Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 30 dni z książką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 30 dni z książką. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 listopada 2014

Książki wszech czasów

Dzień dwudziesty dziewiąty i trzydziesty  - książka znienawidzona przez wszystkich a lubiana przez ciebie, ulubiona książka wszech czasów i podsumowanie wyzwania.

Utworu znienawidzonego przez wszystkich a lubianego przeze mnie nie potrafię wskazać. Nielubiane, przeważnie szkolne, lektury (będę się upierać, że słowo nienawiść w kontekście książki jest nieadekwatne), mają też duże grono zwolenników, więc takiej książki moim zdaniem po prostu nie ma.

Punkt trzydziesty wyzwania jest ostatni. Pora zatem na podsumowanie.W miarę sprawnie odpowiedziałam na przeważającą większość pytań. Wpisy pojawiały się prawie codziennie. Nie radziłam sobie natomiast z wymienianiem jednej książki. Z dzisiejszym pytaniem o książkę wszech czasów też się nie uporam, z tego powodu nie będzie jednej, tylko dziesięć ulubionych książek  wszech czasów, czyli kolejna lista. Zostały na niej pominięte te odkryte ostatnio oraz pozycje dla dzieci, o których już trochę napisałam tu i tu. Skreśliłam też wcześniej omówione powieści, takie jak: Chłopi Reymonta, Srebrne orły Parnickiego, Pałac lodowy Vesaasa; książki wielokrotnie czytane, cykle, adaptacje filmowe. Z pozostałych po długich wahaniach wybrałam dziesięć, z tym, że dziesiątka ta za miesiąc wyglądałaby na pewno inaczej. Kolejność na liście przypadkowa:
Zabić drozda Harper Lee
Kubuś Fatalista i jego pan Diderota
Bolesław Chrobry Gołubiewa
Mistrz i Małgorzata Bułhakowa
Nędznicy Hugo
Solaris Lema
Żart Kundery
Egipcjanin Sinuhe Waltari
Franny i Zooey Salingera
Mainzer Fastnacht

środa, 12 listopada 2014

Ładne tytuły

Dzień dwudziesty ósmy - ulubiony tytuł


Nie przywiązuję wielkiej wagi do tytułów książek, ale kilka z nich bardzo lubię. Podobają mi się: 
Tytuły sympatyczne i zabawne, które zazwyczaj są tytułami bardzo fajnych książek i bywają długie, na przykład:
 Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek (książka promieniejąca optymizmem),
Moja rodzina i inne zwierzęta,
Nostradamus zjadł mi chomika (nie czytałam tego),
Wszystkie stworzenia duże i małe i poszczególne książki z serii: Nie budźcie zmęczonego weterynarza, To nie powinno się zdarzyć,
książka dla dzieci: Księga straszliwej niegrzeczności - napisał Wilczuś z wielkiej złości.
Tytuły pięknie brzmiące, czasami będące cytatem: 
 A lasy wiecznie śpiewają (czyż może być lepszy tytuł dla skandynawskiej sagi),
Siódma minęła, ósma przemija: przygody najwcześniejszych odkryć,
Jakiś potwór tu nadchodzi,
 Lot nad kukułczym gniazdem,
 Nieznośna lekkość bytu,
 Pejzaż w kolorze sepii,
 Serce to samotny myśliwy,
 Opowieść o miłości i mroku. Powieść autobiograficzna,
 Serce tak białe,
 W północ się odzieję.
Autorem, który jest mistrzem pięknych tytułów jest Italo Calvino:
Zamek krzyżujących się losów,
Rycerz Nieistniejący,
 Opowieści kosmikomiczne, 
 Baron drzewołaz,
 Jeśli zimową nocą podróżny.
W tej ostatniej tytuł jest przynętą w pułapce, w którą wpada czytelnik, bowiem ten utwór jest wyrafinowaną czytelniczą torturą. Nie zawsze lubię tak być zwodzona i dlatego preferuję też proste rozwiązania, takie jak:
Tytuły składające się z imienia i nazwiska bohatera(ów), samego imienia, tytułu zawodowego, narodowości lub kombinacji powyższych składników. Wydaje mi się to dobrym pomysłem, jeśli opowieść dotyczy konkretnej postaci. Oto przykłady niektórych tak zatytułowanych moich  ulubionych książek:
 Colas Breugnon, Emma, Franny i Zooey, Doktor Żywago, Egipcjanin Sinuhe, Pani Bovary, Krystyna, córka Lavransa, Martin Eden, Matylda.
Rozwiązanie to nie jest stosowane tylko przez klasyków, ale też przez twórców literatury popularnej (Dolores Claiborne) i przy tworzeniu serii na przykład dla młodzieży - Harry Potter i... czy cyklu polskiego autora Rafała Kosika - Feliks, Net, Nika.
Niekiedy poprzez powtórzenie imienia taki tytuł brzmi jak wyznanie lub wołanie i staje się piękny. Na przykład:
Mio mój Mio, czy Absalomie, Absalomie.

wtorek, 11 listopada 2014

"Morderca bez twarzy"

Dzień dwudziesty siódmy - najbardziej zaskakujące zakończenie.

Na pytanie o najbardziej zaskakujący zwrot akcji czy zakończenie, przyszły mi do głowy od razu trzy tytuły, tylko niestety były to tytuły filmów. Dzisiejszy wpis będzie o twórcy kryminałów, bo któż jak nie oni powinni zaskakiwać; o powieści, której zakończenie jest intrygujące i odmienne od typowego zakończenia książki kryminalnej.
Morderca bez twarzy jest pierwszą powieścią  Henniga  Mankella z cyklu o Kurcie Wallenderze, policjancie mieszkającym i pracującym w Ystad.
Książka opowiada o poszukiwaniu sprawcy podwójnego morderstwa w Lenarp, leżącej w Skanii osady. Gdy policja przyjeżdża na miejsce, jedna z ofiar jeszcze żyje i udaje jej się  przed śmiercią wyszeptać słowo: „zagraniczny”. Wkrótce słowo to przedostaje się do prasy i wywołuje  antyimigracyjną falę protestów i zamieszek, w wyniku której ginie następna osoba. Śledztwo prowadzi Kurt Wallander, przeciętny policjant w średnim wieku. Akcja rozgrywa się w rytmie regularnie zwoływanych zebrań zespołu policyjnego, gdzie omawia się skrupulatnie wyniki dochodzenia, które nie specjalnie posuwa się na przód. Śledztwo zapowiada się na bardzo skomplikowane. Jednak w powieści  niewiele się dzieje. Napięcie jest raczej budowane przez autora za pomocą umiejętnego tworzenia nastroju zagrożenia.
Cechą charakterystyczną książki jest ta zwyczajność głównego bohatera.W jednym z wywiadów Henning Mankell tak opowiada o stworzonej przez siebie postaci: "Nie lubię go za bardzo. Nie jesteśmy specjalnie do siebie podobni. Pisarzowi w wielu przypadkach łatwiej stworzyć wyrazistą postać zapadającą w pamięć czytelników, gdy ma do niej dystans i zbytnio jej nie lubi. (...) nie jest to typowy bohater powieści kryminalnych, ale bez wątpienia jest to typowy oficer policji. I to taki, którego spotkać można w wielu krajach. Ci ludzie żyją w wielkim stresie i często płacą za to bardzo wysoką cenę." (Krwawa setka, Burszta, Czubaj).
 Mimo mało efektownego przebiegu zdarzeń, książkę czyta się świetnie. Dobrze oddaje, jak się wydaje, rzeczywistość żmudnej pracy policji i problemy społeczne Szwecji.

Czytając powieść przed kilku laty nie uświadamiałam sobie tego wszystkiego, o czym napisałam wyżej. W wielkimi emocjami śledziłam przebieg akcji (co, oczywiście świadczy o świetnym warsztacie pisarskim Mankella) i poczułam się bardzo zaskoczona zakończeniem. Po tak umiejętnie budowanym napięciu przez całą książkę oczekiwałam fascynującej końcówki. A autor wywiódł mnie na manowce, bo motyw zbrodni, sposób wykrycia i ujęcia mordercy przedstawił najzwyklejszy na świecie. Rozwiązanie skomplikowanej sprawy okazało się proste i zgodne z życiowym prawdopodobieństwem.
Nie we wszystkich książkach Mankella dzieje się tak niewiele (na przykład O krok). Nie wszystkie mają tak mało efektowne zakończenia, ale większość pozwala się domyślić lub pokazuje sprawcę w momencie, w którym większość autorów potrzymałaby jeszcze czytelników w niepewności.Wydaje się to zabiegiem celowym mającym pokazać banalność zła i zwrócenie uwagi na problematykę społeczną, bo o ile złapanie przestępcy przywraca porządek prawny to społecznego i moralnego już nie.
Pisarstwo Mankella dowiodło, że zwyczajność w kryminałach okazała się zaskakująca i ciekawa.






niedziela, 9 listopada 2014

"Niektórzy lubią poezję"

Dzień dwudziesty szósty - zmiana zdania pod wpływem książki

Niektórzy lubią poezję,
Niektórzy - czyli nie wszyscy.
Dlaczego nie wszyscy? Bo nie wszyscy też lubią rosół z makaronem. I nie ma w tym nic złego, wbrew zdaniu niektórych. Jednak odkrycie poezji na własną rękę niekiedy się zdarza, gdy ktoś ma szczęście i nie dał się całkowicie zniechęcić przez szkołę. I jest fascynującą sprawą. Czasami, tak myślę,  jest to kwestia trafienia na "własnego" poetę.

Pewnego dnia natknęłam się na tom wierszy Leśmiana. Dokładnie mówiąc kupiłam go z niepojętych dzisiaj dla mnie przyczyn, bo przecież stanowczo nie lubiłam poezji. Może, gdy usiłuję przyczynę wygrzebać z pamięci, ta piosenka miała z tym coś wspólnego. Ale jest to raczej chwytanie pierwszej z brzegu odpowiedzi niż prawda. Przeczytałam cały tom za jednym zamachem, bo czytało się to jak napisany za pomocą rymów (co o dziwo nie przeszkadzało lekturze), zbiór dziwnych baśni, czasem na pograniczu horroru (Migoń i Jawrzon, Gad, Topielec). A baśnie w przeciwieństwie do poezji zawsze lubiłam. I właśnie baśniowość Leśmiana wzbudziła mój zachwyt. Tu mogłabym przytoczyć wszystkie mądre zdania o roli ludowego bohatera, motywów literatury ludowej, stylizacji językowej u poety, ale nie jestem krytykiem literackim. Nie będzie też o poruszaniu przez niego problematyki egzystencjalnej, teistycznej, silnych i skomplikowanych związkach z symbolizmem itd i itp. Wydaje mi się, że to jest zbędne i czytanie poezji odwołuje się raczej do uczuć, skojarzeń, obrazów. Przytoczę tylko wypowiedź Leśmiana o baśni w trochę innym niż w oryginale kontekście: Baśń ta jednakże gra rolę poważną w naszym myśleniu: rolę tęczowego mostu, który nas łączy z dziedziną nielogiczną istnienia, z brzegiem urwistym owej tajemnicy, której twarz nie jest do twarzy ludzkiej podobna. Może można to też powiedzieć o poezji. Może to ta niejedna, chwiejna odpowiedź na pytanie: po co to jest poezja.

Czy na pytanie "poezja czy proza" wybrałabym poezję? Raczej nie. Czytam głównie prozę. Nie bywam pochłonięta lekturą tomików mało znanych ani sławnych poetów. Ale od czasu do czasu jakiś wiersz, kilku ulubionych poetów. Wszystko, dzięki Leśmianowi. Na koniec bliski mi wiersz.
A że przypadku Leśmiana moje wcześniejsze minimalne zainteresowanie poezją duszono skutecznie Dusiołkiem w malinowym chruściaku, cieszę się, że jeden z moich ulubionych utworów tego poety: "Topielca" mogę  przytoczyć (i czytać) bez szkolnych skojarzeń.

Topielec
 W zwiewnych nurtach kostrzewy, na leśnej polanie,
Gdzie się las upodabnia łące niespodzianie,
Leżą zwłoki wędrowca, zbędne sobie zwłoki.
Przewędrował świat cały z obłoków w obłoki,
Aż nagle w niecierpliwej zapragnął żałobie
Zwiedzić duchem na przełaj zieleń samą w sobie.
Wówczas demon zieleni wszechleśnym powiewem
Ogarnął go, gdy w drodze przystanął pod drzewem,
I wabił nieustannych rozkwitów pośpiechem,
I nęcił ust zdyszanych tajemnym bezśmiechem,
I czarował zniszczotą wonnych niedowcieleń,
I kusił coraz głębiej - w tę zieleń, w tę zieleń!
A on biegł wybrzeżami coraz innych światów,
Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów,
Aż zabrnął w takich jagód rozdzwonione dzbany,
W taką zamrocz paproci, w takich cisz kurhany,
W taki bezświat zarośli, w taki bezbrzask głuchy,
W takich szumów ostatnie kędyś zawieruchy,
Że leży oto martwy w stu wiosen bezdeni,
Cienisty, jak bór w borze - topielec zieleni. 




sobota, 8 listopada 2014

"Srebrne orły"

Dzień dwudziesty czwarty - książka, która powinna być szerzej znana

Srebrne orły Teodora Parnickiego powstały w 1943 roku w Jerozolimie i należą do wczesnego etapu twórczości pisarza. Są tradycyjną powieścią historyczną opisującą Europę na przełomie X i XI wieku, napisaną językiem pozbawionym archaizacji, przyjaznym czytelnikowi. Nie jest to utwór wbrew opiniom, wymagający czy trudny. Potrzeba tylko odrobiny skupienia, by odkryć jak pasjonująca jest to lektura.
Opowieść zaczyna się w roku 1014, od podszytego strachem oczekiwania na rozstrzygnięcie sporu polsko - niemieckiego.

Wojna bowiem wisi w powietrzu. Wybuchnie na pewno, gdy poselstwo niemieckie odjedzie z Krakowa z niczym, nie uzyskawszy od Bolesława Chrobrego zapewnienia, iż ten złoży hołd lenny ogłoszonemu dopiero co cesarzem, Henrykowi II. Na dworze księcia istnieje silne stronnictwo opowiadające się za podporządkowaniem się cesarzowi, ale Bolesław wydaje się przeciwny tej idei. Aaronowi, opatowi tynieckiemu, głównemu bohaterowi Srebrnych orłów wydaje się, że tą osobą, która mogłaby wywrzeć wpływ na władcę jest Tymoteusz, biskup poznański. Jego samego też ogarniają wątpliwości, po której stronie jest słuszność. Wyrusza więc w podróż saniami z Krakowa do Poznania. Nie można było wybrać gorszej pory na podróż - zaspy na drogach, dokuczliwy ziąb, samotność. Da się tylko uciec myślami do Rzymu, do pierwszego spotkania z Tymoteuszem, gdy ten nie był biskupem a zwykłym chłopakiem dostarczającym wino zakonowi a młody mnich Aaron zaledwie przed kilkoma tygodniami przybył z dalekiej Irlandii. Rzym jego młodości to czasy stłumionego buntu Krescencjusza, panowania cesarza Ottona III i  papieża Sylwestra II. Aaron ma możliwość obserwowania rzeczywistości z samego centrum wydarzeń, jako osobisty sekretarz papieża. W czasie zimowej podróży chce przywołać przeszłość, jeszcze raz przemyśleć fakty i uporządkować je. Wspomina, przed oczami stają mu widziane sceny, przypominają się słyszane rozmowy i wtedy nagle odkrywa, że ustalony obraz zmienia się jak po potrząśnięciu kalejdoskopem i ukazuje się niepokojąca prawda.


Ewangeliarz Ottona III z którego pochodzi dwustronicowa miniatura przestawiająca cesarza obierającego hołd.

Aaron podróżując przebija się przez śniegi i swoje myśli, a czytelnik ogląda całą średniowieczną Europę. Dostaje kunsztownie powiązane ze sobą  obrazy irlandzkiej wyspy, nawiedzanej przez Wikingów Brytanii, muzułmańskiej Hiszpanii, greckiego Bizancjum, niedawno ochrzczonej Polski i przede wszystkim Rzymu, Zobrazowane zostają też wszystkie idee, problemy, konflikty epoki: spory o prymat cesarstwa nad papiestwem, próby reformy Kościoła przez wspólnotę kluniacką, ekspansja niemiecka, marzenia o uniwersalnym państwie, przezwyciężanie wpływów Bizancjum, zacofanie Zachodu wobec świata arabskiego.
Cztery alegoryczne postacie kobiece symbolizujące: Slavinię, Germanię, Galię i Romę. Otton III na tronie.
 Pokazane zostaje to wszystko poprzez indywidualne losy, postawy i namiętności poszczególnych postaci. Jest to zatem opowieść o ludziach: zakochanym młodzieńcu (i to nie jednym), o zemście pięknej zielonookiej kobiety. Nie brakuje żądzy władzy, historii o sile interesów i pieniędzy, bezsilności mądrych i uginaniu się wiedzy przed siłą napędzaną religijnym fanatyzmem. Postawione zostają pytania o inność, szukanie tożsamości, poczucie wyobcowania ze wspólnoty. Z wnikliwie przedstawionych portretów psychologicznych bohaterów wynikają ich obsesje na temat niemożliwych chyba do realizacji idei. Chyba, bo zakończenie książki jest niepokojąco niejednoznaczne. Mimo niego wydaje mi się, że autor zdaje się mówić: czas cesarstwa już przeminął  nie da się ono wskrzesić, jest złudzeniem. Pustym gestem są niesione na Kapitol złote orły. Być może kraje europejskie stanowią wspólnotę zjednoczoną wspólną religią, ale nadszedł czas srebrnych orłów, które są znakiem niegdyś patrycjuszy imperium, dziś samodzielnych władców o sprzecznych interesach.
_______________
Źródło ilustracji: Wikipedia oraz

http://wolnemedia.net/historia/otton-iii-thietmar-i-uniwersalna-monarchia/