czwartek, 26 maja 2022
10 książek na Dzień Matki
poniedziałek, 10 maja 2021
"Klara i słońce", Kazuo Ishiguro
czwartek, 8 października 2020
"Nie opuszczaj mnie", Kazuo Ishiguro
Stale myślę o tej rzece gdzieś daleko, z naprawdę szybkim nurtem (...) I o dwojgu zanurzonych w wodzie ludziach, którzy próbują się trzymać za ręce, naprawdę z całej siły się trzymają i w końcu nie dają rady. Prąd jest zbyt silny. Muszą się puścić i odpłynąć od siebie.
Kazuo Ishiguro pisze w bardzo charakterystyczny sposób. Jego proza jest powściągliwa, opiera się na subtelnym budowaniu nastroju, niedopowiedzeniu, czemu sprzyja pierwszoosobowa narracja. Narrator nie jest do końca wiarygodny, często ukrywa coś, nie tyle przed czytelnikiem, co przed samym sobą. Wszystkie książki Kazuo Ishiguro są bowiem wariantami na temat pamięci i prawdy. Pokazują
bohatera, który próbuje się zmierzyć z własną przeszłością, zbierając okruchy wspomnień.
Nie inaczej jest w przypadku Nie opuszczaj mnie. Kathy, narratorka powieści, wspomina swoje dzieciństwo spędzone w ekskluzywnej, prywatnej szkole z internatem w Hailsham. Była to szkoła ciesząca się bardzo dobrą opinią, w której wielki nacisk kładziono na kreatywność, rozwijanie twórczych talentów uczniów. Wszystkie te drobne dziecięce wspomnienia, opowieści o życiu szkolnej gromady powoli przechodzą w opis nastoletniego trójkąta miłosnego, który powstaje między Kathy i jej przyjaciółmi Tommym i Ruth. Bohaterowie rozstają się, gdy wkraczają w dorosłość, by kilka lat później znów się spotkać w innych okolicznościach.
Pod opowiedzianą w prosty sposób historią o dorastaniu kryje się druga opowieść o społeczeństwie i roli jaką mają w nim odegrać bohaterowie, którą czytelnik buduje sobie z porozrzucanych po książce napomknięć. Prawdy dość łatwo się domyśleć już na początku, ale znać fakty a uświadomić sobie ich wagę to wielka różnica. Kathy, Tommy, Ruth i inne dzieciaki znają prawdę od wczesnego dzieciństwa. Zawsze wiedzieliśmy - konstatuje jedno z nich. Rzeczywiste zrozumienie swojego losu przychodzi jednak z czasem i jest przejmujące. I ten właśnie proces śledzi czytelnik. Bohaterowie szarpią się, huśtają pomiędzy wiem a nie chce wiedzieć, pomiędzy prawdą a złudzeniem. Podejmują działania na miarę swoich możliwości zwiedzeni błędnymi wyobrażeniami, nierealnymi marzeniami. Tworzenie iluzji na własny temat jest im bowiem potrzebne; brak akceptacji rzeczywistości jest
aktem nadziei, że można być kimś innym, kształtować swój los, ocalić wzajemne relacje.
Przekonująco i zarazem subtelnie zaznaczone są różnice w reakcji postaci na wydarzenia. Tommy reaguje emocjami: gniewem i nadzieją. Ruth jest chyba pozornie najbardziej ishigurowską bohaterką z jej przejawianą od dziecięcych lat fantazją, która pozwala
jej
manipulować otoczeniem i naginać sytuację do swoich potrzeb oraz próbować żyć według swoich wyobrażeń. Kathy jawi na ich tle jako najbardziej dociekliwa i trzeźwo oceniająca sytuację. Jednak pierwsza zasada czytania Ishiguro brzmi: nigdy nie należy do końca wierzyć bohaterom opowiadającym o sobie. Kathy jest więc może po prostu najbardziej bierna. Wycofuje się, gdy na przykład trzeba okazać lojalność, a potem obwinia innych za skutki swojego postępowania. Jej zawód czy też rola społeczna jaką pełni jest również bardzo dwuznaczna. Ambiwalencją naznaczone jest także postępowanie dyrekcji szkoły i nauczycieli. Czy mając dobre intencje można manipulować i kłamać? Nauczyciele bowiem (...) planowali bardzo starannie i rozważnie kiedy i co nam
powiedzieć, tak żebyśmy byli trochę za młodzi, by zrozumieć kolejna
podawana nam
informacje. Lecz oczywiście na jakimś poziomie przyswajaliśmy ją sobie i
wkrótce wszystko to tkwiło w naszych głowach, mimo że porządnie się nad
tym nie zastanowiliśmy. Czy mówienie półprawdy ma chronić dzieci czy komfort moralny dorosłych?
Ciężar emocjonalny Nie opuszczaj mnie jest właśnie dlatego tak ogromny, że książka stawia mnóstwo pytań odwołując się w pewnym momencie wprost, chociaż tak dyskretnie, że można to przeoczyć, do wydarzeń historycznych. Najważniejsze z tych pytań to: Ile człowiek jest gotowy zapłacić za zdrowie i życie swoje, i swoich najbliższych? Czy da się zatrzymać postęp technologiczny? Ucywilizować go? Odpowiedź jest przeraźliwie smutna, bo to opowieść o bezradności, gdzie bunt jest niemożliwy (domysły dlaczego jest on tak nieosiągalny prowadzą do następnych komplikujących powieściową rzeczywistość pytań), próby odmowy opuszczenia starego świata z jego zasadami moralnymi daremne, odrobina dobroci, nawet dwuznacznej, zbędna w społeczeństwie, które nie chce znać ceny za nowy wspaniały świat.
sobota, 1 listopada 2014
... i miłości nieszczęśliwej
W tej części wpisu będzie o moich ulubionych książkach, których sfilmowanie wydaje się z różnych powodów trudne; jednak których adaptacje powstały i to bardzo dobre. Tak jak pisałam poprzednio, z wyjątkiem ostatniego przykładu, najpierw widziałam film, później przeczytałam książkę.
Cechą prozy Kazuo Ishiguro jest powściągliwość, opiera się ona na kunsztownym budowaniu nastroju, niedopowiedzeniach, subtelnym dawaniu znać, że to co opowiada główna postać nie do końca jest prawdą. Jego Okruchy dnia opowiadają o służącym doskonałym, który służbie podporządkował całe swoje życie. Narracja jest pierwszoosobowa, jak zawsze u tego pisarza. Wiemy tyle, ile powie nam główny bohater, który, podsumowując swoje życie, nie może powiedzieć nam najważniejszego, bo sam nie chce wyznać tego nawet sobie. Film z roku 1993 jest perfekcyjną realizacją książki. Przede wszystkim zawdzięcza to aktorstwu. Anthony Hopkins zagrał tu rolę życia. Jego Stevens jest genialnie wykreowany. Emma Thompson też jest znakomita. Udało się w tym wypadku zrobić adaptację doskonałą.
Kochanica Francuza Johna Fowlesa ma skomplikowaną narrację - zmienia się ona od trzecioosobowej, do pierwszoosobowej, więcej w pewnym momencie sam narrator wkracza do akcji. Książka ma też kilka zakończeń zostawionych czytelnikowi do wyboru. Jest to opowieść o pisaniu powieści i jednocześnie doskonały romans dziejący się w epoce wiktoriańskiej. Do adaptacji filmowej scenariusz napisał Harold Pinter, wybitny dramaturg angielski (literacka Nagroda Nobla 2005), przetwarzając utwór o tworzeniu literatury na film o robieniu filmu i dodając wątek współczesny. W roli tytułowej wystąpiła Meryl Streep. W tym przypadku wolę jednak książkę. Z powodów trudnych do określenia. Film, widziany jako pierwszy, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Część współczesna idealnie wpisuje się w tematykę utworu. Może brakuje mi rządzącego się absolutnie narratora, opisów stanów psychicznych bohaterów; sama nie wiem.
I obiecany na początku wpisu wyjątek; czyli najpierw przeczytałam książkę, potem z ciekawości obejrzałam film.
Tylko Beatrycze Teodora Parnickiego za punkt wyjścia obiera prawdziwą historię spalenia przez zbuntowane chłopstwo mnichów w klasztorze cystersów w 1309 roku. Opowiada o śledztwie w tej sprawie prowadzonym przeciw diakonowi Janowi Stanisławowi na dworze papieskim w Awinionie. Podczas gdy Kochanica Francuza ma nad aktywnego narratora, ta dziwna powieść nie ma go wcale. Składa się z wielu dialogów. Pierwszym moim skojarzeniem po przeczytaniu było, że jest zapis sesji psychoterapeutycznej, tyle tylko, że średniowiecznej. Ponadto, jest to opowieść o dociekaniu jak tworzy się historia, czy dzieje zależą od jednostek plus dużo teologii. Mądrzej i zgrabniej napisał to Andrzej Kijowski w tekście na obwolucie (PAX, Warszawa 1964):
W tej powieści nic się nie dzieje, wszystko się już stało. Nie wiadomo przy tym, co się stało naprawdę. Przebieg wypadków jest dopiero przedmiotem dochodzenia i właśnie z zapisu owego dochodzenia powstaje..Powieść Parnickiego - a raczej nie powieść, lecz wielki dialog - jest labiryntem myślowym, wielopiętrowym, zagmatwanym wszerz i w głąb. Jest olbrzymią konstrukcją, której kontur ostateczny wyznacza zresztą nie historiozofia, lecz teologia.
Nie twierdzę, że wszystko zrozumiałam, ale powieść zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie i stała się ulubioną. Jednocześnie czułam się tak przytłoczona "rozgadaniem" tej książki, że zaczęłam się zastanawiać nad niemożliwym; czy nie udało by się jej przetworzyć na obraz. Konkretnie na animacje, w której nie pada ani jedne słowo. Od strony plastycznej wyobrażałam sobie to mniej więcej tak. Jakiś czas potem Telewizja Kultura nadała powtórkę filmu z roku 1975 i tak dowiedziałam się, że adaptacja filmowa w ogóle istnieje.
| Kadr z filmu "Tylko Beatrycze". Więcej danych o filmie na stronie: Teodor Parnicki w kinie |
Film zrealizowany jest dość skromnymi środkami i (co nie dziwi), oparty na dialogach. W roli głównej, świetnie zagranej, Mirosław Gruszczyński. Niestety film jest bardzo trudno dostępny. Gdy nadarzy się okazja warto go obejrzeć, bo stanowi przykład wybitnej adaptacji niełatwej, eksperymentalnej prozy.











