czwartek, 23 kwietnia 2026

23 kwietnia - Światowy Dzień Książki


"Koniec książki to zawsze koniec świata, taka jest prawda. Jeszcze przed chwilą nie wiadomo było, ku czemu to wszystko zmierza, kto zabił i czy on się z nią ożeni, jeszcze rysowało się tyle możliwości, a teraz jest już po wszystkim. (...) Prośby i groźby na nic się nie zdadzą, nie wydębimy od autora już ani słowa więcej. 
 
Kończą się historie opowiadane chronologicznie, misterne kompozycje szkatułkowe i powieści- worki. Oczywiście ten koniec nie następuje całkiem niespodziewanie. Niektóre książki tak są budowane, że w jakimś momencie widać początek końca: fabuła koncetruje się w głównym nurcie i nie wypuszcza już nowych pędów, perypetie zaczynają się domykać. Niezależnie zaś od epok, stylów i konwencji, nieomylnym znakiem zapowiednim jest topniejący plik stron do przeczytania. Czytelnik, który się w porę zorientuje, może chwilę ostatecznego rozstania odsuwać, zacząć oszczędzać, wydzielać sobie dzienne porcje lektury. Ale to tylko gra na zwłokę, prędzej czy później dojdziemy do końca. I zostaniemy na chwilę z oczami wbitymi w ostatnie słowa. A jeżeli tyle uwagi poświęca się grozie pustej kartki, nad którą ślęczy autor rozpoczynający dzieło, to cóż dopiero powiedzieć o sytuacji czytelnika, który u spodu tekstu dostrzega słowo "koniec" albo dwie kreski przedzielone kropką i wie, że na następnej stronie już nic go nie czeka - tylko spis treści, jakieś zapowiedzi wydawnicze, w najlepszym razie posłowie. 
 
Czy zakończenie jest czymś specjalnym, wyróźnionym? W niektórych, bardzo uporządkowanych gatunkach tak, w innych nie. Zawsze jednak szczególny walor nadają mu oczekiwania czytelnika, który słusznie się spodziewa, że skoro trzeba się rozstać, to coś nam się nalezy, serdeczny uścisk dłoni, ostatnie wyznanie, pożegnalny żarcik, głębokie spojrzenie w oczy na znak wzajemnego zrozumienia. (...)
 
Koniec jest od początku pisany, by tak rzec. Koniec jest konieczny, żeby ciąg słów stał się całością, dziełem. Póki nie wiemy, jak się kończy, nie wiemy przecież na dobrą sprawę, co właściwie czytamy. Smętny paradoks polega na tym, że kiedy już wiemy, jak się kończy książka, kończy się również lektura. Toteż Tomasz Mann na przykład od razu zalecał czytać Czarodziejską górę dwukrotnie. I taka jest prawdziwa nagroda pocieszenia dla czytelnika: może przeczytać sobie książkę jeszcze raz. " 
 
________
Fragmenty eseju Koniec książki ze zbioru Rubryka pod różą Małgorzaty Łukasiewicz; Wydawnictwo Znak, Kraków 2007  

piątek, 17 kwietnia 2026

"Karawele" António Lobo Antunes


Centralnym wydarzeniem powieści Karawele António Lobo Antunesa jest Rewolucja Goździków z 1974 roku, kończąca dyktaturę Salazara. Wraz z obaleniem rządu w Lizbonie Portugalia przyznała wolność swoim afrykańskim koloniom, wycofując się między innymi z krwawej wojny w Angoli. Skutkiem tych wydarzeń była ogromna fala uchodźców, tzw. powracających, która zalała Portugalię. To punkt wyjścia dla Antunesa do rozprawy z portugalskimi mitami narodowymi, zwłaszcza że reżim Salazara opierał swoją ideologię na gloryfikowaniu wielkiej Portugalii, pierwszego imperium morskiego i Portugalczyka, spadkobiercy wielkich odkrywców, podbijającego cały świat. W powieści wstrząs wywołany rewolucją sprawia, że przestrzeń się gwałtownie kurczy do wąskiego pasma kraju nad Atlantykiem, a czas się rozszerza. Kilka epok historycznych zaczyna się dziać naraz, a do Lizbony wracają także ożywione widma wielkich postaci z portugalskiej historii, które próbują urządzić się we współczesności. Klepią biedę, zajmują się ciemnymi interesami, sutenerstwem, szulerką, jako obłąkani trafiają do szpitali. Spod tego bezlitosnego szargania narodowych świętości i szyderstwa przebija obraz kolonialnej opresji, okrucieństwa wojny i wyobcowanie powracających, tych realnych, którzy nie przynależą już do miejsc, w których spędzili całe życie, a Portugalia jest im obca. 
 
Nie ma w Karawelach prostej fabuły. To raczej perypetie kilku postaci namalowane w tonacji groteskowej-tragicznej, które przeplatają się nawzajem. Narracja jest trzecioosobowa, czasami przechodzi jednak w pierwszą osobę liczby pojedynczej lub mnogiej, jakby dla podkreślenia faktu, jak bardzo narodowa ideologia głęboko tkwi w zbiorowości czy w jednostkach. Najbardziej uderzającą rzeczą w czasie lektury powieści jest jej niesamowity język: pełen długich zapętlonych, labiryntowych zdań, tak bardzo barokowy w swoim nadmiarze przymiotników, kontrastów, zachwycających i zaskakujących porównań. Oto kilka przykładowych fragmentów zdań: 
 
Morze wyzierało lśnieniem płetw poprzez grzywy krzewów.
 
(...) wdarli się dziobem w wody spokojne niczym biblioteczny kurz... 
 
(...) pudełko zawalone (...) słonecznikami kompasów poszukujących nieodnalezionej północy...
 
Od powrotu z Afryki nawet upływ czasu wydawał mu się absurdalny i jeszcze nie pogodził się z długimi zachodami słońca jak syrop smażonej marmolady lata...
 
Powyższe przykłady dają lekki przedsmak literackiego wysublimowania stylu Antunesa, ale nie odzwierciedlają, jak bardzo jest on nasycony turpizmem i groteską opisując świat upadłej dyktatury. Tak gęsta, przepełniona znaczeniami proza wymaga dużego skupienia, ale jednocześnie pociąga, wręcz hipnotyzuje swoim bogactwem i sensualnością. I bywa momentami zabawna, acz jest to gorzki śmiech. Niezwykle przewrotne wydaje się to zderzenie wyrafinowanego, pięknego języka z obskurną rzeczywistością rozpadającego się imperium, w której przeszłość nie chce odejść, czego najlepszym symbolem jest jedna z postaci wlokąca wszędzie ze sobą trumnę z rozkładającym się truchłem.
 
Karawele Antunesa to niezwykła pod względem literackim powieść, głęboko zanurzona w historię Portugalii, będąca jednocześnie bezkompromisową wiwisekcją portugalskiej świadomości.
 

środa, 15 kwietnia 2026

Wiersz na kwiecień - "Kwiecień" Julian Tuwim


O, świecie! O, dniu promienny!
Jak w trawie, chodzę w wiośnie! 
Zielony krawat wiosenny
Łodygą z serca rośnie.
 
Mój długi cień na asfalcie
Pławi się w złotych promieniach,
Znów chodzę w rozpiętym palcie
I trzymam ręcę w kieszeniach. 
 
 
----------
Fragment wiersza  Kwiecień z tomu Zielony krawat Julian Tuwim PIW 2025 
 

piątek, 10 kwietnia 2026

"Sprawa Stalina" Giles Milton


Gdy się Triumwirat wspólnie brał
Za świata historyczne kształtyWiadomo, kto Cezara grał

Sprawa Stalina Gilesa Miltona opowiada o tym, jak doszło do zawarcia koalicji antyniemieckiej między Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, sojuszu z jednej strony zaskakującego ze względu na wzajemną wrogość i różnice ideologiczne stron, z drugiej zaś bardzo pożądanego z powodu nazizmu, który niczym walec miażdżył Europę. Punktem przełomowym była napaść Hitlera na Związek Radziecki w 1941 roku. Książka pokazuje kulisy wielkiej polityki, która zmieniła losy świata, a także interesująco kreśli portrety Churchilla, Roosevelta i ich pierwsze wrażenia ze spotkania z Józefem Stalinem. Trzeba bowiem pamiętać, że na skutek izolacji ZSRR, był on osobą kompletnie nieznaną na arenie międzynarodowej. Głównie jednak Giles Milton przedstawia skomplikowaną i zmieniającą się w czasie dynamikę relacji między Wielką Trójką, wynikającą nie tylko ze zmiennej sytuacji na froncie, gry interesów, ale też z odmienności charakterów, wzajemnego braku zaufania i niestety rywalizacji między przywódcami zachodnich aliantów. Jak pisze brytyjski autor - w pewnym momencie Roosevelt stawiał sobie za punkt honoru utrzymywać lepsze relacje ze Stalinem niż Churchill.
 
Giles Milton ma lekkie pióro - całość, pełna anegdot, jest napisana wciągająco, niemal sensacyjnie. Przedstawia wydarzenia z punktu widzenia bardzo wielu osób, ale szczególnie ważnymi postaciami w jego książce są ambasadorowie: ekscentryczny brytyjski Archibald Clark Kerr i amerykański, były przemysłowiec, Averell Harriman. Ten ostatni zaczynał jako osoba organizująca dostawy żywności, sprzętu i uzbrojenia do Związku Radzieckiego, a wcześniej do Wielkiej Brytanii. W jego misjach zarówno pomocowych, jak i dyplomatycznych towarzyszyła mu córka Kathleen. Głównie dzięki jej dziennikom i listom, książka daje wgląd w życie codzienne, napierw w bombardowanym Londynie, a potem w Moskwie, oczywiście na tyle, na ile to było możliwe w warunkach sowieckiej dyktatury. Jest to perspektywa z jednej strony ograniczona, bo skupiona w dużej mierze na życiu w ambasadzie, z drugiej pozwala spojrzeć na wielkich tego świata od bardziej prywatnej strony. 
 
Łatwo wybrać ścieżkę dźwiękową do tej książki. Byłaby nią piosenka Jacka Kaczmarskiego zatytułowana Jałta, z gorzką, przejmującą ironią, ale jakże celnie podsumowująca obrady Wielkiej Trójki i ich konsekwencje dla Europy. Na marginesie, decyzje podejmowane w Jałcie były tylko rozwinięciem postanowień ze wcześniejszej konferencji w Teheranie, co jest dobrze przedstawione w książce. Widać w niej znakomicie politykę imperialną. W czasie spotkań Wielka Brytania, stara potęga rywalizowała ze wschodzącym imperium (USA), a totalitarna dyktatura, wzmocniona przez Amerykanów, też zaczynała mieć ambicje mocarstwowe, czego najlepszą oznaką były zmieniające się portrety w siedzibach radzieckich władz. Marks i Lenin zostali zastąpieni przez carskich generałów. Czy zdawano sobie sprawę z rosnących apetytów Sowietów i z tego że, na przykład plany przeprowadzenie uczciwych referendów w krajach bałtyckich po wejściu tam Armii Czerwonej to mrzonki? Sprawa Stalina pokazuje rodzącą się z czasem świadomość, przynajmniej u niektórych uczestników wydarzeń, niestety tych, których wpływ na rzeczywistość był ograniczony, że stanowisko zachodnich aliantów wobec agresywnych, imperialnych zapędów Związku Radzieckiego było nie tyle podyktowane własnymi interesami (choć to oczywiście też), co po prostu nieprzemyślane i zbyt naiwne. Nie ma wątpliwości, że spuszczamy Frankensteina ze smyczy na Europę - jak to konkluduje poniewczasie jedna z postaci.