Wyzwanie: Pod hasłem stało się dla mnie okazją do sięgnięcia po utwór pisarza, którego książkę bardzo lubiłam w dzieciństwie. Erle Stanley Gardner znany jest przede wszystkim ze swojej serii powieści o Perrym Masonie. Adwokacie, któremu niespokojny charakter poszukiwacza przygód każe brawurowo wykorzystywać wszystkie sztuczki i chwyty prawne, by wyciągać klientów z kłopotów.
Sprawa wyjącego psa jest czwartą pozycją z przeszło osiemdziesięciu z cyklu o adwokacie. Zaczyna się typowo: w biurze Perry'ego Masona zjawia roztrzęsiony klient - Arthur Cartright. Przychodzi w dwóch sprawach: wyjącego psa sąsiada i prośby o radę w sprawie swojego testamentu. I kluczowym, acz niekonwencjonalnym pytaniem mężczyzny jest, czy testament będzie legalny nawet wtedy, gdy spadkodawca zostanie skazany za morderstwo. Zasadniczym jednak problemem, który Mason musi rozwiązać jak najszybciej i z użyciem wszystkich środków, jest sprawienie, by pies przestał wyć. Po bliższym przyjrzeniu się sprawie okazuje się, że wszyscy świadkowie zeznają, że pies jest najgrzeczniejszym zwierzęciem na świecie i prawie w ogóle nie szczeka, nie mówiąc już o wydawaniu innych dźwięków. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy właściciel psa zostaje zastrzelony, a rozdygotany klient znika z jego żoną.
O stylu pisarza Raymond Chandler w swoim liście do Gardnera pisał tak:
Gdy powieść bez względu na na jej gatunek literacki, osiąga pewien
stopień wyrazistości artystycznej, wówczas staje się literaturą,(...)
Może ona wynikać z mistrzostwa, z jakim pisarz panuje nad rozwojem
akcji, co można porównać z mistrzostwem, z jakim znakomity gracz panuje
nad piłką. Właśnie Ty owo mistrzostwo posiadasz w wysokim stopniu, i to w
wyższym niż ktokolwiek inny... Każda strona jest haczykiem, który
ciągnie do przeczytania następnej.
Jest to opinia prawdziwa. Powieść czyta się szybko i przyjemnie, jak na literaturę rozrywkową przystało. Satysfakcje psuje tylko jakość tłumaczenia. Jest dość toporne. Nużące wydaje się powtarzanie, że Perry Mason chodzi po cienkim lodzie. Błędem jest sędzia zwracający się w czasie rozprawy do obrońcy per "doradco". Della Street traci swój wdzięk oddanej sekretarki, wpatrując się w Masona z cielęcym zachwytem. Wynagradza zły przekład jedynie to, że Perry Mason stanowczo zamierza udowodnić w sądzie, że pies wył.
.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gardner Erle Stanley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gardner Erle Stanley. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 marca 2015
wtorek, 21 października 2014
"Potrzebna atrakcyjna brunetka" do opieki nad chorym dzieckiem
Dzień dziesiąty - książka, która przypomina dom
Gorączka nad ranem spadała, budziłam się czując się w miarę dobrze.W mieszkaniu panowała cisza. Wszyscy wyszli do pracy lub szkoły. Na małym stoliku (a właściwie taborecie, służącym za stolik), stojącym przy łóżku, leżało przygotowane przez mamę śniadanie i lekarstwa. W domowej biblioteczce czekały książki, w tym najchętniej czytane kryminały w kieszonkowym wydaniu, czasami z jamnikiem lub kluczykiem na okładce.
Wśród nich Potrzebna atrakcyjna brunetka Erle'a Stanley'a Gardnera była moją ulubioną.
Zaczynała się od tego, że Perry Mason, znany prawnik, jadąc ulicami miasta zauważył, że na każdym rogu stała brunetka. Każda bardzo atrakcyjna, ubrana na ciemno z jasnym futrem wkoło szyi. Kierowany ciekawością wysiadł z samochodu. Na jego prośbę (aby dodać sytuacji przyzwoitości) towarzyszyła mu oddana sekretarka Della Street. Jak się okazało wszystkie odpowiedziały na ogłoszenie o pracę dla dublerki. Jedna z nich Ewa Martell została zatrudniona wraz z opiekunką (ponownie względy przyzwoitości). Ta ostatnia poprosiła, stawiając sprawę honorarium otwarcie ("nic panu nie zapłacę, bo nie mam pieniędzy"), by adwokat przyjrzał się przedsięwzięciu pod względem prawnym. O każdy inny aspekt zajęcia miała zatroszczyć się sama licząc na swoje doświadczenie życiowe i rewolwer kaliber 44.
Wkrótce pojawił się trup, wszystko się szalenie skomplikowało, na scenie pojawiło się mnóstwo niejasno powiązanych z morderstwem postaci. Perry Mason musiał rozwikłać ten kłębek ludzkich namiętności i sprzecznych faktów, sam będąc przez prokuratora oskarżanym o ukrywanie kluczowych świadków.
Oczywiście udało mu się to, ale jak sam przyznał w ostatniej chwili. Powiodło mu się też w sprawie uzyskania wynagrodzenia. A mi przyjemnie się chorowało czytając pasjonujący przebieg procesu sądowego, a przedtem zbierania wszystkich informacji. Nie mówiąc już o dyskretnie zasugerowanym romansie między Perrym a jego sekretarką. Nawiasem mówiąc, nawet drobna scena miłosna nie mogłaby chyba być umieszczona w tej książce - tym razem by podtrzymać odpowiedni poziom przyzwoitości u czytelnika. Z podobnych powodów żadnych opisów zbrodni czy zwłok. Jednym słowem lektura uroczo staroświecka.
Po takiej czytelniczej zaprawie w dzieciństwie rozwinęła mi się miłość, ale niekonsekwentnie: nie do thrillerów prawniczych, a do dramatów sądowych. Chętnie oglądam każdy film dziejący się w na sali rozpraw.
Gorączka nad ranem spadała, budziłam się czując się w miarę dobrze.W mieszkaniu panowała cisza. Wszyscy wyszli do pracy lub szkoły. Na małym stoliku (a właściwie taborecie, służącym za stolik), stojącym przy łóżku, leżało przygotowane przez mamę śniadanie i lekarstwa. W domowej biblioteczce czekały książki, w tym najchętniej czytane kryminały w kieszonkowym wydaniu, czasami z jamnikiem lub kluczykiem na okładce.
Zaczynała się od tego, że Perry Mason, znany prawnik, jadąc ulicami miasta zauważył, że na każdym rogu stała brunetka. Każda bardzo atrakcyjna, ubrana na ciemno z jasnym futrem wkoło szyi. Kierowany ciekawością wysiadł z samochodu. Na jego prośbę (aby dodać sytuacji przyzwoitości) towarzyszyła mu oddana sekretarka Della Street. Jak się okazało wszystkie odpowiedziały na ogłoszenie o pracę dla dublerki. Jedna z nich Ewa Martell została zatrudniona wraz z opiekunką (ponownie względy przyzwoitości). Ta ostatnia poprosiła, stawiając sprawę honorarium otwarcie ("nic panu nie zapłacę, bo nie mam pieniędzy"), by adwokat przyjrzał się przedsięwzięciu pod względem prawnym. O każdy inny aspekt zajęcia miała zatroszczyć się sama licząc na swoje doświadczenie życiowe i rewolwer kaliber 44.
Wkrótce pojawił się trup, wszystko się szalenie skomplikowało, na scenie pojawiło się mnóstwo niejasno powiązanych z morderstwem postaci. Perry Mason musiał rozwikłać ten kłębek ludzkich namiętności i sprzecznych faktów, sam będąc przez prokuratora oskarżanym o ukrywanie kluczowych świadków.
Oczywiście udało mu się to, ale jak sam przyznał w ostatniej chwili. Powiodło mu się też w sprawie uzyskania wynagrodzenia. A mi przyjemnie się chorowało czytając pasjonujący przebieg procesu sądowego, a przedtem zbierania wszystkich informacji. Nie mówiąc już o dyskretnie zasugerowanym romansie między Perrym a jego sekretarką. Nawiasem mówiąc, nawet drobna scena miłosna nie mogłaby chyba być umieszczona w tej książce - tym razem by podtrzymać odpowiedni poziom przyzwoitości u czytelnika. Z podobnych powodów żadnych opisów zbrodni czy zwłok. Jednym słowem lektura uroczo staroświecka.
Po takiej czytelniczej zaprawie w dzieciństwie rozwinęła mi się miłość, ale niekonsekwentnie: nie do thrillerów prawniczych, a do dramatów sądowych. Chętnie oglądam każdy film dziejący się w na sali rozpraw.
Subskrybuj:
Posty (Atom)