Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytat. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

23 kwietnia - Światowy Dzień Książki


"Koniec książki to zawsze koniec świata, taka jest prawda. Jeszcze przed chwilą nie wiadomo było, ku czemu to wszystko zmierza, kto zabił i czy on się z nią ożeni, jeszcze rysowało się tyle możliwości, a teraz jest już po wszystkim. (...) Prośby i groźby na nic się nie zdadzą, nie wydębimy od autora już ani słowa więcej. 
 
Kończą się historie opowiadane chronologicznie, misterne kompozycje szkatułkowe i powieści- worki. Oczywiście ten koniec nie następuje całkiem niespodziewanie. Niektóre książki tak są budowane, że w jakimś momencie widać początek końca: fabuła koncetruje się w głównym nurcie i nie wypuszcza już nowych pędów, perypetie zaczynają się domykać. Niezależnie zaś od epok, stylów i konwencji, nieomylnym znakiem zapowiednim jest topniejący plik stron do przeczytania. Czytelnik, który się w porę zorientuje, może chwilę ostatecznego rozstania odsuwać, zacząć oszczędzać, wydzielać sobie dzienne porcje lektury. Ale to tylko gra na zwłokę, prędzej czy później dojdziemy do końca. I zostaniemy na chwilę z oczami wbitymi w ostatnie słowa. A jeżeli tyle uwagi poświęca się grozie pustej kartki, nad którą ślęczy autor rozpoczynający dzieło, to cóż dopiero powiedzieć o sytuacji czytelnika, który u spodu tekstu dostrzega słowo "koniec" albo dwie kreski przedzielone kropką i wie, że na następnej stronie już nic go nie czeka - tylko spis treści, jakieś zapowiedzi wydawnicze, w najlepszym razie posłowie. 
 
Czy zakończenie jest czymś specjalnym, wyróźnionym? W niektórych, bardzo uporządkowanych gatunkach tak, w innych nie. Zawsze jednak szczególny walor nadają mu oczekiwania czytelnika, który słusznie się spodziewa, że skoro trzeba się rozstać, to coś nam się nalezy, serdeczny uścisk dłoni, ostatnie wyznanie, pożegnalny żarcik, głębokie spojrzenie w oczy na znak wzajemnego zrozumienia. (...)
 
Koniec jest od początku pisany, by tak rzec. Koniec jest konieczny, żeby ciąg słów stał się całością, dziełem. Póki nie wiemy, jak się kończy, nie wiemy przecież na dobrą sprawę, co właściwie czytamy. Smętny paradoks polega na tym, że kiedy już wiemy, jak się kończy książka, kończy się również lektura. Toteż Tomasz Mann na przykład od razu zalecał czytać Czarodziejską górę dwukrotnie. I taka jest prawdziwa nagroda pocieszenia dla czytelnika: może przeczytać sobie książkę jeszcze raz. " 
 
________
Fragmenty eseju Koniec książki ze zbioru Rubryka pod różą Małgorzaty Łukasiewicz; Wydawnictwo Znak, Kraków 2007  

piątek, 3 kwietnia 2026

3 kwietnia - 130 rocznica urodzin Józefa Czapskiego


Schopenhauer pisał, że jak nie mamy czasu przyjrzeć się uważnie, kto z dwóch rozmówców jest głupszy - wystarczy rachować, który ile razy powiedział słowo "ja". Ten, który mówi "ja" częściej - jest głupszy. 
  Pod wpływem tego, między innymi, zdania, powtórzonego mi w dalekiej młodości, miałem zawsze, gdy tylko pisałem cokolwiek do druku, stosunek niepewny do wszystkiego, co trąciło wyznaniem. A przecież wcale nie jest to tak proste, jak Schopenhauer złośliwie ujął. "Ja" - mówią i piszą bardzo często (nieraz za często) nie tylko durnie, a do tego wszelka literatura jest formą bardziej lub mniej zamaskowanego wyznania. Przecie nawet Flaubert, gdy go pytano, kim jest Pani Bovary - powiedział:
 - Madame Bovary, c'est moi
  Turgieniew pisze złośliwie, że ludzie z zainteresowaniem mówią o wielu rzeczach, z apetytem - tylko o sobie.
  - Więc nawet o sobie mówić nie wolno - skarży się Rozanow, atakując gwałtownie Turgieniewa za tę właśnie niewinną złośliwość.
  W Iraku dałem do przeczytania Adolfowi Bocheńskiemu moje griazowieckie odczyty o Prouście. Wspominam w nich, że pisarz, niezrozumiały dla mnie na początku, ujawnił mi się i olśnił, dopiero gdy go czytałem w okresie długiej, bezczynnej rekonwalescencji po ciężkim tyfusie. Bocheński przeczytał mój kajest, obsypał mnie - jak on to umiał - przesadnymi komplementami i zakończył nieoczekiwanie ostrą wymówką: "Jak mogłeś pisać o swoim tyfusie. Co to kogo może interesować, że ty miałeś tyfus".
  Kiedy tu, w Paryżu, dałem do oceny rękopis mojej książki Na nieludzkiej ziemi pisarzowi francuskiemu, do którego czujnego smaku mam największe zaufanie, postawił mi jeden zarzut przede wszystkim:
- Dlaczego pan tak rzadko mówi "ja"? Szkodzi to bardzo pańskiej książce. Czytelnik musi wiedzieć, z kim ma do czynienia. Niech pan zauważy, jak często pisarze używają słowa "ja" - i tu ironicznie zaczął naśladować namaszczenie i "pompę", z którymi to "ja" wciąż wysuwają niektórzy z jego kolegów.  - Ale niech się pan tym nie zraża, we wspomnieniach, w opowiadaniach swych przeżyć, "ja" jest konieczne. Czytelnik musi mieć do pana stosunek, jeżeli pan chce, aby się pańskimi wrażeniami, obserwacjami interesował. Niech pan częściej pisze "ja". 
 No i bądź tu mądry!
_____
Cytat z eseju Ja z książki Józefa Czapskiego Czytając; Wydawnictwo Znak Kraków 2015 
 

środa, 14 stycznia 2026

Fragmenty z "Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza" Eric Karpeles


"Podczas wernisażu późnej wystawy jego obrazów reporter przeprowadzający wywiad z Czapskim ocenił ich niemodną tematykę, znalazłwszy na nich samotnych ludzi, stoliki w opustoszałych kawiarniach, na wpół ukryte twarze w metrze, stare i niepiękne osoby w pachnących stęchlizną, obitych pluszem fotelach teatralnych lub ponurych pasażach. Drobne codzienne zdarzenia ujrzane w przelocie". Dzienikarz wyróżnił także "jasne pejzaże i na pozór nieistotne przedmioty, takie jak stolik nocny z kawałkiem sznurka na blacie". Czapski odparł: "Tak to prawie nic. Ale to prawie nic oznacza wszystko". 
  



[O odczytach o "W poszukiwaniu straconego czasu" wygłaszanych w obozie jenieckim dla polskich oficerów w Związku Radzieckim w 1941 roku.]
 
"Wspominam z wdzięcznością kolegów, bywało ich o ile sobie ich przypominam, na tych odczytach francuskich o literaturze około 40, przychodzili o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz. Zamiast dawnych ikon i żażącej się pod nimi lampady, wisiały w kącie izby portrety Marksa, Lenina, Stalina, w czerwonych tekturkach (...) Koledzy siedzieli na wąskich i chwiejnych ławkach, słuchali w półmroku izby o przygodach księżnej Guermantes, o śmierci Bergotte'a, o mękach zazdrości Swanna."
 
"Dopiero tam zrozumiałem, co znaczy tak ceniona przez Prousta i według niego jedyna istotna i twórcza "pamięć mimowalna" (memoire involantaire). Wówczas zrozumiałem, jak wzmaga tę pamięć oderwanie się od książek, gazet, od miliona drobnych wrażeń intelektualnych normalnego życia. Z daleka od wszystkiego, co mogło mi świat Prousta przypominać, wspomnienia moje o nim, które na początku zdawały mi się niezmiernie szczupłe, zaczęły mi się gwałtownie i nieoczekiwanie rozrastać z siłą i precyzją zarazem jakby zupełnie niezależną od mojej woli."
 


"Kiedy rysujesz, czujesz każdą kreskę prowadzoną na papierze jako coś żyjącego, nieodwołalnego, i naraz rysunek zaczyna żyć. (...) Potem dwie - jedną kreską - notatki tulipanów wydały mi się nagle żywiej istniejące. Dlaczego? Bo je czułem podczas rysowania, czułem ten związek niezdarnego, niepewnego, zdeformowanego trochę rysunku, jakby między końcem ołówka a mną nie było żadnej przerwy. Ja byłem na końcu ołówka." 
*** 
"Mówi się o wyrazie samotności w moich obrazach. Może to prawda, ale nigdy sam nie stawiam tego pytania. Kiedy maluje nie myślę, dlaczego i dla kogo to robię. Jestem sam i maluję to, co mam malować. Ta bezinteresowność jest podstawą sztuki. Oddaję się codzienności, odkryciom dokonywanym, kiedy patrzę na stół, koszyk, twarz w oknie albo kawiarni. Tam znajduję punkt wyjścia do tego, co nazywam bezinteresownym odkryciem i radość z tego! Może to jest ta samotność, którą u mnie widzą, osobny świat".
 

czwartek, 16 października 2025

Cztery cytaty z "Róż Orwella" Rebecci Solnit

1. Nawet jabłonki dożywają około stu lat, a zatem koksy pomarańczowe zasadzone przeze mnie w 1936 roku mogą rodzić owoce jeszcze długo po wejściu w XXI wiek. Dąb czy buk potrafi rosnąć przez setki lat, będąc źródłem uciechy dla tysięcy, jeśli nie dziesiątków tysięcy ludzi, nim ostatecznie trafi do tartaku. Nie twierdzę, że można zwolnić się ze wszystkich zobowiązań wobec społeczeństwa przez prywatny program zalesiania. Nie wydaje mi się jednak złym pomysłem, aby każdy popełniony antyspołeczny czyn odnotować sobie w dzienniku, a gdy nadejdzie odpowiednia pora roku, wetknąć w ziemię żołędzia.
 
2. W 1941 roku, opuszczając Londyn podczas Blitzu, dzień po wyprawie do podziemnych schronów w tunelach metra i koscielnej krypcie, pisarza zanotował w swoim dzienniku:
"W Wallington. Wszędzie wokół krokusy, kilka łodyg laku wypuszcza pączki, pięknie rozkwitły przebiśniegi. Parki zajęcy siedzą tu i ówdzie w oziminie i gapią się na siebie. Podczas tej wojny, gdy człowiek raz na kilka miesięcy wysunie na parę chwil głowę ponad powierzchnię wody, dostrzega, że Ziemia wciąż się kręci wokół Słońca"
 
 
 
3. Wiston po raz pierwszy uświadomił sobie jej piękno. Nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy, iż ciało pięćdziesięcioletniej kobiety, stwardniałe i zgrubiałe od ustawicznej pracy, grudowate jak przejrzała rzepa, może być urodziwe. Ale dlaczego nie, pomyślał. Masywne, bezkształtne ciało podobne do bloku granitu, ze swoją szorstką, czerwonawą skórą, tak się ma do ciała młodej dziewczyny jak owoc dzikiej róży do jej kwiatu. Dlaczegóż owoc miałby być gorszy?
 
4. Nie potrafiłbym jednak napisać książki czy choćby dłuższego artykułu, gdyby nie było to zarazem doświadczenie estetyczne. Każdy, kto zada sobie trud przeanalizowania mojej twórczości, zauważy, że nawet gdy jest to jawna propaganda, zawiera ona wiele elementów, które zawodowy polityk uznałby za zbędne. Nie jestem w stanie, ani nie chcę, całkowicie porzucić światopoglądu nabytego w dzieciństwie. Tak długo, jak będę żył i starczy mi sił, będę nadal żywił stanowcze przekonania na temat stylu pisarskiego, miłował ziemię, po której stąpam, i czerpał przyjemność z solidnych przedmiotów oraz strzępków bezużytecznych informacji. Nie widzę sensu w tłumieniu tej części swojej własnej osobowości. Cała rzecz polega na pogodzeniu wpojonych mi sympatii i antypatii z publicznymi, nieindywidualnymi działaniami, które obecne czasy wszytkim nam narzuciły. 
____________
1. A Good Word for the Vicar of Bray George Orwell (26 kwietnia 1946 Tribune); Róże Orwella Rebecca Solnit, str 16
2. Dziennik wojenny George Orwell (wpis z 4 marca1941); tamże, str 254
3. Rok 1984 George Orwell; tamże, str 316
4. Dlaczego piszę George Orwell; tamże, str 43. Przez słowo propaganda Orwell rozumie tutaj popieranie jakieś sprawy. 

wtorek, 23 września 2025

Fragment "Mojego wieku" i wiersz Aleksandra Wata

Fragment Mojego wieku o pobycie Aleksandra Wata w więzieniu w Zamarstynowie (dzielnica Lwowa), po jego aresztowaniu przez NKWD w styczniu 1940 roku:
 
"Bardzo dużo się wtedy wspominało. Pamięć robi się niesłychanie wierna. Poza tym pamięć staje się mikroskopowa. Jakieś rzeczy, które pamiętałeś sumarycznie, w ogólnym zarysie, widzisz jak przez szkło powiększające, sceny, przeżycia, uczucia. Ja byłem, właściwie, przez długi czas więźniem jednej myśli, myśli o rodzinie, która wydawała mi się skazana nie tylko na zagładę, ale na całą brzydotę życia na zewnątrz więzienia. I to jeszcze dodatkowo mnie męczyło: pamiętałem wszystkie twarze, które wspominałem, natomiast do końca więzienia nie mogłem zupełnie sobie uprzytomnić twarzy Oli i Andrzeja. To mnie nieprawdopodobnie męczyło. Robiłem niesamowite wysiłki. Doszedłem do pewnych technik, prawie jogi w różnych ćwiczeniach. Ale to było dla mnie niemożliwe. Właściwie pamiętałem tylko oczy Oli, właśnie jak stała na brzegu trotuaru, kiedy mnie wsadzano do czarnej limuzyny. Ale to nie były oczy Oli, to były oczy w ogóle. Było dwoje oczu, w których było współczucie i jakieś pocieszenie, że właściwie wszystko mija, że to są rzeczy przemijalne. Tak odczuwałem to spojrzenie."  
 

 
***
Uroda rzeczy nad ziemska
Gdy pada na nie ostatnie spojrzenie: talerz
srebrny na machoniowym blacie 
skrawek chmur i nieba różowy, świrk
naszego ptaszka Maciusia
i twarz mojej żony. Jej oczy
na wieki wieczne amen.
 
 29 maja 1967 r.
 
___
Wiersze Aleksander Wat; Państwowy Instytut Wydawniczy 1983 r.
 

piątek, 4 kwietnia 2025

Historia o Wilhelminie

"Wydaje mi się, że na uwagę zasługuje szczególnie jedna z opowieści, o pewnej świętej, mnie osobiście nieznanej, która to historia bardzo zainteresowała obserwowaną Ralską. Gabalová mówiła, że ta święta, Wilhelmina założyła ich zakon, dziwne, bo zakon nazywa się Panny Błogosłąwionej Agnieszki, a ta założycielka niby Wilhelmina... W każdym razie historia brzmiała mniej więcej tak: Wspomniana Wilhelmina urodziła się w królewskiej rodzinie Przemyślidów i była siostrą bliźniaczką Agnieszki Przemyślidki, zwanej Czeszką. Podobno ich matka, królowa Konstancja, tuż przed rozwiązaniem miała sen, w którym Matka Boża powiedziała, że za jej pośrednictwem da życie dwom krzewom w jakiejś winnicy (winnicy Bożej - przyp. ref.), które to pewnego dnia wydadzą owoce ważne dla Kościoła. Ich ojciec, król Przemysław Ottokar, planował wprawdzie wydać je za mąż z korzyścią dla kraju, ale nim zdążył to zrobi, zmarł, więc obie córki mogły w pełni oddać się Bogu i zbudować swoje klasztory. Agnieszka postawiła ten, który do dziś stoi na prawym brzegu Wełtawy, i zaprosiła tam wyznawczynie jakiegoś Franciszka. Te zakonnice nazwały się klaryskami. A Wilhelmina wraz z matką założyła na Morawach, w lasach, za Brnem, klasztor dla sióstr cysterek. Jej klasztor został jednak napadnięty i zniszczony przez Tatarów, którzy plądrowali tamte tereny po bitwie pod Legnicą, a podczas napadu zgwałcili siostry zakonne, w tym Wilhelminę. Z powodu utraty godności, czystości czy czegoś podobnego Wilhelmina musiała wyjechać, niewiadomo dokąd. Dopiero po latach ujawniła się wraz ze swoich synem, w obcym kraju, konkretnie w Mediolanie, we Włoszech. Potem kupiła tam jakieś nieruchomości i zajęła się pomaganiem biednym, uzdrawiała i nauczała. Taka działalność w wykonaniu kobiety nie spodobała się tamtejszym feudałom, więc spalono ją na stosie jako heretyczkę, ją i wszystkich jej wyznawców, którzy nazywali się wilhelminici. 
 Zgromadzone w łaźni słuchaczki zainteresował w tej historii głównie fakt, że wspomniana Wilhelmina miała specyficzne poglądy na temat Trójcy Świętej i tego, jak powinien działać Kościół katolicki. Niestety, nie potrafię ich powtórzyć, jako że jestem ateistką i niewiele z nich zrozumiałam. Zapamiętałam jedynie przekonanie Gabalowej, że właśnie przez te poglądy po Wilhelminie zatarto wszelkie ślady. "


________
Cytat pochodzi z Bilej Vody Kateřiny Tučkovej
Święta Agnieszka Przemyślidka - notka z Wikipedii
Wilhelmina Blažena - Wikipedia: wpis polski i obszerniejsza wersja włoska 

wtorek, 25 marca 2025

25 marca - 120 rocznica urodzin Karola Olgierda Borchardta

"Po raz pierwszy święto Trzeciego Maja spotykam na żaglowcu. Bardzo jest przyjemnie leżeć całą godzinę dłużej i rozmyślać w hamaku, zamiast zrywać się i gonić do roboy. Myślami wracamy wszyscy dominionych obchodów tej uroczystości, które miały miejsce, gdy byliśmy jeszcze w szkołach.
Data ogłoszenia Konstytucji - trzeci maja, trzy stany w niej wymienione, podział na na trzy władze: prawodawczą, wykonawczą i sądową - wszystko to naprowadza myśl na liczbę TRZY. Tę liczbę- symbol czczono w Indiach, Egipcie i Rzymie. Stąd przecież rzymskie OMNE TRINUM PERFECTUM - wszystko, co potrójne, najlepsze.(...)

Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był przykład taki fragment przemówienia: "Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Germańcy, drugą - Awstryjcy, a trzecią - my!" Fragment innego brzmiał: "Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowy, a tereny jej zachwycone wojną". (...)

Nasz kapitan oraz starszy oficer "Lwowa" otrzymali podobne wykształcenie. (...) Przemówienie trzeciomajowe wygłosi chyba kapitan? Co powie ten człowiek, wychowany w obcej szkole, dla którego - w pewnym sensie - wszystko, co się tu dzieje, musi być dość jeszcze dalekie i obce? On miał za sobą długoletnią służbę w dużej flocie o wiekowej tradycji. My wszyscy uzyskaliśmy niedawno matury w polskiej szkole. Na morze, oprócz chęci przygód, przygnała nas również chęć odrobienie wiekowej krótkowzroczności narodu, któremu wystarczało "posiadanie tyle morza, iżby koń mógł się skąpać, a nie utonąć". Dla ogółu społeczeństwa byliśmy w dalszym ciągu wyłącznie poszukiwaczami przygód, w najlepszym wypadku - bezinteresownymi romantykami, którzy jeśli chcą tych podróży po morzach, to niech sobie sami na nie zapracują. Pogląd ten reprezentowali wtedy prawie wszyscy w Polsce, z wyjątkiem paru osób, których dziełem było stworzenie Szkoły Morskiej. (...)

- Czołem, uczniowie! - wita nas kapitan, stojąc przed nami na baczność i salutując.
- Czołem, panie kapitanie! - skandujemy.
Kapitan przechodzi teraz na prawą burtę i wita się z załogą stałą statku. Po chwili znów wraca na lewą burtę. Że zacznie przemówienie od słowa "znaczy"- nikt nie ma wątpliwości, że tych "znaczy" będzie więcej niż innych słów - też wiadomo. Ale co powie? (...)
Przyglądamy się kapitanowi z wielką uwagą. Widać, że jest niezadowolony z roli, jaka mu dzisiaj przypadła w udziale. Kapitan czerwienieje. Jego wydatna szczęka wysuwa się w ten sposób, jak gdyby miał nam udzielić surrowej nagany za wielkie przewinienia. Szczęka coraz groźniej przesuwa się do przodu. Nagana będzie silna i płomienna.
Kapitan zaciska zęby i mówi:
 - Znaczy, rozumiecie! Znaczy, praojcowie nasi konstytucję ułożyli! Znaczy, dzisiaj obchodzimy takie święto narodowe. Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie podwójne święto. Papież, znaczy Ojciec Święty, Matkę Boską krolową Korony Polskiej zrobił! Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie trzecie małe święto! Znaczy, wyście dołożyli swojej małej inteligencji i statek przygotowaliście do podróży... Znaczy, dzisiaj jest takie POTRÓJNE święto: Znaczy, praojcowie - konstytucję, papież Matkę Boską, a wy - statek! Znaczy, Rzeczpospolita Polska niech żyję!
 - Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!"
_________
Fragment opowiadania Omne trinum perfectum ze Znaczy kapitan, Karol Olgierd Borchardt; Wydawnictwo Morskie 



  
 

poniedziałek, 13 maja 2024

"Najkrótsza powieść o Odyseuszu po powrocie do domu" Georgi Gospodinow

"Coraz częściej wracam do Odysei. Zawsze czytaliśmy ją jak książkę przygodową. Z czasem rozumiemy, że jest też książką o poszukiwaniu ojca. I, rzecz jasna, książka o powrocie do przeszłości. Itaka to przeszłość. Penelopa to przeszłość i dom, który opuściłeś, to przeszłość. Wiatrem, który dmie w żagle Odyseusza, jest nostalgia. Przeszłość nijak nie jest abstrakcyjna, zrobiona jest z bardzo konkretnych, małych rzeczy. Gdy po siedmiu latach szczęśliwego życia z nimfą Kalipso ona proponuje mu nieśmiertelność, jeśli z nią zostanie na zawsze, Odyseusz mimo wszystko odmawia. Zastawiałem się, co ja bym zrobił, no, dalej, niech każdy z nas będzie szczery i powie, co by zrobił z taką propozycją. Na jednej szali masz nieśmiertelność, wiecznie młodą kobietę, wszystkie radości świata, a drugiej - powrót tam, gdzie nie wiadomo, czy cię pamiętają, nadchodzącą starość, otoczony przez rozbójników dom i starzejącą się żonę. Którą szalę wybierzesz? Odyseusz wybiera tę drugą. Z powodu Penelopy i Telemacha, tak, ale też z powodu czegoś drobnego, co nazywa dymem z komina, z powodu wspomnienia o dymie, który unosi się z komina domu rodzinnego. Chce raz jeszcze zobaczyć ten dom (albo umrzeć w domu, by roznieść się jak dym z komina). Cały smutek tego powrotu skoncentrowany jest w tym szczególe. Ani ciało Kalipso, ani nieśmiertelność nie ważą więcej niż dym z komina. Dym, który nic nie waży, przechyla szalę. Odyseusz wyrusza w drogę powrotną. (...)
 
Wiele bym dał, żeby się dowiedzieć, jak potoczyła się historia Odyseusza - miesiąc po jego powrocie i parę lat później, kiedy euforia po przyjeździe do domu minęła, a ukochany pies, jedyne żywe stworzenie, które od razu go rozpoznało, bez konieczności dawania dowodów (bezwarunkowa miłość i pamięć), umarł. Czy Odyseusz zaczął żałować piersi Kalipso, nocy na tamtej wyspie, wszystkich tamtych cudowności i przygód w trakcie długiej drogi? Wyobrażam go sobie jak wstaje późno porą z małżeńskiego łoża, które niegdyś sam wykuł, wychodzi ukradkiem, żeby nie zbudzić Penelopy, siada na progu domu i wszystko sobie przypomina. Cała dwudziestoletnia podróż zamieniła się w przeszłość i księżyc tej przeszłości coraz silniej go przyciąga, jak w czasie przypływu. Przypływ przeszłości. 
 
Najkrótsza powieść o Odyseuszu po powrocie do domu
 
Pewnej nocy, postarzały i pomarszczony po tym, jak zaczął zapominać, opuszcza potajemnie swój dom, ma już wszystkiego dość, i rusza z powrotem, by zobaczyć po raz ostatni miejsca, kobiety i potwory, które napotykał. By przywrócić na nowo swej opustoszałej pamięci to, jak było i kim on był. Ponieważ, o ironio, na starość zaczął się zamieniać w owego Nikogo, którego imieniem posłużył się niegdyś sprytnie przed cyklopem. 
Telemach odnajduje go wieczorem, leżącego przy łodzi, sto metrów od domu, niepamiętającego, co tam robi ani dokąd zmierzał.
Przyprowadza go do jakiegoś domu, do jakiejś kobiety, której już nie pamięta."
______
 Schron przeciwczasowy Georgi Gospodinow; Wydawnictwo Literackie 2022
Opinia o całej książce tutaj.

wtorek, 23 kwietnia 2024

23 kwietnia - Światowy Dzień Książki

O czytaniu
 
"Czytać należy intensywnie. Czasami powinieneś czytać z intensywnością większą od tej, z jaką pisano tekst, który czytasz. Czytać należy gorliwie, z pasją, z uwagą i bezlitośnie. Autor może paplać, lecz ty czytaj rozumnie; każde słowo, jedno po drugim tam i z powrotem, wsłuchując się w książkę, wypatrując śladów, które prowadzą w gąszcz, uważając na tajemnicze sygnały, które sam autor mógł przeoczyć, gdy kroczył naprzód w puszczy swojego dzieła. Nigdy nie należy czytać lekceważąco, od niechcenia, jak ktoś, kogo zaproszono na królewską ucztę, a on tylko dłubie końcem widelca w potrawach. Czytać trzeba elegancko, wielkodusznie. Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny. Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar. Pomyśl: tylko człowiek umie czytać." 
 
 
____
Księga ziół Sándor Márai; przełożył Feliks Netz
Czytelnik Warszawa 2003

sobota, 16 grudnia 2023

16 grudnia - 248 rocznica urodzin Jane Austen


 
  W marcu 1826 roku Walter Scott pisał w swoim dzienniku: "Czytałem również, i to po raz trzeci, pięknie napisaną powieść Dumę i uprzedzenie. Ta młoda dama ma niezwykły talent opisywania pospolitych czynności, postaci i uczuć w najcudowniejszy sposób, w jakim dane mi było kiedykolwiek się zetknąć. Rozmaite brewerie to ja opisać potrafię, ale niedostępna mi owa niezwykła umiejętność, która sprawia, że zwykłe, powszednie zdarzenia i postacie budzą ciekawość dzięki prawdziwości opisu i uczuć. Jaka szkoda, że tak utalentowana osoba zmarła tak wcześnie". (...)
 
  Z listów i zachowanych wspomnień rodzinnych wychyla się najpierw twarz młodej dziewczyny, szczęśliwej i pogodnej, obdarzonej inteligencją i poczuciem humoru niewątpliwie ponad stan, ale zdolnej znaleźć wyraz dla swoich kipiących talentów. Ta dziewczyna pisze trzy pierwsze powieści. Potem następuje przerwa i możemy zobaczyć twarz kobiety świadomej tego, co potrafi, artystki, która się spieszy. Trzy następne powieści dźwigają już większy ciężar świadomych artystycznych założeń i przyjętych rygorów. Przez te dwadzieścia kilka twórczych lat prowadził ją rozsądek, dowcip i łącząca jedno z drugim nieprzeparta potrzeba pisania. (...)
 
  Czy była dobrym człowiekiem? Może to niestosowne pytanie, a jednak spróbujmy je postawić. Miała talent i spożytkowała go należycie. Spożytkowała, a nie wykorzystała. Była początkującą pisarką, ale odmówiła podjęcie dworskiego tematu, chociaż mogłoby to jej przynieść poparcie najbardziej wpływowego środowiska, poparcie, a z nim - pieniądze, których bardzo potrzebowała. Odmówiła, ponieważ temat jej nie interesował. Była młodą i bezposażną kobietą, bez widoków na przyszłość, ale odmówiła ręki zamożnemu mężczyźnie, bo go nie kochała. Możemy więc powiedzieć z przekonaniem, że miała zasady. (...)
 
  Opisywała najbardziej słoneczny okres w życiu swoich bohaterek, budzącej się i dojrzewającej miłości. Ale dobrze wiedziała, że potem będzie trudniej. Miała oczy szeroko otwarte i nie pozostawiała czytelnikowi wątpliwości co do tego, jak może być dalej. (...) z wyjątkiem państwa Musgrove i admirała Crofta, nie znajdujemy w jej powieściach szczęśliwych małżeństw. Pod obowiązującą poprawnością formy kryje się czy to wzajemny brak szacunku, jak w małżeństwie państwa Bennet, czy to sztywna formalność Bertramów, fałszywa układność państwa Dashwood. Małżeństwo nie jest udaną instytucją, zdaje się mówić Jane Austen, a jednak małżeństwem kończy każdą opowieść, tyle że małżeństwem, jakie zawiera równą miarę uczucia co rozsądku, ponieważ tylko takie ma szanse na szczęście.
  Sama takiego rozwiązania nie wybrała. Pozostała samotną, czujną obserwatorką, nie zawsze pewną siebie, ale nawet własną niepewność umiała wykorzystać w sztuce.
___________
Jane Austen i jej racjonalne romanse Anna Przedpełska-Trzeciakowska, WAB Warszawa 2014

sobota, 4 listopada 2023

"Znowu listopad..."

 

 "Znowu listopad. (...) 
 Nasiona jaworu uderzają o szybę na wietrze jak... nie, jak nic innego, jak nasiona jaworu uderzające o szybę.
 Ostatnie noce były wietrzne. Liście przyklejają się do wilgotnej ziemi. Te na chodniku są żółte i gniją, las w rozproszeniu. Jeden przywarł tak mocno, że gdy w końcu się odkleja, pozostawiony po nim kształt, cień liścia, przetrwa na chodniku do wiosny.
 W ogrodzie rdzewieją meble. Zapomnieli je schować na zimę.
 Drzewa odsłaniają swoją strukturę.
 Nozdrza wychwytują w powietrzu dymną nutę. Duszę wyszły z ukrycia i grasują. Są jednak róże, jeszcze są róże. W tej wilgoci i chłodzie, na krzewie, który wygląda na uschnięty, rozwinięta róża, jeszcze.
 Spójrz na jej kolor."
 
__________
Jesień Ali Smith WAB 2020 

poniedziałek, 3 lipca 2023

3 lipca - 140 rocznica urodzin Franza Kafki


Nocą
 
"Pogrążony w nocy. Podobnie jak się czasem pochyla głowę, aby rozmyślać, tak pogrążyć się całkiem w nocy. Dookoła ludzie śpią. Małe widowisko, niewinne okłamywanie samego siebie, że śpią w domach, w solidnych łózkach, pod solidnym dachem, wyciągnięci lub skuleni na materacach, na prześcieradłach, pod kołdrami, w rzeczywistości odnaleźli się jak kiedyś i jak potem w pustynnej okolicy - obozowisko na wolnym powietrzu, nieprzejrzana liczba ludzi, wojsko, naród, pod zimnym niebem na zimnej przestrzeni, powaleni tam, gdzie przedtem stali, z czołami wspartymi o ramiona, z twarzami zwróconymi ku ziemi, spokojnie oddychając. A ty czuwasz, jesteś jednym ze strażników, dostrzegasz następnego, wymachując głownią wydobytą ze stosu chrustu obok ciebie. Dlaczego czuwasz? Ktoś musi czuwać. Ktoś tu musi być."
____________
Przełożył Roman Karst
Opowieści i przypowieści Franz Kafka
Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 2016
 

środa, 21 czerwca 2023

21 czerwca - rocznica urodzin Andrzeja Sapkowskiego

 "Rybek jest za mało nie najemy się nimi. Proponuję ugotować z nich zupę. 
- Zupa z ryb? 
- Jasne. Mamy kupę tego drobiazgu, mamy sól - Jaskier ilustrował wyliczanie odginaniem kolejnych palców. - Zdobyliśmy cebulę, marchew, pietruszkę, seler z nacią. I kocioł. Po zsumowaniu otrzymujemy zupę. 
- Zdałoby się trochę przypraw.
- Och - uśmiechnął się Regis, sięgając do torby. - Z tym problemu nie będzie. Bazylia, piment, pieprz, liść laurowy, szałwia...
- Dość, dość - powstrzymał go Jaskier - Wystarczy, mandagory w zupie nam nie potrzeba. Dobra, do roboty. Oczyść rybki, Milva.
- Sam je czyść! Patrzajta ich! Myślą, że jak mają niewiastę w kompanii, to im będzie w kuchni harować! Przyniosę wody i ogień rozniecę. A z tymi piskorzami sami się paprzcie.
- To nie są piskorze - powiedział Regis. - To są klenie, płotki, jazgarze i podleszczyki. 
- Ha - nie wytrzymał Jaskier. - Znasz się na rybach, jak widzę.
- Na wielu rzeczach się znam - przyznał Regis beznamiętnie, bez dumy w głowie. - Uczyłem się tego i owego. 
- Jeśliś taki uczony - Milva jeszcze raz dmuchnęła w ogień, po czym wstała - to uczenie wypatrosz te rybięta. Ja po wodę pójdę.
- Dasz radę przynieść pełny kocioł? Geralt pomóż jej!
- Dam radę - parsknęła Milva. - A jego pomocy nie trza mi. On ma własne osobiste sprawy, nie lza mu przeszkadzać!
Geralt odwrócił głowę, udając, że nie słyszy. Jaskier i Regis sprawnie czyścili rybi drobiazg.
_ Chuda będzie ta zupa - stwierdził Jaskier, wieszając kocioł nad ogniem. - Zdałaby się cholera, jakaś większa rybka.
- Ta może być? - z wikliny nagle wyłonił się Cahir, niosąc za kark trzyfuntowego szczupaka, wciąż jeszcze prężącego ogon i poruszającego oskrzelami. 
- Oho! Ależ krasawiec! Skąd go wytrzasnąłeś, Nilfgaardczyku?
- Nie jestem Nilfgaardczykiem. Pochodzę z Vicovaro, a nazywam się Cahir...
- Dobrze, dobrze, już słyszeliśmy. Skąd masz szczukę pytałem?
- Zmajstrowałem żerlicę. Jako przynęty użyłem żaby.Zarzuciłem w jamę pod brzegiem. Szczupak wziął z miejsca. 
- Sami specjaliści - pokręcił obandażowaną głową Jaskier. - Szkoda, że nie zaproponowałem befsztyków, pewnie zaraz przynieśliby krowę. No, ale bierzemy się za to, co mamy. Regis, wszystkie małe rybki wal w kocioł, z głowami i ogonami. Szczukę zaś trzeba ładnie sprawić. Umiesz, Nilf... Cahir?
- Umiem. 
- Do dzieła zatem. Geralt, do jasnej cholery, długo masz zamiar tam siedzieć z obrażoną miną? Warzywa obierz!
Wiedźmin wstał posłusznie, dosiadł się, ale demonstracyjnie daleko od Cahira. Zanim jeszcze zdążył poskarżyć się, że nie ma noża, Nilfgaardczyk - czy też Vicovarczyk - podał mu swój, dobywając drugi z cholewy. Przyjął, wyburczawszy podziękowanie. Wspólna praca szła składnie. Pełen rybiej drobnicy i warzyw kocioł wkrótce zabulgotał i zapienił się. Regis zręcznie zebrał pianę wystruganą przez Milvę łyżką. Gdy Cahir sprawił i podzielił szczupaka, Jasier wrzucił do kotła ogon, płetwy, kręgosłup i zębaty łeb drapieżnika, zamieszał.
- Mniam, mniam, ależ pachnie. Gdy się to wszystko wygotuje, odcedzimy śmieci. 
- Przez onucę chyba - wykrzywiła się Milva, strugając kolejną łyżkę. - Jakże cedzić, gdy przetaka nie mamy?
- Ależ, droga Milvo - uśmiechnął się Regis. - Tak nie można! To, czego nie mamy, z łatwością zastąpimy tym, co mamy. To wyłącznie kwestia inicjatywy i myślenia pozytywnego.
- Idź do biesa z twym uczonym gadaniem.
- Przecedzimy przez moją kolczugę - powiedział Cahir. - Co tam, potem się ją wypłucze. 
- Przedtem też się ją wypłucze - oświadczyła Milva. - Inaczej ja tej zupy jeść nie będę."


"Odskocznie to rzecz cenna i potrzebna. Gdy tylko mogę jadę na ryby - zaznaczam przy tym, że łowię wyłącznie na sztuczną muszkę i uprawiam C&R, catch and release, czyli nigdy złowionych ryb nie zabijam. A na co dzień mam kuchnię. Lubię i umiem gotować, gotowanie to dla mnie świetna rozrywka, odpoczynek i odprężenie. Ugotować umiem absolutnie wszystko, ale moją specjalność to ryby, owoce morza i wszelkiego rodzaju zupy. Gotuję praktycznie codziennie, każdego dnia. Chyba, że ugotuję dużo, duży gar, wtedy mam parę dni wolnego."
____
Cytaty z książek: Chrzest ognia Andrzej Sapkowski i Jak oni pracują Agaty Napiórkowskiej (tytuł wywiadu z Andrzejem Sapkowskim: Jak w normalnej pracy)

wtorek, 28 marca 2023

List: Wisława Szymborska do Stanisława Barańczaka

 
                                                                                                                                       
Kochany Staszku!

Gdybym była tzw. "młodą poetką", Twoje pochwały przewróciłyby mi w głowie i byłby ze mną koniec. Na szczęście moje realia metrykalne są inne i dzięki nim utrzymuję się w jakiej takiej formie.
Ale do rzeczy! Mamy wyrzuty sumienia, że poświęcasz tyle SWOJEGO twórczego czasu na przekłady. Bo przecież wiem, jak wspaniale je robisz i ile to wymaga główkowania. Naturalnie - masz całkowicie wolną rękę w pertraktacjach z wydawcami itp. A tym, że forsy za to nie będzie (dla mnie - zgoda, ale czy także dla Ciebie?) nie przejmuj się zupełnie. Mogę zawsze sobie dorobić jakimś rozbojem na rozstajnych drogach (Tereska W. na wabia, a ja w odpowiedniej chwili wyskakuję z krzaków z siekierą).
Do tego liściku dołączam karteczkę dla Clare, a także - Boże, zmiłuj się - wierszyk. Nigdy niczego nikomu nie narzucam, ale w tym wypadku pomyślałam sobie, że może dla Amerykanów będzie interesujący, bo dotyczy wytworu ich kultury - moim zdaniem jednego z największych w XX wieku. Ale zastrzegam, może się ten wierszyk albo nie podobać, albo nie pasować, albo bo ja wiem co. Masz przecież absolutnie wolną rękę w wybieraniu wierszy i dysponowania nimi. Więc żadnego żalu, gdyby coś nie wyszło, mieć nie będę, pamiętaj o tym. 
Aniu, Staszku, bardzo mocno ściskam Was Oboje. Zdrowia Wam życzę najlepszego (bo zmartwiłeś mnie pisząc, że jesteś "trochę" niezdrów). Pewnie na Święta wyjedziecie odpocząć w jakieś piękne okolice. W każdym razie tak powinniście postąpić.
Do zobaczenia w roku 1993!
Wasza Wisława
_______
 Inne pozytywne uczucia też wchodzą w grę. Korespondencja 1972 - 2011 Stanisław Barańczak, Wisława Szymborska; Wydawnictwo a5 2019
List datowany na 24.11.92r. Wierszyk wspomniany wyżej to Komedyjki z tomu Koniec i początek; Wydawnictwo a5 Poznań 1993

sobota, 25 marca 2023

25 marca - rocznica urodzin Wiesława Myśliwskiego

 

"Wyznania z natury rzeczy nie są sprawą łatwą. Ale wyznanie pisarskie jest chyba najbardziej podatne na konwencjonalność, na okazjonalność, na koniunkturalność, ponieważ tak zwana świadomość literacka podlega presji zbyt wielu okoliczności, i to zarówno zewnętrznych, społecznych, jak i wewnętrznych, emocjonalnych i intelektualnych. Toteż ilekroć staję przed faktem zmuszającym mnie do określenia relacji między moją twórczością o mną, do samointerpretacji tego, co piszę, dlaczego piszę, z jakiego źródła bije moje pisarstwo, nachodzi mnie obawa, czy to, co powiem, będzie prawdą, półprawdą czy całkowitą mistyfikacją owej świadomości. 
  Nie wiem bowiem, jaka jest prawda we mnie. Gdybym to wiedział, nie uprawiałbym literatury. Gdybym to wiedział, musiałbym wówczas siebie zaakceptować lub odrzucić, a wyrosła z takich przekonań literatura byłaby albo ciągłym utwierdzaniem się w samozadowoleniu, albo ciągłym samounicestwieniem. Tym samym pozbawiona by została swojego naturalnego powołania, jakim jest ustawiczne poszukiwanie. Czy więc byłaby jeszcze literaturą? Literatura jest przecież nie tylko poszukiwaniem prawdy o świecie, jest także, a może przede wszystkim, poszukiwaniem prawdy o sobie samym, pragnieniem dotarcia do siebie poprzez pisanie o innych, a tym samym odnalezienia siebie wśród innych. W nie zrutynizowanym akcie twórczym nie ma takiej kolejności, że coś najpierw wiem i dopiero o tym piszę. Piszę, bo nie wiem. Literatura nie jest więc dla mnie ilustracją tego, co wiem, jest ledwo tlącą się o wieczorze naftową lampą w dawnej chłopskiej izbie, prowadzącą mnie po mrokach mojej niewiedzy, mojego nieodczuwania, i nieprzeczuwania. Każde słowo jest wydarciem z siebie cząstki tajemnicy, każde zdanie poszerzeniem granic swojej wyobraźni, swojej wrażliwości. Toteż moje książki wiedzą więcej o mnie niż ja sam i wiedzą prawdziwiej."
_______
W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy. Wiesław Myśliwski Wydawnictwo Znak Kraków 2022
Zdjęcie z 2006 roku. Autorem zdjęcia jest Mariusz Kubik. 

piątek, 17 lutego 2023

Charles Bukowski o kotach


 
"W kocie nie mieszkają żadne duchy ani bóstwa, nie szukaj ich (...). Kot jest obrazem wiekuistej maszynerii, tak jak morze. Nie głaszcze się morza za to, że takie piękne, ale kota można - dlaczego? - TYLKO DLATEGO, ŻE NA TO POZWALA.

 
Zezowaty kot bez ogona przyszedł pod drzwi,więc go wpuściliśmy. Stare różowe ślepia. To dopiero facet. Zwierzęta budzą natchnienie. Nie potrafią kłamać Są jak siły przyrody. Od telewizji w pięć minut jestem chory, a na zwierzę mogę patrzeć godzinami, widząc w nim tylko grację i chwałę - życie, jakie powinno być. 
 
Dobrze mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Wiedzą to, i już. To wybawcy. Im więcej człowiek ma kotów, tym dłużej żyje. Jeśli masz ich sto, pożyjesz dziesięć razy dłużej, niż gdybyś miał dziesięć. 

 
Macie kota? Albo koty? Rany, jak one śpią! Potrafią przespać 20 godzin na dobę i wyglądają pięknie. Wiedzą, że nie ma czym się podniecać. Obchodzi je tylko następny posiłek. I żeby czasem zabić jakieś maleństwo. Kiedy targają mną moce, wystarczy, że przyjrzę się jednemu z moich kotów albo kilku naraz. Jest ich 9. Jeden rzut oka na któregoś z nich pogrążonego we śnie czy choćby w półśnie, i zaraz się odprężam. Pisanie to też mój kot. Pozwala mi wszystkiemu sprostać. Przynajmniej na trochę. Potem robi mi się zwarcie i muszę zaczynać od początku."
__________
Cytaty z książki: O kotach Charles Bukowski
Ilustracje Józef Wilkoń; Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia Agata Napiórkowska
 

niedziela, 12 lutego 2023

12 lutego - rocznica urodzin Józefa Wilkonia

"Pierwsza książka wzięła się z uderzenia pędzla. Interesował mnie ruch zwierzęcia, jego dynamika - chciałem, by powstała z ruchu pędzla. Coś na kształt sztuki japońskich mistrzów. Chodzi o kunszt, ten szybki, błyskawiczny, wypracowany w warsztacie gest. Podoba mi się, jak mokry papier przyjmuje farby. Interesuje mnie wykorzystanie mechanicznej dynamiki samej materii. Zacząłem się tym bawić w latach sześćdziesiątych. Farba  w wodzie rozprzestrzenia się w sposób sobie właściwy, tworząc piękne rzeczy. Jest to oczywiście przypadek. A przypadek to dla mnie rzecz szalenie istotna. Chodzi o kult plamy - taszyzm, tę wspaniałą dynamikę rzucania plamy - kształt jest w dużej mierze dziełem przypadku, który artysta kontroluje tak, jak chce. To jest podniecające - fakt, że to się przejmuje, że jest to własne, ale jednak przypadkowe.

Rzeźbą zająłem się późno, w ogóle nigdy się na to nie zanosiło. To, jak i wiele rzeczy w życiu, zawdzięczam roli przypadku. (...) odwiedzili mnie przyjaciele z Niemiec z dziećmi. Aby zająć czymś maluchy zaczęliśmy się bawić w rzeźbienie. Wykonane rzeźby powiesiłem na murze. Po paru latach, gdy wracałem do domu, spojrzałem na nie i naszła mnie myśl, że przecież to może być sposób ilustrowania. Najpierw wziąłem się do prostych rzeczy: ryb i ptaków, myśląc, że z tych rzeźb zrobię książkę - sfotografuje je i ugraficznię. (...) Nazwałem to ilustracją przestrzenną. Ucieszyło mnie to i nabrałem apetytu - zacząłem robić duże formy, ilustracje przestrzenne. (...) A że nie umiem dodawać i lepić,to odejmuję i łączę. Pomaga mi sama natura, która ma już w surowcu elementy wypracowane przez wiatr czy wodę. Oczywiście mam na myśli drewno. Piła czy siekiera pozwalają mi błyskawicznie odjąć od bryły wszystko,co jest zbędne.


Praca jest najpoważniejszą sprawą w życiu, daje zadowolenie. Bardzo wysoko ją sobie cenię. Jest dla mnie szczęściem i motorem. Staliśmy się ludźmi twórczymi, kiedy zaczęliśmy pracować. Osoby, które stykają się ze starością, mówią mi, że jestem szczęściarzem, bo dzięki pracy mam powód, żeby żyć."


_______
Cytaty z książki Jak oni pracują Agaty Napiórkowskiej
Ilustracje z wywiadu-rzeki Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia przeprowadzonego przez Agatę Napiórkowską 


niedziela, 10 lipca 2022

10 lipca - rocznica urodzin Marcela Prousta

(...) kiedy pewnego zimowego dnia wróciłem do domu i matka, widząc, że zmarzłem, zaproponowała, żebym wypił, wbrew swoim zwyczajom, trochę herbaty. Z początku odmówiłem, lecz potem, nie wiedzieć czemu, zmieniłem zdanie. Matka posłała po niewielkie i pulchne ciastka, zwane magdalenkami, które wyglądają jak odciśnięte w prążkowanych muszlach Świętego Jakuba. I niebawem, przytłoczony ponurym dniem i perspektywą smutnego jutra, machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę, z rozmoczonym w herbacie kawałkiem magdalenki. Lecz w tejże chwili, gdy łyk płynu zmieszanego z okruchami ciastka dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując nagle, że dzieje się ze mną coś nadzwyczajnego. Zalała mnie fala rozkosznej błogości, oddzielona od reszty świata, nieświadoma swojej przyczyny. I natychmiast wszelkie dolegliwości życia mi zobojętniały, nie dotykały mnie klęski, jakie ze sobą niosło, jego nietrwałość stała się złudzeniem; tak samo działa miłość, wypełniając wnętrze bezcenną esencją, albo raczej tej esencji nie było we mnie, ona była mną. Przestałem czuć się byle jaki, przypadkowy, śmiertelny. Skąd do mnie przyszła ta potężna radość? Czułem, że miała ona jakiś związek ze smakiem herbaty i ciastka, lecz zarazem była czymś nieskończenie więcej, nie mogła mieć tej samej natury. Skąd się wzięła? Co oznaczała? Gdzie ją schwytać? Piję następny łyk, lecz nie znajduję w nim nic więcej niż w pierwszym, piję trzeci, który daje mi mniej niż drugi. Koniec z tym, moc napoju zdaje się słabnąć. To jasne, że prawda, której szukam ukrywa się nie w nim, lecz we mnie. On ją tylko obudził, lecz sam jej nie zna, może jedynie powtarzać w nieskończoność, coraz słabiej, to samo zeznanie, którego nie potrafię zinterpretować, toteż chciałbym, aby mi było dane znów je u niego wyprosić i odnaleźć jak najrychlej nienaruszone, do mojej dyspozycji, do ostatecznego wyjaśnienia sprawy. Odstawiam filiżankę i zwracam się ku własnemu umysłowi. To on musi odnaleźć prawdę. Ale jak? Poważna to rozterka, ilekroć umysł czuje, że sam siebie przekracza, bo przecież on badacz, jest zarazem ową krainą tajemną, którą musi zgłębić, zapuszczając się tam, gdzie cały jego ekwipunek zda mu się na nic. Zgłębić? To nie wystarczy - tworzyć! O to stoi wobec czegoś, czego jeszcze nie ma i co on może tylko powołać do życia, by potem ogarnąć to swoim światłem.

______
W poszukiwaniu utraconego czasu. W stronę Swanna Marcel Proust
Przełożyła Krystyna Rodowska Wydawnictwo Officyna Łódź 2018

czwartek, 28 kwietnia 2022

28 kwietnia - rocznica urodzin Terry'ego Pratchetta

10 ulubionych cytatów:


1.
JAK SIĘ NAZYWA TO UCZUCIE W GŁOWIE, UCZUCIE TĘSKNEGO ŻALU, ŻE RZECZY SĄ TAKIE, JAKIE NAJWYRAŹNIEJ SĄ?
- Chyba smutek, panie. A teraz...
JESTEM ZASMUTKOWANY  
 (Mort)
 
2.
Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. 
(Czarodzicielstwo)
 
 3.
 Wewnątrz każdego starego człowieka tkwi młody człowiek i dziwi się, co się stało.
(Ruchome obrazki)
 
4.
Bibliotekarz był oczywiście wielkim entuzjastą czytelnictwa jako takiego, ale sami czytelnicy działali mu na nerwy. Było coś… bluźnierczego w tym, jak stale zdejmowali książki z półek i odczytywaniem zużywali słowa. Lubił tych, którzy książki kochają i szanują, a najlepszą metodą wyrażania tych uczuć - zdaniem bibliotekarza – było – pozostawienie ich na półkach, w miejscu przeznaczonym im przez Naturę.
(Zbrojni)
 
 5. 
Kłopot jednak polegał na tym, że człowiek powinien mieć kogoś obok siebie, żeby mu demonstrować, jaki to jest niezależny i samodzielny. Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.
(Maskarada)
 

6. 
TAK MYŚLISZ? WEŹ ZATEM WSZECHŚWIAT I ROZGNIEĆ GO NA NAJDROBNIEJSZY PYŁ, PRZESIEJ PRZEZ NAJDROBNIEJSZE SITO, A POTEM POKAŻ MI CHOCIAŻ JEDEN ATOM SPRAWIEDLIWOŚCI, JEDNĄ MOLEKUŁĘ MIŁOSIERDZIA. A JEDNAK... Śmierć machnął ręka. A JEDNAK DZIAŁACIE, JAK GDYBY ISTNIAŁ JAKIŚ IDEALNY PORZĄDEK ŚWIATA, JAK GDYBY BYŁA WE WSZECHŚWIECIE JAKAŚ... JAKAŚ SŁUSZNOŚĆ, WEDŁUG KTÓREJ MOŻNA GO OCENIAĆ. 
(Wiedźmikołaj)
 
7. 
Na świecie istnieją podobno dwa rodzaje ludzi. Jedni kiedy dostają szklankę dokładnie w połowie napełnioną mówią: 'Ta szklanka jest w połowie pełna'. Ci drudzy mówią: 'Ta szklanka jest w połowie pusta'. Jednakże świat należy do tych, którzy patrzą na szklankę i mówią: 'Co jest z tą szklanką? Przepraszam bardzo... No przepraszam... To ma być moja szklanka? Nie wydaje mi się. Moja szklanka była pełna. I większa od tej!'. A na drugim końcu baru świat pełen jest innego rodzaju osób, które mają szklanki pęknięte albo szklanki przewrócone (zwykle przez kogoś z tych, którzy żądali większych szklanek), albo całkiem nie mają szklanek, bo stały z tyłu i barman ich nie zauważył. 
(Prawda)
 
8. 
Znał zatroskanych obywateli. Gdziekolwiek się pojawiali, zawsze mówili tym samym prywatnym językiem, w którym „tradycyjne wartości” oznaczały „powiesić kogoś”. 
(Prawda)
 
9. 
Czekoladka, której człowiek nie miał ochoty zjeść, nie liczy się jako czekoladka. To odkrycie pochodzi z tej samej dziedziny fizyki kulinarnej co ta, która wykazała, że jedzenie skonsumowane nie przy stole nie zawiera żadnych kalorii.
(Złodziej czasu)

10. 
Ludzi po stronie ludu i tak zawsze w końcu czekało rozczarowanie. Odkryli, że lud na ogół nie przejawia wdzięczności, nie docenia, nie jest postępowy ani posłuszny. Lud okazywał się zwykłe małostkowy, konserwatywny, niezbyt mądry, a nawet nieufny wobec mądrości. I tak dzieci rewolucji stawały przed prastarym problemem: nie chodzi o to, że rząd jest niewłaściwy, bo to oczywiste, ale że ma się do czynienia z niewłaściwym ludem. 
(Straż Nocna)