi wojenI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Ściana pałacu słuch napinaGdy do Kaleki mówi LewJa wierzę w szczerość słów StalinaDba chyba o radziecką krew
 
I potakuje mu KalekaNiezłomny demokracji stróżStalin to ktoś na miarę wiekuOto mąż stanu, oto wódz
 
Bo sojusz wielkich - to nie zmowaTo przyszłość świata - wolność, ład!Przy nim i słaby się uchowaI swoją część otrzyma - strat
 
Nie miejcie żalu do Roosevelta
Pomyślcie, ile musiał znieśćFajka, dym cygar i butelkaChurchill, co miał sojusze gdzieś!Wszakże radziły trzy ImperiaNad granicami, co zatarteW szczegółach zaś już siedział BeriaI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Więc delegacje odleciałyUcichł na Krymie carski gródGdy na zachodzie działa grzmiałyTransporty ludzi szły na wschód
 
Świat wolny święcił potem tryumfOpustoszały nagle frontyW kwiatach już prezydenta gróbA tam transporty i transporty
 
Czerwony świt się z nocy budziZ woli wyborców odszedł ChurchillA tam transporty żywych ludzi A tam obozy długiej śmierci
 
Nie miejcie więc do Trójcy żaluWyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym caluKażdy z nich chronił, co już miałMógł mylić się zwiedziony chwiląNie był Polakiem ani BałtemTylko ofiary się nie myląI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Tylko ofiary się nie myląI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
-----------
Piosenki można posłuchać tu - link.