piątek, 2 września 2016

Ariadna Oliver o tym, że nie należy niczego sugerować pisarzowi i raczej nie pytać go o czym pisze,

czyli "Zbrodnia na festynie" Agathy Christie.

(...) Widzi pan, to jest moje morderstwo, że tak powiem. Wszystko przemyślałam i zaplanowałam, wszystkie elementy pasują do siebie jak deski łączone na pióro i wpust. Jeżeli w ogóle wie pan cokolwiek o pisarzach, musi pan zdawać sobie sprawę, że nie cierpią oni, kiedy cokolwiek im się sugeruje. Ludzie mówią: "Wspaniale, ale czy nie byłoby lepiej, gdyby ten a ten zrobił to a to?"Albo: "Czy nie jest to cudowny pomysł, żeby ofiarą został A zamiast B?" Lub: "A gdyby tak morderczynią okazała się D zamiast E?" W porządku, piszcie sobie sami, jak chcecie to tak pozmieniać! (...)

- Wiem, madam, że pani ma zawsze mnóstwo pomysłów, ale ja nie bardzo widzę... 
(...)Pani Oliver westchnęła głęboko zwróciła się do Poirota.
- Tak, muszę więc to panu opowiedzieć. Tylko że ja nie jestem najlepsza w opowiadaniu. To znaczy, kiedy coś piszę, jest to zupełnie jasne, ale kiedy mówię, zawsze staje się okropnie pogmatwane. Dlatego nigdy z nikim nie omawiam fabuły moich książek przed napisaniem. Przekonałam się, że nie warto, bo gdy próbowałam, rozmówcy patrzyli na mnie zakłopotani. Mówili , że owszem, ale prawdę powiedziawszy nie wiedzą, co się właściwie wydarzyło i z pewnością nie jest to raczej materiał na książkę. A więc zniechęcali. Niesłusznie, bo kiedy napisałem, wychodziło dobrze!
Pani Oliver przerwała dla nabrania oddechu, po czym mówiła dalej. 
- Więc to idzie tak. Peter Gaye, młody fizyk jądrowy, według podejrzeń na pensji komunistów, jest żonaty z tą dziewczyną, Joan Blunt, a jego pierwsza żona nie żyje, ale naprawdę to żyje, pojawia się, bo jest tajną agentką, a może nie jest, znaczy się może być naprawdę turystką, a żona ma romans i ten facet Loyola zjawia się, aby się spotkać z Mayą, albo żeby ją szpiegować, i jest próba szantażu za pomocą listu od gospodyni albo może od lokaja, i ginie pistolet, a ponieważ nie wiadomo do kogo ten list szantażujący, i strzykawka wypada przy obiedzie, a potem znika....
Pani Oliver postawiła kropkę, trafnie odgadując doznania Poirota. 

Owoce odmiany Antonówka Na drzewie
"Podniosła się, aby go powitać, a kilka jabłek sturlało jej się z kolan i potoczyło we wszystkie strony. Jabłka zdawały się nieodłącznym motywem spotkań z panią Oliver." Żródło
Pani Oliver tym razem nie pisze swojej powieści kryminalnej. Zostaje poproszona o zorganizowanie morderstwa na festynie w pięknej posiadłości Nasse House. Zlecenie, by zaaranżować zabawę w "Polowanie na Mordercę", wydaje się jej dobrą okazją do oderwania się od codziennej rutyny i sporym wyzwaniem, bo jak mówi: (...) trudniej to wszystko urządzić, niż się wydaje. Prawdziwi ludzie są przecież całkiem inteligentni i nie można im tego odebrać, a ja dawkuję inteligencję bohaterom. W czasie przygotowań zaczyna jednak czuć, że coś jest nie w porządku i że ktoś nią manipuluję, aby osiągnąć.. Nie potrafi określić co i bardzo ją to niepokoi. Z tego powodu prosi o przybycie na miejsce Herculesa Poirota. Niestety nawet on nie jest w stanie zapobiec zbrodni. Najgorsze przeczucia pani Oliver się spełniają - morderstwo, które miało być tylko zabawą staje się rzeczywistością. Ktoś, kto miał tylko udawać ofiarę zostaje się nią naprawdę.

Zagadka kryminalna jest ciekawa i czytałoby się to bardzo przyjemnie i lekko, gdyby nie jedna kwestia. Zazwyczaj w książkach Agathy Christie czytelnik nie żałuje ofiary, bo zostaje zamordowana na początku i nie zdążył się do niej przywiązać. W kilku powieściach można współczuć mordercy (na przykład w Morderstwie w Orient Expresie). W Zbrodni na festynie zaś los jednego ze świadków okazuje się godny pożałowania i z tego względu książka wydała mi się smutną historią o samotności. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Ariadna Oliver o bohaterze swoich powieści kryminalnych,

 czyli "Pani McGinty nie żyje" Agathy Christie.

- Nic na to nie poradzę - odrzekła pani Oliver z uporem. - Jest wegetarianinem od zawsze. Zabiera ze sobą maszynkę do tarcia marchewki i rzepy.
- Ależ Ariadne, skarbie, dlaczego?
- Skąd mam wiedzieć? - odparła pani Oliver ze złością. - Skąd mam wiedzieć, dlaczego wymyśliłam tego odrażającego człowieka? Chyba zwariowałam! Dlaczego jest Finem, skoro nie mam pojęcia o Finlandii? Dlaczego wegetarianin? Skąd te wszystko jego idiotyczne dziwactwa? Tak się po prostu stało. Zrobisz coś, ludziom to się podoba, więc ciągniesz dalej - i zanim się zorientujesz, ten irytujący Sven Hjerson przyczepia się do ciebie na resztę życia. A ludzie piszą i mówią, że na pewno go uwielbiam. Uwielbiam? Gdybym napotkała na swojej drodze tego kościstego, tyczkowatego, roślinożernego Fina, popełniłabym lepsze morderstwo niż wszystkie, które wymyśliłam.

W tym czasie krętą drogą ze wzgórza nadjechał powoli samochód, a ogryzek jabłka ciśnięty z dużą siłą uderzył Poirota w policzek. (...) Widok szlachetnej twarzy, wysokiego czoła, niechlujnego kłębowiska siwych włosów poruszył strunę w jego pamięci. Jabłko również pomogło mu sobie przypomnieć.
 Gdy się czyta ten wybuch Ariadny Oliver, gdzieś tam majaczy pytanie o stosunek Agathy Christie do Herculesa Poirota. Czy lubiła wykreowaną przez siebie postać? Z jej wspomnień wynika na pewno jedno, że żałowała, iż już w pierwszych książkach uczyniła Poirota dość wiekowym. A może wybuch frustracji Ariadny wywołany współpracą z teatrem, jest odbiciem nieuniknionych trudność na jakie natykała się autorka z przerabianiem powieści na sztuki teatralne. W każdym razie współdziałanie ze znanym dramaturgiem jawi się pani Oliver jako koszmar. Bardzo tęskni za pracą w pojedynkę.W tych okolicznościach padają z jej ust często cytowane słowa: Pisarze są nieśmiałymi, nietowarzyskimi istotami, które rekompensują sobie brak towarzyskich talentów, wymyślając własnych znajomych i własne rozmowy.
Ale nie tylko Ariadna cierpi, Hercules Poirot też się męczy, acz z powodów prozaicznych:

Ja również muszę wiele znieść - rzekł Poirot. Brakuje mi słów, żeby opisać to, co gotuje Maureen Summerhayes. To nie jest jedzenie. A przeciągi, zimny wiatr, wymiotujące koty, psia sierść, połamane nogi u krzeseł, to okropne, okropne łóżko, w którym śpię - przymknął oczy, rozpamiętując swoje cierpienie - letnia woda w łazience, dziury w wykładzinie na schodach i kawa - nie ma słów, żeby opisać płyn, który podają jako kawę. To zniewaga dla żołądka.

Hercules Poirot zgodził się na takie warunki pobytu, ponieważ znajomy policjant prosił go, by przyjrzał się pewnej sprawie. Miał on wątpliwości, czy rzeczywiście lokator pani McGinty, James Bentley zabił ją dla kilku funtów. A jeśli nie on, to kto mógł zamordować starszą panią, która zajmowała się sprzątaniem w okolicy? Słynny detektyw przeprowadza wnikliwe śledztwo, o którym czyta się z dużą satysfakcją.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"Labirynt nad morzem", Zbigniew Herbert.

Labirynt nad morzem Zbigniewa Herberta to zbiór esejów wydany po śmierci poety. Jak można dowiedzieć się z noty wydawcy, część szkiców ukazała się wcześniej drukiem, a książka była w zamiarach o wiele szerszym przedsięwzięciem niż to, co otrzymaliśmy. Po planach zostały tylko tytuły, notatki i fragmenty. Ostatecznie w tomie znalazło się pięć esejów w starożytnej Grecji, jeden o Etruskach i jeden wspomnieniowy. Najbardziej interesujące wydały mi się cztery eseje poświęcone Grecji: tytułowy Labirynt nad morzem, Próba opisania krajobrazu greckiego, Sprawa Samos, Duszyczka.

Próba opisania krajobrazu greckiego jest zapisem wrażeń z podróży po Grecji, jaką pisarz odbył w latach sześćdziesiątych. Herbert nazywa ten szkic próbą, ponieważ : Jest to krajobraz wymykający się opisowi przez samą swoją naturę. Niepodobna znaleźć miejsca, które byłoby choćby w przybliżeniu sumą, syntezą doznań wzrokowych podróżnika, niepodobna wykroić z tego splątania błękitu, gór, wody, powietrza i światła żadnego widoku i powiedzieć - to jest Grecja. Skoro uogólnienie jest niemożliwe, powstają mistrzowskie opisy miejsc odwiedzanych przez poetę: groty Zeusa, Olimpii, Delos, sanktuarium Asklepiosa, osadzonych w dzikim i surowym krajobrazie Myken. Nic nie zostało po Sparcie, która tak zachwycała filozofów, jako społeczeństwo skupione na chwale wojennej swojego państwa. To dobre ostrzeżenie. Za to Delfy to do dzisiaj - kamienna korona greckiego krajobrazu. Otrzymujemy także piękny obraz wszechobecnego morza. Z każdego niemal wzniesienia widać morze. Zamyka horyzont płaską linią, która powinna dawać uciszenie. Ale nawet gdy jest ono spokojne, gdy nie szturmuje ziemi, jego głęboki kolor przypomina, że jest przepaścią przykrytą lustrem. I charakterystycznego dla Grecji uczucia zbratania z przyrodą, naturalnej łatwości z jaką daje się przemienić w kształty ludzkie. Pisze Herbert: (...) metamorfoza drzew w driady była nie tyle wynikiem wybujałej wyobraźni Greków, ile bystrej obserwacji i trafnego uchwycenia znaków wysyłanych przez otaczający świat. Wzruszające też są jego opisy drzewa oliwnego, stoku greckiej góry.

Labirynt nad morzem rozpoczyna się opisem widoku Krety wyłaniającej się z morza. Opowiada o odkryciu cywilizacji minojskiej, które było dziełem jednego człowieka Arthura Evansa. I o tym, że wobec nieodczytania pisma linearnego A, skazani jesteśmy na przypuszczenia. Nie wiadomo, czy Achajowie podbili Kretę, czy byli raczej jej podporządkowani, bo tak można odczytać najbardziej znany mit opowiadający o Krecie, ten o Minotaurze. Jak wielki był wpływ cywilizacji minojskiej na przybyszy z głębi Azji? Niewiele też wiemy o religii panującej na Krecie. Byk wydaje się w niej zwierzęciem wszechobecnym, przedstawianym na malowidłach, podobnie jak siekiery o podwójnym ostrzu, zwane labys, (stąd wzięła się nazwa labirynt - pałac toporów). Piękne kobiety w stanikach otwartych na piersiach na freskach to prawdopodobnie wizerunki kapłanek Wielkiej Matki - wielkiej, potężnej bogini przyrody, którą czczono w grotach. Pewne jest, że cywilizacja kreteńska, która zniknęła na skutek trzęsienia ziemi i fal tsunami była odmienna od achajskiej. Wynika to choćby z zestawienia, jakie czyni Herbert porównując duszną twierdzę Agamemnona w Mykenach z pałacem w Knossos z jego wielką liczbą pokoi skupionych wokół centralnego dziedzińca, całością  otwartą na powietrze i słońce.

File:Dauphins de knossos.jpg
"W malarstwie kreteńskim mniej jest siły i wzniosłości, obca jest mu filozoficzna zaduma czy religijna ekstaza. (...) Jest to sztuka spontaniczna, nerwowa, porywcza, mało dbająca o szczegół, tak, że ptaki, ryby i kwiaty wyrażają jakby ogólną ideę przyrody i czasem trudno powiedzieć do jakiego należą gatunku, Jest jednak w tym wszystkim ożywcze tchnienie ubóstwianej natury, wdzięk, uśmiech i gest taneczny". Źródło
Sprawa Samos opowiada o wyspie Samos na Morzu Ikara, która na długo przed Atenami stanowiła centrum kultury jońskiej, a za czasów Herodota jej stolica uchodziła za najpiękniejsze miasto świata greckiego. Esej jest szkicem historycznym opowiadającym o buncie Samos, interwencji zbrojnej Aten i wojnie między tymi miastami, teoretycznie związanymi przymierzem, trwającej od 440 do 439 roku p.n.e. Zwycięstwo Aten okazuje się ich moralną klęską. Pokazuje wyradzanie się demokracji ateńskiej - narzucanie siłą swojej woli w imię niejasnych interesów władzy i barbarzyńskie okrucieństwo na zewnątrz prowadzi do ograniczenia wolności słowa w samych Atenach. Wniosek, jaki można wyciągnąć z tego wydarzenia rozgrywającego się marginesie dziejów greckich, to ten, że najeźdźcy wracając z wojny przynoszą w fałdach mundurów na podeszwach butów - zarazek, od którego chorować będzie ich własne społeczeństwo, ich własne swobody.

Inspiracją do napisania eseju Duszyczka (tytuł wydaje się nawiązaniem do wiersza Hadriana) był list Zygmunta Freuda do Romain Rollanda. W liście tym rozważane są przyczyny uczucia dość powszechnego, które często ogarnia ludzi stających przed sławnymi dziełami sztuki: "A więc to wszystko istnieje naprawdę(...)". List staje się powodem wyrażenia przez Herberta swojego stosunku do arcydzieł, które istnieją bardziej obiektywnie od nas i podejścia do tradycji - jakim błędem jest jej odrzucanie, o wysiłku, jaki trzeba wykonać by ją przyswoić. 

 Wpis powstał w ramach wyzwania "Pod hasłem": Zabierz na wakacje... ejotka. 

piątek, 19 sierpnia 2016

Ariadna Oliver o sztuce pisania kryminałów,

  czyli "Karty na stół" Agathy Christie.
 
- Podobała mi się pani najnowsza książka - powiedział nadinspektor Battle uprzejmie. - Ta, w której wszyscy komisarze zostają jednocześnie zastrzeleni. Potknęła się pani raz czy dwa na szczegółach. Wiem, że stara się pani być ścisła, więc jestem ciekaw... 
- Szczerze mówiąc - przerwała mu pani Oliver - gwiżdżę na ścisłość. Kto jest dokładny? W dzisiejszych czasach nikt. (...) jakie ma to znaczenie, że pomylę stopnie policyjne albo napiszę rewolwer zamiast pistolet czy gramofon zamiast dyktafon i użyję trucizny, po której ofiara wypowiada jedno zdanie i umiera. Chodzi tylko o to, by było dużo trupów! Jeśli historia staje się odrobinę nudna, można ją ożywić znajdując następną ofiarę. Ktoś zamierza coś wyznać i właśnie wtedy zostaje zabity. To ma zawsze powodzenie. To powtarza się we wszystkich moich książkach, choć oczywiście jest zakamuflowane na różne sposoby. Czytelnicy lubią niewykrywalne trucizny, głupich inspektorów policji, dziewczyny związane w piwnicach, w których wydobywa się gaz albo zalewa je woda (to doprawdy bardzo kłopotliwy sposób zabijania), i bohatera, który gołymi rękami może załatwić w pojedynkę siedmiu łajdaków. Do chwili obecnej napisałam trzydzieści dwie książki i naturalnie wszystkie są dokładnie takie same, co zauważył wyłącznie pan Poirot. Żałuję tylko, że zrobiłam swojego detektywa Finem. Nie wiem nic o Finach i wciąż dostaję z Finlandii listy wytykające mi, że zrobił on coś nieprawdopodobnego. Wydaje się, że on tam w Finlandii czytają dużo powieści kryminalnych. Przypuszczam, że to z powodu długich zim i braku światła dziennego. W Rumunii i Bułgarii chyba wcale nie czytają. Byłoby lepiej, gdybym zrobiła go Bułgarem. - Przerwała. - Bardzo przepraszam. Mówię o sprawach zawodowych, a tu mamy prawdziwe morderstwo.  
- Jak miło cię widzieć moja droga - powiedziała pani Oliver, wyciągając rękę ubrudzoną kalką,
a drugą ręką próbując przygładzić włosy, co było niewykonalne. Potrąciła łokciem papierową torbę,
która spadła ze stołu i po podłodze potoczyły się jabłka. Źródło zdjęcia
Karty na stół to pierwsza książka, w której Agatha Christie zetknęła z sobą Herculesa Poirota i Ariadnę Oliver. Okoliczności ich poznania stworzyła dość niezwykłe. Ekscentryczny pan Shaitana postanowił pokazać Poirotowi swoją niezwykłą kolekcję morderców, którym się udało - uniknęli odpowiedzialności za swoje czyny. Pomysł polegał na tym, by na obiad i partię brydża zaprosić czterech zbrodniarzy i czterech detektywów. Oprócz Poirota i pani Oliver (w końcu pisze o zbrodni, więc musi się na niej znać), gośćmi po stronie śledczych był inspektor Scotland Yardu i pułkownik z Secret Service. Po skończonej rozgrywce brydżowej gospodarz został znaleziony zasztyletowany. Kto z czworga osób, które już wcześniej popełniły morderstwo, na tyle doskonałe, by nie stać się oskarżonymi, zabił jeszcze raz? Które z nich najbardziej obawiało się zdemaskowania? Klucz do osobowości podejrzanych, a więc do zagadki, kryje się, według Herculesa Poirota, w zapisach brydżowych. Oczywiście słynny detektyw znajdzie mordercę, pani Oliver, niezupełnie zgodnie z prawdą, będzie twierdzić, że od początku wiedziała, kim on jest. A oprócz tego wygłosi także kilka bardzo trafnych uwag o zawodzie pisarza.
Bardzo przyjemna lektura.