środa, 5 listopada 2014

O płaczu przy czytaniu

Dzień dwudziesty drugi  - książka, przy czytaniu, której płaczesz

W niniejszym wpisie zostaną pominięte wszystkie lżejsze przypadki: mokre oczy, ściśnięte gardło, chwila oddechu dla uspokojenia wzruszenia. Zajmę się tylko okolicznościami bardzo łzawymi - lekturami przy których zanosiłam się płaczem, łkałam i szlochałam.

Łzy dzieciństwa
Płakałam czytając O psie, który jeździł koleją Pisarskiego. Przeżycie było tak smutne, że wyparłam treść książki z pamięci.

Za to doskonale pamiętam wstrząsające oburzenie i płacz, gdy inny zwierzęcy bohater, tym razem kot, został niesprawiedliwie potraktowany. Oskarżono go o coś, czego nie zrobił i ukarano zamknięciem. W ogóle czytałam Przygody Filonka Bezogonka ze ściśniętym gardłem i drżąc o niego, gdyż jako wyjątkowy kotek bez ogona był obiektem prześladowań ze strony innych kotów. Dopiero jako dorosła odkryłam, że napastnicy za każdym razem źle kończą w myśl zasady: kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Po latach książka okazała się też pełna humoru, którego jako dziecko, wcale nie dostrzegałam. Strasznie też przejmowałam się bohaterami Serca Amicisa, a już szczególnie chłopcem z opowiadania Mały pisarczyk z Florencji. Był to płacz z oburzenia z dziejącej się niesprawiedliwości.

Płacze nastolatki
- Znowu ryczy – stwierdził Żaczek, ocierając twarz Cesi ściereczką kuchenną. – Nic, tylko przestrojenie hormonalne, innego racjonalnego powodu nie dostrzegam.
Powyższe linijki z Szóstej klepki przytoczone zostały nie bez przyczyny. Jako wczesna nastolatka płakałam przy wszystkich czytanych przeze mnie książkach Małgorzaty Musierowicz. Tak wiem, to są pogodne książki dla młodzieży, więc powód był pewnie jak w wyżej przytoczonym cytacie. Po prostu niezrozumiały dla Żaczka nastoletni ból istnienia. Oczywiście czytając także się śmiałam, czasami do łez.

Ostatni wielki płacz,
jaki pamiętam, to płakanie przy czytaniu zakończenia Nędzników. I jak później kilka razy zdarzało mi się wracać do powieści Wiktora Hugo, to do tego fragmentu nigdy. Zawsze kończyłam powtórkę na udanym wyniesieniu Mariusza z kanałów przez Jana Valjeana. Wtedy można było poudawać, że książka kończy się w miarę dobrze.
Potem już nie pamiętam zanoszenia się płaczem. Naturalnie czytając różne smutne książki przejmowałam się, wzruszałam, czułam dogłębny smutek, czasami kilkudniowy. Ale mogę powiedzieć, że wyrosłam, zmieniłam się na lepsze i że...

Obecnie nie płaczę przy czytaniu ...
Teraz wylewam łzy słuchając muzyki (w nawiązaniu do wyżej podanego tytułu), na przykład takiej:

i płaczę na filmach i to niekoniecznie przy smutnych scenach. Wystarczy, że bohater(ka) płacze, powód obojętny, może być ze szczęścia, jak w mojej ulubionej ekranizacji:

Pocieszam się, że jest to dowodem na sprawnie działające neurony lustrzane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę o kilka słów opisu, jeśli ktoś zamieszcza link.