piątek, 10 kwietnia 2026

"Sprawa Stalina" Giles Milton


Gdy się Triumwirat wspólnie brał
Za świata historyczne kształtyWiadomo, kto Cezara grał

Sprawa Stalina Gilesa Miltona opowiada o tym, jak doszło do zawarcia koalicji antyniemieckiej między Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, sojuszu z jednej strony zaskakującego ze względu na wzajemną wrogość i różnice ideologiczne stron, z drugiej zaś bardzo pożądanego z powodu nazizmu, który niczym walec miażdżył Europę. Punktem przełomowym była napaść Hitlera na Związek Radziecki w 1941 roku. Książka pokazuje kulisy wielkiej polityki, która zmieniła losy świata, a także interesująco kreśli portrety Churchilla, Roosevelta i ich pierwsze wrażenia ze spotkania z Józefem Stalinem. Trzeba bowiem pamiętać, że na skutek izolacji ZSRR, był on osobą kompletnie nieznaną na arenie międzynarodowej. Głównie jednak Giles Milton przedstawia skomplikowaną i zmieniającą się w czasie dynamikę relacji między Wielką Trójką, wynikającą nie tylko ze zmiennej sytuacji na froncie, gry interesów, ale też z odmienności charakterów, wzajemnego braku zaufania i niestety rywalizacji między przywódcami zachodnich aliantów. Jak pisze brytyjski autor - w pewnym momencie Roosevelt stawiał sobie za punkt honoru utrzymywać lepsze relacje ze Stalinem niż Churchill.
 
Giles Milton ma lekkie pióro - całość, pełna anegdot, jest napisana wciągająco, niemal sensacyjnie. Przedstawia wydarzenia z punktu widzenia bardzo wielu osób, ale szczególnie ważnymi postaciami w jego książce są ambasadorowie: ekscentryczny brytyjski Archibald Clark Kerr i amerykański, były przemysłowiec, Averell Harriman. Ten ostatni zaczynał jako osoba organizująca dostawy żywności, sprzętu i uzbrojenia do Związku Radzieckiego, a wcześniej do Wielkiej Brytanii. W jego misjach zarówno pomocowych, jak i dyplomatycznych towarzyszyła mu córka Kathleen. Głównie dzięki jej dziennikom i listom, książka daje wgląd w życie codzienne, napierw w bombardowanym Londynie, a potem w Moskwie, oczywiście na tyle, na ile to było możliwe w warunkach sowieckiej dyktatury. Jest to perspektywa z jednej strony ograniczona, bo skupiona w dużej mierze na życiu w ambasadzie, z drugiej pozwala spojrzeć na wielkich tego świata od bardziej prywatnej strony. 
 
Łatwo wybrać ścieżkę dźwiękową do tej książki. Byłaby nią piosenka Jacka Kaczmarskiego zatytułowana Jałta, z gorzką, przejmującą ironią, ale jakże celnie podsumowująca obrady Wielkiej Trójki i ich konsekwencje dla Europy. Na marginesie, decyzje podejmowane w Jałcie były tylko rozwinięciem postanowień ze wcześniejszej konferencji w Teheranie, co jest dobrze przedstawione w książce. Widać w niej znakomicie politykę imperialną. W czasie spotkań Wielka Brytania, stara potęga rywalizowała ze wschodzącym imperium (USA), a totalitarna dyktatura, wzmocniona przez Amerykanów, też zaczynała mieć ambicje mocarstwowe, czego najlepszą oznaką były zmieniające się portrety w siedzibach radzieckich władz. Marks i Lenin zostali zastąpieni przez carskich generałów. Czy zdawano sobie sprawę z rosnących apetytów Sowietów i z tego że, na przykład plany przeprowadzenie uczciwych referendów w krajach bałtyckich po wejściu tam Armii Czerwonej to mrzonki? Sprawa Stalina pokazuje rodzącą się z czasem świadomość, przynajmniej u niektórych uczestników wydarzeń, niestety tych, których wpływ na rzeczywistość był ograniczony, że stanowisko zachodnich aliantów wobec agresywnych, imperialnych zapędów Związku Radzieckiego było nie tyle podyktowane własnymi interesami (choć to oczywiście też), co po prostu nieprzemyślane i zbyt naiwne. Nie ma wątpliwości, że spuszczamy Frankensteina ze smyczy na Europę - jak to konkluduje poniewczasie jedna z postaci. 

"Jałta" Jacek Kaczmarski

Jak nowa - rezydencja carówSłużba swe obowiązki znaPrecz wysiedlono stąd TatarówGdzie na świat wyrok zapaść ma
 
Okna już widzą, słyszą ścianyJak kaszle nad cygarem LewJak skrzypi wózek popychanyZ kalekim demokratą w tle
 
Lecz nikt nie widzi i nie słyszyCo robi Góral w krymską nocGdy gestem w wiernych towarzyszyWpaja swą legendarną moc
  
Nie miejcie żalu do StalinaNie on się za tym wszystkim kryłPrzecież to nie jest jego winaŻe Roosevelt w Jałcie nie miał siłGdy się Triumwirat wspólnie brałZa świata historyczne kształtyWiadomo, kto Cezara grałI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
W resztce cygara mdłym ognikuPływała Lwa Albionu twarzNie rozmawiajmy o Bałtyku!Po co w Europie tyle państw?
 
Polacy? Chodzi tylko o toŻeby gdzieś w końcu mogli żyć!Z tą Polską zawsze są kłopotyKaleka troszczy się i drży
 
Lecz uspokaja ich gospodarzPożółkły dłonią głaszcząc wąsMój kraj pomocną dłoń im podaPotem, niech rządzą się, jak chcą
 
Nie miejcie żalu do ChurchillaNie on wszak za tym wszytkim stałWszak po to tylko był TriumwiratBy Stalin dostał to, co chciałKomu zależy na pokojuTen zawsze cofnie się przed gwałtemWygra, kto się nie boi wojenI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Ściana pałacu słuch napinaGdy do Kaleki mówi LewJa wierzę w szczerość słów StalinaDba chyba o radziecką krew
 
I potakuje mu KalekaNiezłomny demokracji stróżStalin to ktoś na miarę wiekuOto mąż stanu, oto wódz
 
Bo sojusz wielkich - to nie zmowaTo przyszłość świata - wolność, ład!Przy nim i słaby się uchowaI swoją część otrzyma - strat
 
Nie miejcie żalu do Roosevelta
Pomyślcie, ile musiał znieśćFajka, dym cygar i butelkaChurchill, co miał sojusze gdzieś!Wszakże radziły trzy ImperiaNad granicami, co zatarteW szczegółach zaś już siedział BeriaI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Więc delegacje odleciałyUcichł na Krymie carski gródGdy na zachodzie działa grzmiałyTransporty ludzi szły na wschód
 
Świat wolny święcił potem tryumfOpustoszały nagle frontyW kwiatach już prezydenta gróbA tam transporty i transporty
 
Czerwony świt się z nocy budziZ woli wyborców odszedł ChurchillA tam transporty żywych ludzi A tam obozy długiej śmierci
 
Nie miejcie więc do Trójcy żaluWyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym caluKażdy z nich chronił, co już miałMógł mylić się zwiedziony chwiląNie był Polakiem ani BałtemTylko ofiary się nie myląI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Tylko ofiary się nie myląI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
-----------
Piosenki można posłuchać tu - link. 
 
 

piątek, 3 kwietnia 2026

3 kwietnia - 130 rocznica urodzin Józefa Czapskiego


Schopenhauer pisał, że jak nie mamy czasu przyjrzeć się uważnie, kto z dwóch rozmówców jest głupszy - wystarczy rachować, który ile razy powiedział słowo "ja". Ten, który mówi "ja" częściej - jest głupszy. 
  Pod wpływem tego, między innymi, zdania, powtórzonego mi w dalekiej młodości, miałem zawsze, gdy tylko pisałem cokolwiek do druku, stosunek niepewny do wszystkiego, co trąciło wyznaniem. A przecież wcale nie jest to tak proste, jak Schopenhauer złośliwie ujął. "Ja" - mówią i piszą bardzo często (nieraz za często) nie tylko durnie, a do tego wszelka literatura jest formą bardziej lub mniej zamaskowanego wyznania. Przecie nawet Flaubert, gdy go pytano, kim jest Pani Bovary - powiedział:
 - Madame Bovary, c'est moi
  Turgieniew pisze złośliwie, że ludzie z zainteresowaniem mówią o wielu rzeczach, z apetytem - tylko o sobie.
  - Więc nawet o sobie mówić nie wolno - skarży się Rozanow, atakując gwałtownie Turgieniewa za tę właśnie niewinną złośliwość.
  W Iraku dałem do przeczytania Adolfowi Bocheńskiemu moje griazowieckie odczyty o Prouście. Wspominam w nich, że pisarz, niezrozumiały dla mnie na początku, ujawnił mi się i olśnił, dopiero gdy go czytałem w okresie długiej, bezczynnej rekonwalescencji po ciężkim tyfusie. Bocheński przeczytał mój kajest, obsypał mnie - jak on to umiał - przesadnymi komplementami i zakończył nieoczekiwanie ostrą wymówką: "Jak mogłeś pisać o swoim tyfusie. Co to kogo może interesować, że ty miałeś tyfus".
  Kiedy tu, w Paryżu, dałem do oceny rękopis mojej książki Na nieludzkiej ziemi pisarzowi francuskiemu, do którego czujnego smaku mam największe zaufanie, postawił mi jeden zarzut przede wszystkim:
- Dlaczego pan tak rzadko mówi "ja"? Szkodzi to bardzo pańskiej książce. Czytelnik musi wiedzieć, z kim ma do czynienia. Niech pan zauważy, jak często pisarze używają słowa "ja" - i tu ironicznie zaczął naśladować namaszczenie i "pompę", z którymi to "ja" wciąż wysuwają niektórzy z jego kolegów.  - Ale niech się pan tym nie zraża, we wspomnieniach, w opowiadaniach swych przeżyć, "ja" jest konieczne. Czytelnik musi mieć do pana stosunek, jeżeli pan chce, aby się pańskimi wrażeniami, obserwacjami interesował. Niech pan częściej pisze "ja". 
 No i bądź tu mądry!
_____
Cytat z eseju Ja z książki Józefa Czapskiego Czytając; Wydawnictwo Znak Kraków 2015 
 

piątek, 27 marca 2026

"Zabijemy Stellę / Piąty rok" Marlen Haushofer


Zabijemy Stellę
i Piąty rok to dwie odmienne nowele Marleny Haushofer, które łączy jednak kilka rzeczy: doskonale nakreślone, pogłębione psychologicznie portrety postaci, delikatna, ale wyraźna obecność symboli związanych z przyrodą, i to, że ta ostatnia odgrywa ogromną rolę w życiu bohaterek, choć w pierwszym utworze jest to zaledwie ogród w mieście, a dopiero w drugim wiejska okolica położona w górach. Bardzo subtelnie, na poziomie pojedynczych zdań, zaznaczony jest też cień wojny.
 
Zabijemy Stellę to studium winy jednostki. Jest to znakomicie ukazany obraz wyobcowania, samotności, ukrytej przemocy i skomplikowanych relacji rodzinnych przykrytych codzienną rutyną i pozorami normalności. Anna, główna postać noweli, dokonuje analizy własnego postępowania i wszystkiego, co się wydarzyło od momentu, kiedy ona i jej rodzina przyjęli pod swój dach Stellę mającą zdobyć zawód w pobliskiej szkole. Opowieść Anny jest stonowana, pełna szczegółów i niuansów, pod spodem zaś buzują emocje szczególnego rodzaju: Mój gniew już dawno wygasł, pozostała tylko groza: zupełnie mną zawładnęła, mieszkam w niej niczym w znienawidzonej przestrzeni. Ta groza wynikająca z poczucia niemożności wyrwania się z psychicznego więzienia każe jej zadawać pytania o winę innych, a także o własną odpowiedzialność. Na ile jej milczenie i bierność przyczyniły się do tragedii? Bardzo bolesna konfrontacja z własną wygodą i tchórzostwem usprawiedliwianymi troską o rodzinę nie niesie żadnej nadziei na zmianę. Anna nie ma złudzeń, dawno się już ich wyzbyła: świat będzie się dalej toczyć, jakby nic się nie stało.  
  
Et in Arcadia ego - śmierć, choć inaczej, jest też obecna w drugim opowiadaniu. Piąty rok to psychologiczny portret małej dziewczynki mieszkającej z kochającymi dziadkami u podnóża gór. Wiejska codzienność, zmieniające się pory roku, dzika i oswojona przyroda - wszystko to, co mieści się w zwrocie odkrywanie świata przez pięciolatkę jest tu znakomicie pokazane. Więcej, subtelnie i wnikliwie przedstawione są także przeżycia wewnętrzne dziecka i jego coraz lepsze rozumienie bliskich osób, relacji między dorosłymi, ich emocji, zwłaszcza smutku związanego ze stratą. Ta Arkadia dzieciństwa bowiem podszyta jest egzystencjalnym niepokojem rodzącym się w wyniku pierwszego zetknięcia się ze śmiercią. Pierwsze uświadomienie sobie kruchości istnienia jest tym dotkliwsze, że bardziej odczuwane na poziomie emocji niż pojmowane, co jeszcze pogłębia fakt, że tak małe dziecko nie posiada umiejętności wyrażenia tego, co czuje i rozumie. Najlepszym przykładem jest tu scena płaczu na cmentarzu. Zachwyca w niej, jak prosto a zarazem przejmująco Marlena Haushofer potrafi pokazać jej sens nadając symboliczne znaczenie przyrodzie. Podobnie zresztą czyni to w pierwszej noweli, tworząc bardzo poruszającą prozę.