czwartek, 28 lipca 2016

"Mam na imię Lucy", Elizabeth Strout.

http://s.znak.com.pl/files/covers/card/b3/mam-na-imie-lucy-390.jpg
Mam na imię Lucy Elizabeth Strout to lektura na jedno popołudnie. Treść można przedstawić w pojedynczym zdaniu. Do przebywającej w szpitalu Lucy przyjeżdża na parę dni dawno niewidziana matka. Ciężar emocjonalny książki jest jednak znacznie większy. To opowieść o dorastaniu w skrajnej biedzie, o tym, że dzieci kochają rodziców bezwarunkowo. I co jest bardzo smutne, o rodzicach, którzy kochają swoje dzieci, mimo to je biją i upokarzają. Po takim dzieciństwie smak samotności zostaje na zawsze, ukryty w szczelinach ust jako przypomnienie. Głód emocjonalny karmi się odrobinami ciepła czy zainteresowania. Wspomina się drobiazgi: kupienie jabłka na festynie, dotyk ręki, głos. I te rozmowy, czasem anty-rozmowy, matki i córki w szpitalu. Porozumiewanie się za pomocą historyjek o ludziach z przeszłości, półsłówek mówiących o uczuciach.

Mam na imię Lucy to proza prosta i skondensowana zarazem, składająca się z mikro-scen. Elizabeth Strout ma dar czułego i bardzo uważnego spojrzenia na to, jacy jesteśmy. I, mimo że w tych kilku refleksjach o pisaniu zamieszczonych w książce, podkreśla konieczność bezstronność twórcy i przestrzega przed utożsamianiem postaci z autorem, myślę, że interesują ją:

 (...) jak znajdujemy sposoby, by czuć się kimś lepszym od innej osoby lub grupy. Tak jest zawsze i wszędzie. Nieważne, jak to nazwiemy, ale uważam, że to najgorsza strona naszej osobowości, ta potrzeba znalezienia kogoś, kogo moglibyśmy poniżyć.

I jeszcze rejestracja okruchów dobra, bo przechodzą niezauważone, niedocenione: 

 Wielu z nas wielokrotnie uratowała dobroć obcych ludzi, ale po chwili zastanowienia uznajemy, że zdanie to brzmi banalnie, jak hasło na samochodowej naklejce. I właśnie to mnie smuci, fakt, że piękne i prawdziwe stwierdzenie jest używane tak często, że staje się powierzchowne, jak hasło z naklejki.

wtorek, 26 lipca 2016

"Rzeczy ulotne", Neil Gaiman.

Rzeczy ulotne z podtytułem Cuda i zmyślenia to zbiór opowiadań opatrzony przez Neila Gaimana wstępem, w którym autor pozwala zajrzeć za kulisy powstania swych utworów. Pozwala to poczuć się jak na pokazie magika, w czasie którego zdradza on odrobinę z tego, jak wykonuje swoją "sztuczkę" przekształcania dwudziestu sześciu liter i garści znaków przestankowych w rzecz jednocześnie ulotną, jak i bardzo trwałą, w opowieść. Bo moim zdaniem pisarstwo Neila Gaimana ma w sobie coś z magii, przewrotnej i wysokiej klasy iluzji, zacierającej granicę rzeczywistości, jak na pisarza fantastyki przystało, i pozostawiającej czytelnika zadziwionego pomysłowością i wyobraźnią autora. Mnie dodatkowo jeszcze czasami Gaiman umiejętnie straszy.

Oczywiście nie wszystkie opowiadania podobały mi się jednakowo. Niektóre jednak można polubić już za sam tytuł jak zabawne: Zbłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu potwornego pożądania. Inne za pomysł, aby napisać ostatnią księgę Biblii (Gdy nastał koniec) lub instrukcję w postaci wiersza (niejedynego zresztą w tym zbiorze), jak zachowywać się, gdy trafimy do baśni (Instrukcja). Niezły jest opis kart z wampirzego tarota, czy nawiązujące do twórczości Bradbury'ego (Jakiś potwór tu nadchodzi), opowiadanie Październik w fotelu. Mogę jeszcze wymienić napisanego na urodziny córki Ptaka słońca o niezwykłym klubie smakoszy, czy niepokojącą wersję Sinobrodego: Ukryta komora, która sprawiła, że przypomniałam sobie mój ulubiony retelling tej baśni - Krwawą komnatę Angeli Carter.
"To właśnie cud arlekinady.(...) Zmieniamy swe kostiumy. Zmieniamy nasze role." Cytat z jeszcze jednego dobrego opowiadania, pt: Arlekin i walentynki.  Źródło obrazu.


Najlepsze są, moim zdaniem, dwa opowiadania. Pierwsze z nich to zaskakujące i przewrotne Studium w szmaragdzie, nawiązujące już w tytule do Sherlocka Holmesa i łączące w sobie świat stworzony przez Artura Conan Doyle'a i H.P. Lovecrafta. O tej historii sam autor pisze tak: Składniki opowieści, które pojawiły się w mej głowie, połączyły się w całość znacznie lepszą, niż z początku liczyłem. (Pisanie bardzo przypomina gotowanie - czasami ciasto nie chce urosnąć, nieważne co zrobisz, a od czasu do czasu smakuje lepiej, niż mógłbyś marzyć). W oryginale, w wyszukanej szacie graficznej, Studium w szmaragdzie można przeczytać na autorskiej stronie Neila Gaimana.

Druga historia to Problem Zuzanny, opowiadająca, według pisarza, między innymi, o sile literatury dla dzieci. Bardzo lubiłam w dzieciństwie cykl powieści o C. S. Lewisa o Narnii. Jednak pewna rzecz, gdzieś tam mnie uwierała, wydawała się okropnie nie w porządku. Chodzi o los jaki przypadł Zuzannie, która jako jedyna z czworga rodzeństwa Pevensie nie trafiła w Ostatniej bitwie do Narnii. Tłumaczenie, dlaczego tak się stało, jakie podawał autor wydawało mi się już wtedy, eufemistycznie mówiąc, dziwne i niewystarczające. Dzisiaj, gdy patrzę na tę serię powieści dla dzieci z perspektywy dorosłej, sądzę, że było przykro odkryć, że ulubiony twórca jest mizoginem. Cieszę się, że nie tylko dla mnie stanowi problem, jak Lewis potraktował Zuzannę. Neil Gaiman pisze, że chciał napisać opowiadanie równie jak pierwotna historia problematyczne i równie irytujące, choć z innej perspektywy. W pełni mu się to udało. Świetnie jest w nim skonstruowana narracja. Składa się z rzeczywistości i ze snów. W snach jest wszystko, co Gaiman dokłada od siebie do tej opowieści. Pozostała cześć zawiera tylko fakty, które napisał Lewis plus konsekwencje sytuacji, w jakiej znalazła się Zuzanna wydobyte na jaw i jaskrawo oświetlone, by je wyraźnie uświadomić czytelnikowi.  

niedziela, 24 lipca 2016

"Czarny dom", Peter May.

Po wielu latach nieobecności Fin Macleod, główny bohater Czarnego domu, powraca na rodzinną wyspę. Ma, jako oficer policji z Edynburga, prowadzić dochodzenie w sprawie dwóch morderstw. Dla niego, który urodził się i dorastał na Lewis, powrót to swoista podróż w czasie:

Wiatr niósł ze sobą ten aromatyczny, ciepły znajomy zapach dymu torfowego. Fin miał wrażenie, że cofa się o dwadzieścia, trzydzieści lat. To niezwykłe, pomyślał, jak bardzo zmienił się w tym czasie i jak niewiele zmieniło się w miejscu, gdzie dorastał. Czuł się niczym duch nawiedzający własną przeszłość, przechadzający się ulicami swego dzieciństwa.
 
Właśnie teraz, kilkanaście lat po wyjeździe, nadchodzi moment, by skonfrontować się z tym, że kiedyś dokonało się określonych wyborów, by spotkać się z ludźmi, których się zostawiło za sobą. Stare rany otwierają się na nowo, wychodzą na jaw tajemnice, skrywane uczucia. W jego własnych dziecięcych i młodzieńczych przeżyciach, w historiach jego przyjaciół i wrogów kryją się wydarzenia, które odcisnęły się piętnem na całym ich życiu.


By T. Müller  Źródło zdjęcia
Ważne jest miejsce, w którym to wszystko się dzieje. Bezdrzewna, skalista równina, gdzie nie da się uciec od odgłosów morza i wiatru. Wyspa Lewis, największa w szkockim archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. A osiemdziesiąt kilometrów na północ od jej przylądka znajduje się An Sgeir, czyli "Skała". Sto metrów chłostanych sztormem klifów wyrastających z północnego Atlantyku i pokrytych każdego roku o tej porze gniazdami głuptaków i ich piskląt. Gdzie od ponad czterystu lat przybywają mieszkańcy Lewis, płynąc w odkrytych łodziach po wzburzonym morzu, by chwytać i zabijać młode ptaki w gniazdach. Pierwotnie wyprawy te wynikały z konieczności - chodziło o wyżywienie mieszkańców rodzinnej wioski. Obecnie to kultywowanie tradycji i rodzaj męskiego rytuału przejścia oraz dostarczanie przysmaku cieszącego się ogromnym powodzeniem na całej wyspie. Podczas jednego z takich wypadów zdarza się wypadek. Jeden z uczestników ginie na miejscu a Fin zostaje ciężko ranny. Wspomnienia z tego epizodu wydają się kluczowe dla zrozumienia przeszłości.

Kołatała mi w czasie czytania, im bliżej końca tym dobitniej, myśl, że autor dotyka swoich bohaterów nadmierną liczbą nieszczęśliwych przeżyć. Zwroty akcji następują zbyt szybko. Wiem, że to trochę dziwny zarzut w stosunku do powieści kryminalnej. (Chociaż w tym wypadku granica gatunkowa jest rozmyta przez silne rozbudowanie wątku obyczajowego, tak, że śledztwo schodzi na plan drugi). Oczywiście Peter May zgrabnie wpasowuje w fabułę jeszcze jeden dramat i następny, i kolejny, które spotkają bohaterów teraz lub przytrafiły się im w przeszłości. Nie pozwala to jednak dobrze wybrzmieć poprzednim tragediom. Wszystko to sprawia, że gdzieś na horyzoncie zaczyna majaczyć statek z ładunkiem rozwiązań fabularnych prosto z telenoweli.
Podsumowując: czytało mi się Czarny dom nieźle, choć przyznaję, że miałam większe oczekiwania związane z tą książką, spowodowane wysokimi ocenami na portalach czytelniczych.

Wpis powstał w ramach lipcowego odcinka wyzwania "Pod hasłem": Zabierz na wakacje... ejotka. 

czwartek, 21 lipca 2016

"Łaska", Anna Kańtoch.


Łaska Anny Kańtoch należy dla mnie do tego rodzaju książki, w których wierzymy autorowi bez zastrzeżeń, póki czytamy. Ale po odłożeniu powieści, gdy świat wykreowany przez pisarza przestaje bezpośrednio oddziaływać na czytelnika, pojawiają się wątpliwości, rosnące z upływem czasu. Przy czym zaznaczyć trzeba, że Łaskę czyta się świetnie, od mocnego początku, gdy przypadkowy grzybiarz znajduje w lesie zakrwawioną sześcioletnią dziewczynkę, która nie pamięta, co jej się przydarzyło, do poruszającej, zasługującej na uznanie rozmowy kończącej książkę.

Łaska, jak łatwo się domyślić, jest kryminałem i to kryminałem, który świetnie operuje nastrojem. Akcja zanurzona jest w zimowym pejzażu lat osiemdziesiątych. Na peerelowska szarość niewielkiego miasteczka powoli nakłada się poczucie zagrożenia. Jakby spod śniegu wypełzał przygaszony, mroczny niepokój. Splątany z uczuciem smutku, z zawisłą w powietrzu chęcią rozpłynięcia się w nicości głównej bohaterki cierpiącej na depresję:
  
(...)zastanowiła się, czy po jej śmierci ktoś by płakał. "Oczywiście, że nie", odpowiedziała sama sobie.(...). Było w tej myśli coś kojącego - roztopić się w pustce nieistnienia, jakby się nigdy się nie urodziła, jakby całe jej życie było pomyłką, którą zgon zdołał naprawić. 

Maria Lenarczyk, dziewczynka znaleziona w lesie, po wielu latach powraca do miejscowości, w której dorastała, by zaopiekować się umierającą ciotką. Staje się obiektem miejscowych plotek, snutych przypuszczeń dotyczących wydarzeń sprzed lat. Niedowierzania, że nic nie pamięta. Ciotka, która ją wychowywała:

Zawsze powtarzała, że to łaska, że nic nie pamiętam. Tak właśnie mówiła, kiedy pytałam ją, czy kiedyś wróci mi pamięć. "Nie myśl o tym, nie próbuj grzebać w przeszłości. Pan dał ci łaskę zapomnienia."
 
Maria podejmuje pracę w szkole. Wszystko układa się przewidywalnie do momentu, gdy jeden z uczniów oddaje jej, zamiast wypracowania, dziwny rysunek i niejasno, nawiązując do przeszłości, prosi o pomoc. Wkrótce po tej niepokojącej rozmowie zostaje znaleziony martwy. Być może to i następne morderstwa mają coś wspólnego z tym, co przydarzyło się jej przed laty a czego nie pamięta. Może sama jej obecność jest katalizatorem działań mordercy.W tych okolicznościach przypomnienie staje się kwestią konieczność, a nie tylko sprawą odzyskania utraconego fragmentu własnej historii. Śledztwo jest więc szukaniem prawdy na swój temat ze świadomością, że potem nie będzie już powrotu, nie uda się zapomnieć po raz drugi.

Dochodzenie rozegrane jest zresztą świetnie, bo mamy charakterystyczną dla kryminału parę prywatnego detektywa i policjanta. A w tych rolach obsadzano niestereotypowo: osobę pogrążoną w depresji, bezwolną, mającą trudności ze wstaniem z łóżka i z drugiej strony milicjanta z ambicjami, stawiającego na karierę, który ze strony na stronę staje się coraz bardziej antypatyczny. Dobrze nakreślone są też postacie drugoplanowe i nieśpiesznie odsłaniane relacje między nimi. Realia funkcjonowania ówczesnej milicji, i ogólnie rzeczywistość lat osiemdziesiątych oddane są bardzo wiarygodnie.

Mój sceptycyzm budzi właściwie tylko jeden element misternie skonstruowanej intrygi kryminalnej - uzasadnienie motywów zabójcy. Powątpiewanie budzą okoliczności zewnętrzne, które zmusiły mordercę do zabijania. Nie do końca przekonujące wydają mi się też uwarunkowania psychiczne sprawcy, które pchnęły go do zbrodni. Jego wewnętrzne przekonanie, że to jest najlepsze wyjście. Wszystkie te zastrzeżenia pojawiły się teraz, gdy od lektury minęło kilka tygodni. Ale oprócz rozwiązania zagadki kryminalnej, które nie do końca mnie usatysfakcjonowało istnieje jeszcze zakończenie książki, te cztery (a właściwie trzy i pół) ostatnie, zachwycające strony.

PS
Pisałam powyżej, że realia PRL-u oddane są prawdziwie, ale jeden szczególik mi zazgrzytał. Nie wiem, czy słusznie. Porównanie czyjeś urody do urody kelnerki z Oktoberfest. Wydaję mi się, że w latach osiemdziesiątych nikt raczej nie zrobiłby takiego odniesienia, ale może się mylę.

środa, 20 lipca 2016

20 lipca - rocznica lądowania człowieka na Księżycu.

"To było tego lata, kiedy ludzie wylądowali na Księżycu, a przynajmniej dwóch z nich. Trzeci musiał grzecznie zostać w rakiecie czy jak się to nazywa, pewnie rozgoryczony, bo przecież gdy się pomyśli o tym, że lecisz tak daleko, a mimo to nagle nie pozwala ci się pokonać ostatniego kawałka, tego, który się najbardziej liczy, to mniej więcej tak, jakbyś został zaproszony na bardzo uroczystą imprezę, na jakiej nikt nigdy wcześniej nie był, a okazało się, że musisz stać na schodach i czekać, aż się skończy. Ale żeby było jasne: dobrze wiem, że nie pierwszy raz ktoś zaczyna powieść w ten sposób. Gdyby wszystkie te beznadziejne książki, które zaczynają się od dużego kroku dla nas, a małego kroczku dla ciebie i dla mnie czy coś w tym stylu, ułożyć jedna na drugiej, stos prawdopodobnie sięgnąłby właśnie do Księżyca i dałoby się przejść po tych powieściach suchą nogą tam i z powrotem. Nie wiem też, czy to jest, albo czy raczej będzie w ogóle jakaś powieść. Zobaczę. Zobaczymy. Poza tym Księżyc to właściwie jej zakończenie, a przynajmniej koniec tego lata, o którym postanowiłem coś napisać."

Zaćmienie Księżyca 27 września 2015 roku. Zdjęcie autorstwa K.R.
____________
Lars Saabye Christensen
"Odpływ"

poniedziałek, 18 lipca 2016

"Rzymska komedia", Jarosław Mikołajewski.

Rzymska komedia Jarosława Mikołajewskiego jest osobistym przewodnikiem autora po Rzymie. Składa się na nią sto tekstów powstałych z tygodnia na tydzień w latach 2009 - 2011 i umieszczonych w trzech częściach: Piekło, Czyściec, Raj. Inspiracją dla pisarza, jego mistrzem był, co oczywiste, Dante. Sytuacje, rozmowy, sceny, opisy rozsiane w pieśniach Boskiej komedii, czasem jedna, czasem kilka linijek służą do opowiedzenia historii Rzymu, ukazania jego miejsc, dzieł sztuki, kościołów, kościółków, katakumb, ulic, zaułków, czy wreszcie pejzażu. Przy czym utwór Dantego jednocześnie nadaje strukturę temu opisowi wędrówki po mieście, ale za razem jest potraktowany jako pretekst, na zasadzie luźnego wiązania wersetów z miejscami i historiami. Jak pisze Mikołajewski: (...) tylko kaprysom twojego przewodnika wędrowcze, zawdzięczasz, że idziemy tą ścieżką, nie inną, bo równie dobrze, przy każdej pieśni, zamiast w prawo mogliśmy pójść w lewo, na ukos, czy wstecz.

Po drogach czasami zadziwiających powiązań prowadzi nas pisarz od linijek opowiadających o kręgu heretyków w piekle, na grób Keatsa na Cmentarzu protestanckim. Z głębi dantejskiej otchłani przed Zamek św. Anioła, by opowiedzieć pokrótce historię ściętej tam Beatrice Cenci w XVI wieku. I dalej od opisu dna piekła, gdzie cierpią najwięksi zdrajcy: oprócz Judasza, Brutus i Kasjusz, na miejsce, gdzie ci ostatni, jak się przypuszcza, zamordowali Juliusza Cezara, do archeologicznego "dołu" Largo di Torre Argentina, by opowiedzieć historię innych zdrad. Gdy Dante chwali naturę w Raju Ziemskim umieszczonym na szczycie Góry Czyśćcowej Mikołajewski przedstawia Villę Ada, najdzikszy z rzymskich parków. Wers: Tu rośnie Róża, w której Słowo Boga Ciałem się stało; z pieśni XXIII Raju wiodą go, a wraz z nim czytelników, do Roseto Comunale, miejskiego ogrodu różanego.

Rozrzucone są po Rzymskiej komedii opowieści o ludziach związanych z Rzymem. Nie mogło wśród tylu innych, zabraknąć opisu dziejów rywalizacji dwóch architektów rzymskich doby baroku Berniniego i Borrominiego. Zrozumiałe są strony poświęcone sztuce Caravaggia, "najsłynniejszego malarza Rzymu". Autor opowiada też o epoce rozkwitu włoskiego kina w latach 50 i 60, o porwaniu Aldo Moro, o Mussolinim, który skojarzony z syreną z XIX pieśni Czyśćca, uwodzącą wdzięcznym pieniem, jak ona omamił Włochów w latach dwudziestych. Wyjątkową rolę odgrywa, zamieszczony także na okładce, Pasolini i historia jego nagłej śmierci.
Largo di Torre Argentina Źródło zdjęcia.
Oczywiście to tylko kilka przykładów wybranych z dziesiątków innych. Rzymska komedia jest bowiem pozycją do wielokrotnej lektury i to zarówno ze względu na samą przyjemność czytania, jak i ogromną ilość informacji w niej zawartych. Może być też inspiracją do własnych poszukiwań. Ach, chciałoby się po przeczytaniu tej książki rzucić wszystko i jechać natychmiast do Rzymu, choćby tylko po to, żeby z tego całego bogactwa piękna odmalowanego przez autora, zobaczyć pinie, tak opisane w środkowej części utworu, Czyśćcu, w rozdziale pod tytułem: Sosna, siostra:

Pinia parasolowa kojąco jest wszechobecna na placach, w parkach, wzdłuż ulic i obrzeżach Miasta, na początku podrzymskich pól. Owszem, wygląda jak halucynacyjny parasol, lecz pinie jedna obok drugiej, w długim szeregu, wyglądają jak Boży pawlacz, antresola niebios. Nie licząc ciasnych zaułków, gdzie nie widać nic prócz ścian i nieba, znalazłem zaledwie kilkanaście miejsc w Rzymie, skąd pinii nie widać, lecz kiedy je widać, zawsze znaczące są ich ustawienia i rzeczą zabawną jest odgadywanie z daleka, co ich układ obwieszcza.
Długie szeregi drzew mogą oznaczać, że pod ich czaszami ciągnie się linia drogi albo linia brzegu, kępy pinii mogą rysować granice wykopaliska, ich gaje - ogrody. Pinia pojedyncza może znaczyć tyle, że pozwolono wyrosnąć drzewu, którego nasienie wędrowiec przeniósł na podeszwie w przypadkowe miejsce, może też znaczyć, że jego braci pinie wycięto w pień i tylko to jedyne ocalono, Bóg wie na czyją pociechę. Jak w dzielnicy Pigneto, w której pomiędzy domami łatwo znaleźć samotne parasole. (...)
"Samotne sosny wzdłuż morskiego brzegu nie wiedzą o mojej miłości", pisze w ważnym wierszu Sandro Penna. Niby dlaczego miałyby wiedzieć? Bo pinie mądre są, wszechobecne, kiedy zamkniesz oczy są trwalszą pamiątką Rzymu niż ruiny i krzyże, jak nic innego łączą niebo i ziemię, i chciałoby się, żeby wiedziały, czego sami o sobie nie wiemy. "Uranio, sosno, siostro", wołał Iwaszkiewicz. Pinio, "Pineo, miserere nobis", wołam w Wielki Czwartek roku 2010 pomiędzy Koloseum za zawalonym domem opętanego Nerona, w chłodnym pożarze stygnącego słońca. 

 
Wpis powstał w ramach lipcowego odcinka wyzwania "Pod hasłem": Zabierz na wakacje... ejotka.

sobota, 2 lipca 2016

2 lipca - rocznica urodzin Wisławy Szymborskiej

Czwarta nad ranem

 

Godzina z nocy na dzień.
Godzina z boku na bok.
Godzina dla trzydziestoletnich.

Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.
Godzina, kiedy ziemia zapiera się nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.

Godzina pusta.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
- pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta.
o ile mamy dalej żyć.


Ten wiersz stał się inspiracją do powstania pewnej kolekcji o wdzięcznej nazwie: "The Museum of Four in the Morning". Jej twórca John Rives, poeta, performer, na jednej z konferencji TED historię założenia tego zadziwiającego zbioru rozpoczyna tak:

Najbardziej romantyczna rzecz, która przydarzyła mi się w sieci zaczęła się jak wiele innych: beze mnie, i nie w sieci. Dziesiątego grudnia 1896 roku umarł mężczyzna z tego medalu, Alfred Nobel. Dokładnie sto lat później, dziesiątego grudnia 1996 roku, ta czarująca pani, Wisława Szymborska, dostała Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury...(ciąg dalszy:tu