piątek, 24 marca 2017

24 marca - Międzynarodowy Dzień Odysei

 "Penelopiada" Margaret Atwood.

"Teraz, kiedy nie żyję, wiem wszystko." Tak rozpoczyna opowieść o swoim życiu Penelopa w Penelopiadzie Margaret Atwood, będącej reinterpretacją znanego mitu. Penelopa decyduje się opowiedzieć własną wersję historii z czeluści Hadesu, gdyż orientuje się, że w wersji oficjalnej stała się pouczającym mitem, batem na inne kobiety. "Nie bierz ze mnie przykładu", chce wykrzyczeć, choć nie ma ust, by przemówić. Ale jest cierpliwa. Czyż nie tak o niej mówiono? Wierzy, że jej historia dotrze do słuchaczy. Zbyt dużo milczała za życia, przymykała oczy, nie protestowała, przesypiała awantury. Ułożenie własnej historii pozwoli jej na przedstawienie w innym świetle Odyseusza, tego spryciarza, który świetnie potrafił tylko jedno: wykręcać się sianem, kuzynki Heleny, powodu wszystkich jej życiowych nieszczęść, krnąbrnego Telemacha i innych.

Ton, jaki nadała Atwood swojej powieści, jest zgryźliwie dowcipny. Spojrzenie na znane wydarzenia na wskroś współczesne. Dzieje się tak, między innymi, dlatego, że autorka odwołuje się w zamyśle swojego utworu do dramatu satyrycznego, odmiany greckiej komedii, w której w sposób humorystyczny przedstawiano motywy i postacie mitologiczne, a podstawowym elementem był chór w przebraniu satyrów. W Penelopiadzie partie chóru, uzupełniające monolog Penelopy, też występują i to w bardzo różnorodnej formie. Mamy więc: wyliczankę, idyllę, balladę, ale też wykład z antropologii, czy zapis procesu sądowego. Chór zaś składa się z dwunastu służących Penelopy. Ten wybór jest nieprzypadkowy. Atwood zależało, by los nic nieznaczących dziewcząt służebnych został wydobyty na wierzch. Być może wersy, które opowiadają o tym, co stało się z nimi, gdy już posprzątały po krwawej rozprawie Odyseusza z zalotnikami, zabrzmią w jednym z wielu miejscach, takich jak muzea, teatry i oczywiście biblioteki, gdzie 24 marca odbędzie się wspólne czytanie fragmentów Odysei Homera. Oto ten fragment w tłumaczeniu Lucjana Siemieńskiego:
    Owoż gdy krwi wylanej nie było ni śladu,
     A cały dworzec pański powrócił do ładu,
    Wyprowadzili z izby one białogłowy
    I tam, gdzie szopa stoi a okap zamkowy,
    Zapędzili w kąt ciasny, że nie ma sposobu
   Wyjścia stamtąd. Telemach wtenczas rzekł do obu
   Pastuchów: „O, zaprawdę, miecza ani ruszę!
   Zbyt on czysty na brudne tych wszetecznic dusze,
  Co mnie i matce mojej umknęły dość sławy,
   A z gachami trzymały sojusz tak nieprawy!”
  Rzekł — i linę z okrętu, co miał dziób modrawy, 
  Jednym końcem przywiązał do słupa wystawy,
  A drugim do komina, wysoko, by one
  Ziemi dostać nie mogły, będąc powieszone.
   A jak stado gołębi lub drozdów popadnie
  W sidełka, w gąszczy chaszczów zastawione zdradnie,
  Gdzie na noc dążąc, smutne znajdują łożysko:
  Takie i z onych niewiast było widowisko,
  Kiedy jedna przy drugiej i głowa przy głowie
  Wisiały tam na linie jak owi ptaszkowie,
  Każda z sznurkiem na szyi, zduszona cichutko.

Ta część Pieśni XXII eposu, jak pisze Margaret Atwood w przedmowie, nie dawała jej spokoju. Postarała się, by w Penelopiadzie sprawa śmierci służących odbierała również spokój samej Penelopie. Skupienie się na postaciach z tła, by współcześnie zinterpretować mit, szukanie odpowiedzi na pytanie, co doprowadziło do egzekucji dziewcząt, pozwala na otwarcie nowych możliwości odczytania utrwalonej w tradycji wersji wydarzeń. Penelopiada Margaret Atwood to błyskotliwa zabawa konwencją, aby dać głos najsłabszym, nad którymi wzrusza się z obojętnością ramionami, bo przecież nie były nikim ważnym.
"Penelopa i zalotnicy" John Wiliam Waterhouse (źródło)

środa, 22 marca 2017

"Ludzie", Bolesław Leśmian

Szli tędy ludzie biedni, prości
          Bez przeznaczenia, bez przyszłości,
                 Widziałem ich, słyszałem ich!...

     Szli niepotrzebni, nieprzytomni - 
Kto ich zobaczy - ten zapomni.
                Widziałem ich, słyszałem ich!...

Szli ubogiego brzegiem cienia -
  I nikt nie stwierdził ich istnienia.
                Widziałem ich, słyszałem ich!...

 Śpiewali skargę byle jaką 
I umierali jako tako...
                  Widziałem ich, słyszałem ich!...

Już ich nie widzę i nie słyszę -
Lubię trwającą po nich ciszę,
                Widziałem ich, słyszałem ich!...
 




środa, 22 lutego 2017

*** (Lubię szeptać ci słowa...), Bolesław Leśmian

Lubię szeptać ci słowa, które nic nie znaczą - 
Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu,
Pewne, że się twym ustom do cna wytłumaczą -
I nie wstydzą się swego mętu i pośpiechu.
Bezładne się w tych słowach niecierpliwią wieści -
A ja czekam, ciekawy ich poza mną trwania,
Aż je sama powiążesz i ułożysz w zdania
I brzemieniem głosu dodasz znaczenia i treści...
Skoro je swoją wargą wyszepczesz ku wiośnie - 
Stają mi się tak jasne, niby rozkwit wrzosu - 
I rozumiem je nagle, gdy giną radośnie
W śpiewnych falach twojego, co mnie kocha, głosu.

poniedziałek, 20 lutego 2017

"Nie posiadamy się ze szczęścia", Karen Joy Fowler

Mój brat i siostra wiedli niesamowite życie, ale nie byłam przy tym, więc nie mogę wam opowiedzieć tej części. Wszystko, co mam do powiedzenia, dotyczy mojej części - i tak już zostanie, choć przecież jednocześnie wszytko, co mówię, dotyczy tych dwojga. Jest jak obrys kredą wokół miejsca, gdzie powinni być. Trójka dzieci, jedna opowieść. (...)
 Spędziłam większość życia, próbując nie mówić o Fern, o Lowellu i o mnie. Zajmie mi trochę, zanim dojdę w tym do wprawy i płynności. Myślcie o wszystkim, co do tej pory powiedziałam, jako o wprawce. 
Ta rodzina naprawdę potrzebuje dobrego mówcy.

 Historię rodziny Rosemary Cook poznajemy w momencie, gdy skurczyła się ona do samej Rosemary i jej rodziców. Rodzeństwo zniknęło. Rosemary ma dwadzieścia kilka lat, studiuje daleko od domu. Pobyt na uczelni to przede wszystkim okazja do nabrania dystansu do sytuacji rodzinnej, ćwiczenie w byciu normalnym, które bohaterka skwapliwie uprawia, bo bycie innym, wynikające z warunków, w których się wychowywała, kosztowało ją w dzieciństwie zbyt wiele. Jest w powieści kilka scen, które dobrze charakteryzują izolację Rosemary. W jednej z nich świeżo upieczeni studenci koledżu, którzy właśnie opuścili swoje domy rodzinne opowiadają o tym, jak skrzywdzili ich rodzice. Czasami są to drobiazgi, niekonwencjonalne postępowanie, przeważają jednak sprawy poważne - zbyt duże wymagania czy molestowanie seksualne. Wzajemne opowiadanie buduje zaufanie, wspólnotę. Rosemary zbywa wszystkich zdaniem: "Moi rodzice byli normalni". Prawda o jej rodzinie jest zbyt dziwaczna, by się nią podzielić, alienuje ze względu na obowiązujący w społeczeństwie sposób myślenia.

Dokończenie zdania: "Moja rodzina rozpadła się, bo..." jest dla bohaterki ponad siły z kilku powodów. Trzeba odkopać z pamięci zdarzenia, zmierzyć się z własnym postrzeganiem rzeczywistości i dziecięcym poczuciem winy, skonfrontować się z rodzicami. Wszystko to jest trudne, bolesne i wymaga czasu. Czytelnik towarzyszy Rosemary w tym procesie. Stopniowo odkrywana jest też przed nim prawda, że rodzina Rosemary wzięła udział dobrowolnie w kilkuletnich badaniach naukowych połączonych z niespotykanym dotychczas eksperymentem, którego istotną częścią były Rosemary i Fern, obie wówczas bardzo malutkie. Brzmi to dość strasznie, ale wszyscy wykazywali maksimum dobrej woli i póki doświadczenie trwało nie posiadali się ze szczęścia. To jego przerwanie spowodowało traumę, która najbardziej dotknęła dzieci. Poczucie straty, zdrady, winy, zagubienia, tęsknoty pogłębiał fakt, że nikt poza domem nie rozumiał tego skomplikowanego węzła uczuć. Krzywda czaiła się w regułach społecznych, paradygmacie naukowym, założeniach doświadczenia, niedostatku wyobraźni i przede wszystkim empatii. Nie posiadamy się ze szczęścia jest powieścią nie tylko o skomplikowanych relacjach rodzinnych. To, co ją wyróżnia pośród innych to pytania o granice etyczne eksperymentu naukowego. Mówiąc jeszcze inaczej, jest głosem za zmianą w relacjach człowiek - świat.