wtorek, 5 czerwca 2018

Fantastyczna czwórka

Z mgły zrodzony, Brandon Sanderson.

Najciekawszy jest w tej książce świat stworzony przez autora. Oto mamy wielkie imperium rządzone bezwzględnie przez cesarza, bezlitosnych inkwizytorów, szlachtę knującą intrygi i uciskany lud oraz magię jak przystało na powieść z gatunku fantasy. Wszystkim tym elementom Sanderson nadał oryginalny charakter, na przykład magiczne moce zyskuje się przez łykanie metali i ich wewnętrzne spalanie, co obdarza uzdolnioną osobę niezwykłymi umiejętnościami. Cesarz, zwany Ostatnim Imperatorem zdobył absolutną władzę i nieśmiertelność przed wiekami w tajemniczych okolicznościach a potem zbudował okrutny system, w którym oprócz wąskiej warstwy uprzywilejowanych reszta została zamieniona w pozbawionych nadziei niewolników, nazywanych skaa. Kelsier, jeden z nich, któremu udało się uciec z przeraźliwego więzienia zaprzysięga zemstę i zawiązuje spisek mający na celu obalenie władzy. Sanderson zręcznie buduje napięcie dawkując informacje o tym, co zaszło w przeszłości i sprawiło, że świat stał się zasnutą mgłą, pełną potworów, krainą, gdzie wszystko pokryte jest popiołem spadającym z nieba, szare i pozbawione zielonych roślin. Ten fascynujący świat oglądamy oczami Vin, nastolatki, skaa, która  wykazuje duże zdolności magiczne i przyłącza się do rebelii w dramatycznych dla siebie okolicznościach.

Dzieło Sandersona można postawić na jednej półce z takimi powieściami fantastycznymi jak Tigana G. G. Kaya  czy Kłamstwa Locke'a Lamory Lyncha Scotta ze względu na podobieństwo, oczywiście bardzo ogólne, fabuły (w magiczny świecie oddana sobie grupa ludzi za pomocą skomplikowanego i sprytnego planu walczy z dużo silniejszym wrogiem). Z tych trzech najlepiej napisaną i najbardziej emocjonującą książką są niewątpliwie Kłamstwa Locke'a Lamory. Wadą Z mgły zrodzonego jest poprowadzenie wątku romansowego. Ukazanie wzajemnych relacji zakochanych wypada nieprzekonująco, bo autor nie ma pomysłu, jak w sposób oryginalny rozwinąć schemat Kopciuszka, w który zdecydował się wpisać główne postacie. W powieści napotkać można lekkie dłużyzny. Oprócz tych niedociągnięć, w porównaniu z Tiganą, bohaterzy Sandersona, dążący przecież do równie szczytnych celów, są pozbawieni charakterystycznego dla powieści Kaya patosu, co czyni ich sympatycznymi i sprawia, że Z mgły zrodzonego przyjemniej się czyta.

Książka to pierwszy tom trylogii Ostatnie Imperium.

Daleka droga do malej gniewnej planety, Becky Chambers.

Rosemary Harper mająca rodzinne kłopoty pod fałszywym nazwiskiem zatrudnia się jako urzędniczka na Wędrowcu. Jest to statek kosmiczny zajmujący się drążeniem tuneli w podprzestrzeni, które umożliwiają podróże międzyplanetarne. Zadanie, jakiego podjął się kapitan Wędrowca, zobowiązuje go do podróży w odległe i pogrążone w konflikcie rejony kosmosu w celu stworzenia połączenia z pewną planetą, bo jej mieszkańcy zdecydowali się przyłączyć do Wspólnoty Galaktycznej.

Zwrot daleka droga w tytule należy potraktować serio, bo fabuła książki sprowadza się w gruncie rzeczy do opowieści o podróży i służy raczej do pokazania postaci - barwnych członków międzygatunkowej załogi. Trzeba zaznaczyć, że obcość innych niż ludzie mieszkańców kosmosu jest dość łatwa do oswojenia. Wystarczy trochę dobrej woli i elastyczności, by bohaterowie się ze sobą porozumieli, czy nawet zaprzyjaźnili
.
Książka jest pochwałą różnorodności, tolerancji, kompromisów podaną w lekkiej formie, co czynni ją bardzo sympatyczną lekturą.

Zabójcza sprawiedliwość, Ann Leckie.

W tej książce czytelnik zostaje wrzucony w sam środek świata, w którym podboju kosmosu dokonuje hierarchiczna, wojskowa cywilizacja Radch. Dzięki przewadze technologicznej, kierując się zasadami sprawiedliwości i pobożności podbija planety według prostego schematu działania. W fazie pierwszej rządzi okrucieństwo - ci, którzy nie zostają zabici, pozbawiani są osobowości i stają się przedłużeniem sztucznej inteligencji. Faza druga polega na wciąganiu miejscowych elit do udziału w rządach w celu zapewnienia imperium stabilności. W pewnym momencie na skutek zawiłej intrygi zniszczony zostaje jeden z bojowych okrętów. Jedyną ocalałą jest główna bohaterka Breq, która szuka przyczyn, tego, co się wydarzyło.

Dużą przyjemność przy lekturze sprawia odkrywanie zasad rządzących powieściowym światem, jak też historii Breq i jej motywów działania. Kreacja głównej bohaterki jest najmocniejszą stroną książki. Świetnie pokazana jest jej determinacja, lojalność, a także okaleczenie i związane z tym poczucie odcięcia i osamotnienia. Ciekawym pomysłem jest też kwestia płci w cywilizacji Radch, która jest nieokreślona, zatarta i sprawia, że jej przedstawiciele także słabo odróżniają płeć u podbitych ludów, co autorka oddaje w narracji, każąc swojej bohaterce używać jako domyślnych form żeńskich. Zawodzi zakończenie książki, bo mniej więcej po przeczytaniu trzech czwartych, wie się już prawie wszystko i oczekuje mocnego finału, a on jest, w porównaniu z resztą powieści, nijaki.


Czterdzieści i cztery, Krzysztof Piskorski.
  
Akcja książki dzieje się w roku 1844 w świecie alternatywnym do naszego, w którym prace badawcze nad etherem spowodowały wynalezienie maszyn podtrzymujących życie, nowych potężnych rodzajów broni, a przede wszystkim posłużyły do budowy bram etherowych używanych do odkrywania i podbijania światów równoległych. Główna bohaterka, Eliza Żmijewska, uczestniczka powstania listopadowego u boku Emilii Plater, otrzymuje misję specjalną - ma wykonać wyrok na zdrajcy, którego działania zaważyły na losach powstania. W tym celu udaje się do Londynu podróżując przez Europę2, by zmylić policję.

Ta powieść to inteligentna zabawa konwencją fantastyki przygodowej, steampunka i motywami literackimi. Pomysłowość autora jest oszałamiająca, bo czegóż tu nie mamy: zapomniane słowiańskie bóstwa i ich kapłankę, owadzią, obcą rasę, obrzęd Dziadów na paryskim cmentarzu, agentów tworzącego się Scotland Yardu, zaszyfrowane wiadomości, Byrona, który nie zginął w Grecji, lecz przewodzi tajnej organizacji dążącej do zamknięcia bram etherowych, skłóconych Mickiewicza i Słowackiego, wreszcie Wiosnę Ludów, która wybucha cztery lata wcześniej. I o dziwo wszystkie te i wiele innych niewymienionych pomysłów harmonijnie do siebie pasuje. Więcej, tworzą precyzyjny, logiczny mechanizm prowadzący do zaskakującego i spektakularnego finału.

Lektura Czterdzieści i cztery pozostawia uczucie pewnego niedosytu i bardzo trudno określić, co jest tego przyczyną. Przypuszczam, że to kwestia bohaterów. Ten trop można uznać za słuszny, gdy spojrzy się na sposób ukazania na drugim planie narodowych wieszczy - bardzo konwencjonalny. Na szczęście główni bohaterowie nie są banalni. Z wielką sympatią śledzi się ich perypetie, ale sympatia to za mało. Powinni wzbudzać w czytelniku o wiele większe emocje, ze względu na dramatyczne wybory, przed którymi zostają postawieni. Zabrakło czegoś nieokreślonego, co odróżnia dobrze skonstruowaną postać od bohatera opanowującego wyobraźnię czytelnika. Jednym zdaniem: Eliza Żmijewska nie jest kimś na miarę Geralta z Rivii. A szkoda.

wtorek, 29 maja 2018

"Żyć nauczyłam się prosto i mądrze..." Anna Achmatowa


Żyć nauczyłam się prosto i mądrze,
Patrzeć na niebo, modlić się do Boga
I długo, długo chodzić o wieczorze,
By niepotrzebna ustąpiła trwoga.

Kiedy w wąwozie łopuch drży na wietrze,
Dygoce jarzębina drobnym ciałem,
Układam wtedy swe wesołe wiersze,
O życiu płonnym - płonnym i wspaniałym.

Do domu wracam. Liże moje dłonie
Puszysty kocur, sierść przymilnie zjeża.
W tataraku za jeziorem zorzą płonie
Ze świeżych belek ustawiona wieża.

Jedynie z rzadka rozdzierając ciszę,
Bocian na dachu wrzaśnie czy zapłacze.
I zdaje się, że nawet nie usłyszę
Jeżeli ty do drzwi mych zakołaczesz.

__________
Wiersz z roku 1912, tłumaczenie: Wiktor Woroszylski
Oryginał po rosyjsku do posłuchania
Źródło wiersza - internetowa strona Wywrota.pl 
Szkic Anny Achmatowej autorstwa Modiglianiego (1911)
Źródło: Wikipedia

sobota, 12 maja 2018

"Trzydzieści srebrników" Sándor Márai

Wtedy szatan wszedł w Judasza, zwanego Iskariotą, który był jednym z Dwunastu. (Łk 22,3) - tylko tyle o motywach zdrady Judasza mówi ewangelista. Sándor Márai próbę odpowiedzi na pytanie "dlaczego?" stawia w centrum swojej książki. Trzydzieści srebrników nie jest powieścią ani esejem, raczej bardzo udana próba połączenia tych gatunków. Zaczyna się od opisu Galilei: Była to prowincja pasterzy, rolników i rybaków. I każdy, kto ją widział, zapewniał, że piękna była Galilea, bujna, zachwycająca. Wprawdzie nie było tam dużych miast, ale były pola usłane makami. I trawa miękka niczym jedwab. Na łąkach pasły się tłuste krowy, utuczone woły i owce. W każdym zakątku Galilei pachniały kwiaty. Może więc można książkę potraktować jako zaproszenie do wędrówki w czasie, w towarzystwie kogoś, kto z pasją i erudycją, opowie nam własną wersję wydarzeń, a dokładniej, bo pisarz trzyma się wiernie przekazu Ewangelii, swoją interpretację faktów. Wrażenie pogłębiają osobisty ton, trochę podniosły, powtórzenia, nacisk na pewne zdarzenia (na przykład: na chrzest w Jordanie).

Márai szeroko zakreśla scenerię, poczynając od opisu warunków przyrodniczych, sytuacji politycznej, stronnictw istniejących w Palestynie (zeloci, saduceusze, faryzeusze, esseńczycy), przez obraz długiej i żywej tradycji prorockiej, kończąc zaś na nastrojach społecznych narodu żyjącego w niewoli. Przedstawia pewne powszechnie wtedy panujące oczekiwanie końca świata i zbawienia: Ta atmosfera to atmosfera świata niewolników, Żydów strwożonych końcem narodowego bytu, atmosfera zmierzchu i gaśnięcia antycznej kultury, umarłych bóstw, a także nadziei na wyratowanie się z niewoli, atmosfera świata ludzkości ogarniętej tęsknotą za zbawieniem. Na tak zakreślonym tle zostają przedstawione sylwetki kluczowych postaci. Obraz Jezusa odmalowany jest zgodnie z dogmatem podwójnej naturze Chrystusa, a jednocześnie z wrażliwością człowieka wierzącego i przenikliwego. Jezus jest bardzo ludzki, uchwycony w chwili uświadamiania sobie kim jest: wypełnia go owa straszna świadomość, że Jedyny, Bezimienny jest z nim, człowiekiem, jednym.

Portrety innych uczestników wydarzeń też są interesujące: Jan Chrzciciel, najważniejsi z apostołów Szymon, Jan, Jakub. I wreszcie Judasz. To postać, która na stale wrosła w czas. Zrobiła się przeraźliwie wielka, jak oblicza potworów w nocnych koszmarach(...). Dlatego, że jak pisze Márai: Od stuleci chodzi ulicami, mieszka pośród nas. Pozostałych jedenastu nie żyje w sposób tak rzeczywisty. Nie ma żywych Mateuszów i Piotrów. Są za to żywi Judasze. Na scenie teatru historii pojawia się jako ktoś odmienny od innych apostołów, rybaków, pasterzy, mieszkańców Galilei, przybysz z daleka. Jest człowiekiem z miasta (Kariotu), kimś, kto dużo podróżuje w interesach, kto na pewno, był przecież skarbnikiem apostołów, orientował się, jaka jest różnica pomiędzy wieloma rodzajami pieniędzy grecką drachmą, miną, talentem, rzymskimi sestercjami, perskimi darejkami, żydowskimi srebrnymi i złotymi syklami. Nic dziwnego, że w momencie podejmowania decyzji, w chwili wahania, Márai przedstawia go rozmawiającego o swoich wątpliwościach z celnikiem Mateuszem. Mateusz i Judasz to ludzie wykształceni, umiejący czytać i pisać. Pozostali znają się na łataniu sieci i entuzjazmowaniu, nie  rozumieją, co Rabbi mówi: jakby wcale nie było ważne co mówi, ale raczej jedynie to, że właśnie on mówi,(...) jakby to on był całym sensem tych słów. Ich wyobrażony dialog przy drodze do Kafarnaum jest kluczową sceną książki. To rozmowa o tym, co jest prawdą, o dwóch językach: serca i rozumu i o wartości słów, a także o tym, jak istotne jest bycie częścią narodu wybranego. Potem jest już tylko opis Ostatniej Wieczerzy z punktu widzenia Judasza (jeden znakomity akapit), wędrówka przez pełną ludzi, mroczną Jerozolimę, spotkanie z Annaszem i Judasz na czele żołnierzy znikający w ciemności ogrodu.

Na okładce książki: Pocałunek Judasza, fresk Giotta di Bondone w Padwie (źródło Wikipedia)
Ponieważ Sándor Márai przeżył wygnanie z rodzinnego miasta, dwie wojny światowe, patrzył na zagładę Żydów węgierskich, rządy Sowietów w Budapeszcie, powątpiewa w ewangeliczną wersję dalszych losów Judasza. Wystarczy przywołać wspomnienia tamtych okropnych lat, kiedy zdrada rozprzestrzeniała się niczym zaraza, na którą nie ma szczepionki. Wie, że przeważnie za zdradą nie idą wyrzuty sumienia: Możliwe, że się powiesił i rzucił z powrotem pieniądze. Możliwe, że tych pieniędzy nie oddał i nie popełnił samobójstwa, za to kupił pole krwi, część cmentarza, gdzie kazali się chować obcy. Możliwe, że żył tam jeszcze długo, nieopodal tej działki, w spokoju, którego nikt mu nie zakłócał. I możliwe, że gdy już minął początkowy przestrach, otoczono go powszechnym szacunkiem i zmarł jako majętny właściciel cmentarza, otrzymujący co roku zapłatę za opieką nad grobami Rzymian, Greków, Persów, zmarłych tu, z dala od swojej ojczyzny. Zdrajcy żyją zazwyczaj długo, najczęściej są też ludźmi łagodnymi i zadowolonymi. 

środa, 9 maja 2018

"Maruderzy", Sándor Márai

Pisarz, Peter Garren, na prośbę swojego byłego pracodawcy, potężnego przedsiębiorcy, przyjeżdża do Berlina lat trzydziestych by sprawdzić, czy rozlegający się tam Głos stanowi zagrożenie dla Europy. Jakiś czas później odwiedza rodzinne miasto przywrócone ojczyźnie. Fabuła Maruderów Sándora Máraia, ostatniego tomu sagi rodzinnej Dzieło Garrenów  jest więc zasadniczo prosta. To, co sprawia, że proza Máraia jest tak fascynująca tkwi, nie w przebiegu zdarzeń, ale w umiejętności autora budowania napięcia, wnikliwości i erudycji jego spostrzeżeń, ukazywaniu istoty zdarzeń, zazwyczaj przełomowych dla jednostki lub społeczeństwa.

Olśniewającym przykładem mistrzostwa autora jest pierwsza część powieści obejmująca pobyt bohatera w hitlerowskich Niemczech, zatytułowana Znaczek i meldunek. Opis pierwszych wrażeń z Berlina Peter Garren, narrator w tej części książki, kończy relacją z wizyty w księgarni. Tam okazuje się, że książki znanego pisarza Bertena zostały wycofane ze sprzedaży, a dzieł Goethego już się nie wznawia.

Niepokój bohatera wzrasta, gdy Peter rozmawia z odmienionym bratem. Spotkanie z nim w lesie staje się wieczorem niemym jak człowiek, któremu odjęło mowę ze strachu i milczy bezradnie, przeczuciem ciemności, bo najbliższy krewny stanął po stronie tych, co mają siłę, by ruszyć świat z miejsca, choćby ceną miało być utopienie go we krwi.

Kulminację stanowi przenikliwy, robiący wyjątkowe wrażenie, obraz wiecu narodowych socjalistów. Tłum, w którym człowiek traci swoją indywidualność, tłum uczestniczący w parareligijnym obrzędzie, działający zgodnie z instynktem, a jednocześnie sterowany, uczony posłuszeństwa wobec nowego Porządku. Peter z przerażeniem obserwuje rosnące w masie ludzkiej napięcie, które wybucha w dzikim ryku, gdy Głos staje się ciałem. Chwila wejścia wodza jest jak uderzenie. Nawet Garren ulega powszechnemu uniesieniu. W swojej relacji przechodzi nagle od "ja" do "my". Po początkowej fascynacji, odruchowej sympatii, odzyskuje jednak jasność osądu i przechodzi do uważnej, demaskującej obserwacji:  oto  stoi przed nami przedstawiciel Losu, Przeznaczenia we własnej osobie, człowiek z pędzelkiem wąsów, z kosmykiem włosów opadających na czoło, i tworzy historię przez kłamstwo. Które jest wielką siłą, inną niż Cnota, Męstwo, czy Idea, ale niewątpliwie siłą. Tyle że ta siła prowadzi donikąd. A dokładniej prowadzi gdzieś: w nicość. Scena kończy się ironiczną, groźną w wymowie puentą, przedstawieniem konsekwencji urzeczenia Głosem.

Przeżyte wydarzenie zostaje poddane wnikliwej refleksji w rozmowie Garrena z pisarzem Bertenem, przebywającym w areszcie domowym. Dyskusja toczy się wokół klęski kultury, która nie obroniła narodu przed osuwaniem się w barbarzyństwo, osobistej przegranej starego pisarza, który współtworzył świat kończący się na jego oczach. Towarzyszy temu gorzkie poczucie bezradności, bo co ma zrobić skazany na milczenie, izolowany twórca, którego dyktatura tylko tymczasowo oszczędza by wykorzystywać go w celach propagandowych.

Mocno wybrzmiewa tu także herbertowska w duchu kwestia smaku, wrażliwość na styl rządzących (I, cóż, jego zdania poboczne są niedobre, niestety, nic im nie pomoże. A kiedy zdania poboczne są niedobre, mówca natychmiast podnosi maczugę czy długi nóż); wierność Goethemu, gdy inni wybierają podrzędnych pisarzy, konieczność trwania przy wyznawanych wartościach.

Druga część powieści zaczyna się wielkim triumfem. Oto, dzięki Głosowi, utracone dwadzieścia lat temu Miasto wraca do ojczyzny, obcy musieli odejść. W powszechnym uniesieniu, defiladach, powiewających flagach, które starannie przechowywano na strychach jest jakiś zgrzyt, fałsz, który intuicyjnie wyczuwa Peter. Przeczucie zmienia się w pewność, że powrót do dawnej atmosfery miasta, uczucia bycia u siebie, jest niemożliwy. Po kilku rozmowach z tymi, co zostali na miejscu, pod panowaniem obcych okazuje, że coś nieodwracalnie pękło. Zmieniło się Miasto, zmienili Garrenowie, nie są już indywidualistami, postępującymi według własnych zasad, stanowiącymi wraz innymi mieszkańcami żywy ład Goethego, ducha Miasta. Zarażeni nazizmem stali się ludźmi tworzącymi tłum, co jeszcze dobitniej niż wydarzenia berlińskie, ukazuje zachowanie najmłodszego brata. Rodzina się rozpadła. Pozostała tylko pamięć. Peter jest ostatnim z rodu, na pytanie co ma robić jako pisarz, otrzymuje odpowiedź: Niech pan metodycznie obserwuje, panie Garren (...) I bezlitośnie. 

W drugiej części powieści splatają się wątki całego cyklu, zbierają postacie występujące w pozostałych tomach. Brak znajomości pozostałych części tłumi nieco przyjemność czytania, ale wciąż jest ona duża. Za to pierwsza część jest samodzielnym fragmentem książki, słabo powiązanym z innymi i majstersztykiem pisarskim. Zaś zawarty w niej opis wiecu nazistów w berlińskim Pałacu Sportu jest, jak pisze w posłowiu tłumaczka książki, Teresa Worowska, czymś wyjątkowym w literaturze europejskiej. Myślę więc, Maruderzy Sándor Márai są lekturą konieczną.
_________
Wpis bierze udział w wyzwaniu Pod hasłem.