piątek, 10 kwietnia 2026

"Sprawa Stalina" Giles Milton


Gdy się Triumwirat wspólnie brał
Za świata historyczne kształtyWiadomo, kto Cezara grał

Sprawa Stalina Gilesa Miltona opowiada o tym, jak doszło do zawarcia koalicji antyniemieckiej między Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, sojuszu z jednej strony zaskakującego ze względu na wzajemną wrogość i różnice ideologiczne stron, z drugiej zaś bardzo pożądanego z powodu nazizmu, który niczym walec miażdżył Europę. Punktem przełomowym była napaść Hitlera na Związek Radziecki w 1941 roku. Książka pokazuje kulisy wielkiej polityki, która zmieniła losy świata, a także interesująco kreśli portrety Churchilla, Roosevelta i ich pierwsze wrażenia ze spotkania z Józefem Stalinem. Trzeba bowiem pamiętać, że na skutek izolacji ZSRR, był on osobą kompletnie nieznaną na arenie międzynarodowej. Głównie jednak Giles Milton przedstawia skomplikowaną i zmieniającą się w czasie dynamikę relacji między Wielką Trójką, wynikającą nie tylko ze zmiennej sytuacji na froncie, gry interesów, ale też z odmienności charakterów, wzajemnego braku zaufania i niestety rywalizacji między przywódcami zachodnich aliantów. Jak pisze brytyjski autor - w pewnym momencie Roosevelt stawiał sobie za punkt honoru utrzymywać lepsze relacje ze Stalinem niż Churchill.
 
Giles Milton ma lekkie pióro - całość, pełna anegdot, jest napisana wciągająco, niemal sensacyjnie. Przedstawia wydarzenia z punktu widzenia bardzo wielu osób, ale szczególnie ważnymi postaciami w jego książce są ambasadorowie: ekscentryczny brytyjski Archibald Clark Kerr i amerykański, były przemysłowiec, Averell Harriman. Ten ostatni zaczynał jako osoba organizująca dostawy żywności, sprzętu i uzbrojenia do Związku Radzieckiego, a wcześniej do Wielkiej Brytanii. W jego misjach zarówno pomocowych, jak i dyplomatycznych towarzyszyła mu córka Kathleen. Głównie dzięki jej dziennikom i listom, książka daje wgląd w życie codzienne, napierw w bombardowanym Londynie, a potem w Moskwie, oczywiście na tyle, na ile to było możliwe w warunkach sowieckiej dyktatury. Jest to perspektywa z jednej strony ograniczona, bo skupiona w dużej mierze na życiu w ambasadzie, z drugiej pozwala spojrzeć na wielkich tego świata od bardziej prywatnej strony. 
 
Łatwo wybrać ścieżkę dźwiękową do tej książki. Byłaby nią piosenka Jacka Kaczmarskiego zatytułowana Jałta, z gorzką, przejmującą ironią, ale jakże celnie podsumowująca obrady Wielkiej Trójki i ich konsekwencje dla Europy. Na marginesie, decyzje podejmowane w Jałcie były tylko rozwinięciem postanowień ze wcześniejszej konferencji w Teheranie, co jest dobrze przedstawione w książce. Widać w niej znakomicie politykę imperialną. W czasie spotkań Wielka Brytania, stara potęga rywalizowała ze wschodzącym imperium (USA), a totalitarna dyktatura, wzmocniona przez Amerykanów, też zaczynała mieć ambicje mocarstwowe, czego najlepszą oznaką były zmieniające się portrety w siedzibach radzieckich władz. Marks i Lenin zostali zastąpieni przez carskich generałów. Czy zdawano sobie sprawę z rosnących apetytów Sowietów i z tego że, na przykład plany przeprowadzenie uczciwych referendów w krajach bałtyckich po wejściu tam Armii Czerwonej to mrzonki? Sprawa Stalina pokazuje rodzącą się z czasem świadomość, przynajmniej u niektórych uczestników wydarzeń, niestety tych, których wpływ na rzeczywistość był ograniczony, że stanowisko zachodnich aliantów wobec agresywnych, imperialnych zapędów Związku Radzieckiego było nie tyle podyktowane własnymi interesami (choć to oczywiście też), co po prostu nieprzemyślane i zbyt naiwne. Nie ma wątpliwości, że spuszczamy Frankensteina ze smyczy na Europę - jak to konkluduje poniewczasie jedna z postaci. 

"Jałta" Jacek Kaczmarski

Jak nowa - rezydencja carówSłużba swe obowiązki znaPrecz wysiedlono stąd TatarówGdzie na świat wyrok zapaść ma
 
Okna już widzą, słyszą ścianyJak kaszle nad cygarem LewJak skrzypi wózek popychanyZ kalekim demokratą w tle
 
Lecz nikt nie widzi i nie słyszyCo robi Góral w krymską nocGdy gestem w wiernych towarzyszyWpaja swą legendarną moc
  
Nie miejcie żalu do StalinaNie on się za tym wszystkim kryłPrzecież to nie jest jego winaŻe Roosevelt w Jałcie nie miał siłGdy się Triumwirat wspólnie brałZa świata historyczne kształtyWiadomo, kto Cezara grałI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
W resztce cygara mdłym ognikuPływała Lwa Albionu twarzNie rozmawiajmy o Bałtyku!Po co w Europie tyle państw?
 
Polacy? Chodzi tylko o toŻeby gdzieś w końcu mogli żyć!Z tą Polską zawsze są kłopotyKaleka troszczy się i drży
 
Lecz uspokaja ich gospodarzPożółkły dłonią głaszcząc wąsMój kraj pomocną dłoń im podaPotem, niech rządzą się, jak chcą
 
Nie miejcie żalu do ChurchillaNie on wszak za tym wszytkim stałWszak po to tylko był TriumwiratBy Stalin dostał to, co chciałKomu zależy na pokojuTen zawsze cofnie się przed gwałtemWygra, kto się nie boi wojenI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Ściana pałacu słuch napinaGdy do Kaleki mówi LewJa wierzę w szczerość słów StalinaDba chyba o radziecką krew
 
I potakuje mu KalekaNiezłomny demokracji stróżStalin to ktoś na miarę wiekuOto mąż stanu, oto wódz
 
Bo sojusz wielkich - to nie zmowaTo przyszłość świata - wolność, ład!Przy nim i słaby się uchowaI swoją część otrzyma - strat
 
Nie miejcie żalu do Roosevelta
Pomyślcie, ile musiał znieśćFajka, dym cygar i butelkaChurchill, co miał sojusze gdzieś!Wszakże radziły trzy ImperiaNad granicami, co zatarteW szczegółach zaś już siedział BeriaI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Więc delegacje odleciałyUcichł na Krymie carski gródGdy na zachodzie działa grzmiałyTransporty ludzi szły na wschód
 
Świat wolny święcił potem tryumfOpustoszały nagle frontyW kwiatach już prezydenta gróbA tam transporty i transporty
 
Czerwony świt się z nocy budziZ woli wyborców odszedł ChurchillA tam transporty żywych ludzi A tam obozy długiej śmierci
 
Nie miejcie więc do Trójcy żaluWyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym caluKażdy z nich chronił, co już miałMógł mylić się zwiedziony chwiląNie był Polakiem ani BałtemTylko ofiary się nie myląI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
Tylko ofiary się nie myląI tak rozumieć trzeba Jałtę
 
-----------
Piosenki można posłuchać tu - link. 
 
 

piątek, 3 kwietnia 2026

3 kwietnia - 130 rocznica urodzin Józefa Czapskiego


Schopenhauer pisał, że jak nie mamy czasu przyjrzeć się uważnie, kto z dwóch rozmówców jest głupszy - wystarczy rachować, który ile razy powiedział słowo "ja". Ten, który mówi "ja" częściej - jest głupszy. 
  Pod wpływem tego, między innymi, zdania, powtórzonego mi w dalekiej młodości, miałem zawsze, gdy tylko pisałem cokolwiek do druku, stosunek niepewny do wszystkiego, co trąciło wyznaniem. A przecież wcale nie jest to tak proste, jak Schopenhauer złośliwie ujął. "Ja" - mówią i piszą bardzo często (nieraz za często) nie tylko durnie, a do tego wszelka literatura jest formą bardziej lub mniej zamaskowanego wyznania. Przecie nawet Flaubert, gdy go pytano, kim jest Pani Bovary - powiedział:
 - Madame Bovary, c'est moi
  Turgieniew pisze złośliwie, że ludzie z zainteresowaniem mówią o wielu rzeczach, z apetytem - tylko o sobie.
  - Więc nawet o sobie mówić nie wolno - skarży się Rozanow, atakując gwałtownie Turgieniewa za tę właśnie niewinną złośliwość.
  W Iraku dałem do przeczytania Adolfowi Bocheńskiemu moje griazowieckie odczyty o Prouście. Wspominam w nich, że pisarz, niezrozumiały dla mnie na początku, ujawnił mi się i olśnił, dopiero gdy go czytałem w okresie długiej, bezczynnej rekonwalescencji po ciężkim tyfusie. Bocheński przeczytał mój kajest, obsypał mnie - jak on to umiał - przesadnymi komplementami i zakończył nieoczekiwanie ostrą wymówką: "Jak mogłeś pisać o swoim tyfusie. Co to kogo może interesować, że ty miałeś tyfus".
  Kiedy tu, w Paryżu, dałem do oceny rękopis mojej książki Na nieludzkiej ziemi pisarzowi francuskiemu, do którego czujnego smaku mam największe zaufanie, postawił mi jeden zarzut przede wszystkim:
- Dlaczego pan tak rzadko mówi "ja"? Szkodzi to bardzo pańskiej książce. Czytelnik musi wiedzieć, z kim ma do czynienia. Niech pan zauważy, jak często pisarze używają słowa "ja" - i tu ironicznie zaczął naśladować namaszczenie i "pompę", z którymi to "ja" wciąż wysuwają niektórzy z jego kolegów.  - Ale niech się pan tym nie zraża, we wspomnieniach, w opowiadaniach swych przeżyć, "ja" jest konieczne. Czytelnik musi mieć do pana stosunek, jeżeli pan chce, aby się pańskimi wrażeniami, obserwacjami interesował. Niech pan częściej pisze "ja". 
 No i bądź tu mądry!
_____
Cytat z eseju Ja z książki Józefa Czapskiego Czytając; Wydawnictwo Znak Kraków 2015 
 

piątek, 27 marca 2026

"Zabijemy Stellę / Piąty rok" Marlen Haushofer


Zabijemy Stellę
i Piąty rok to dwie odmienne nowele Marleny Haushofer, które łączy jednak kilka rzeczy: doskonale nakreślone, pogłębione psychologicznie portrety postaci, delikatna, ale wyraźna obecność symboli związanych z przyrodą, i to, że ta ostatnia odgrywa ogromną rolę w życiu bohaterek, choć w pierwszym utworze jest to zaledwie ogród w mieście, a dopiero w drugim wiejska okolica położona w górach. Bardzo subtelnie, na poziomie pojedynczych zdań, zaznaczony jest też cień wojny.
 
Zabijemy Stellę to studium winy jednostki. Jest to znakomicie ukazany obraz wyobcowania, samotności, ukrytej przemocy i skomplikowanych relacji rodzinnych przykrytych codzienną rutyną i pozorami normalności. Anna, główna postać noweli, dokonuje analizy własnego postępowania i wszystkiego, co się wydarzyło od momentu, kiedy ona i jej rodzina przyjęli pod swój dach Stellę mającą zdobyć zawód w pobliskiej szkole. Opowieść Anny jest stonowana, pełna szczegółów i niuansów, pod spodem zaś buzują emocje szczególnego rodzaju: Mój gniew już dawno wygasł, pozostała tylko groza: zupełnie mną zawładnęła, mieszkam w niej niczym w znienawidzonej przestrzeni. Ta groza wynikająca z poczucia niemożności wyrwania się z psychicznego więzienia każe jej zadawać pytania o winę innych, a także o własną odpowiedzialność. Na ile jej milczenie i bierność przyczyniły się do tragedii? Bardzo bolesna konfrontacja z własną wygodą i tchórzostwem usprawiedliwianymi troską o rodzinę nie niesie żadnej nadziei na zmianę. Anna nie ma złudzeń, dawno się już ich wyzbyła: świat będzie się dalej toczyć, jakby nic się nie stało.  
  
Et in Arcadia ego - śmierć, choć inaczej, jest też obecna w drugim opowiadaniu. Piąty rok to psychologiczny portret małej dziewczynki mieszkającej z kochającymi dziadkami u podnóża gór. Wiejska codzienność, zmieniające się pory roku, dzika i oswojona przyroda - wszystko to, co mieści się w zwrocie odkrywanie świata przez pięciolatkę jest tu znakomicie pokazane. Więcej, subtelnie i wnikliwie przedstawione są także przeżycia wewnętrzne dziecka i jego coraz lepsze rozumienie bliskich osób, relacji między dorosłymi, ich emocji, zwłaszcza smutku związanego ze stratą. Ta Arkadia dzieciństwa bowiem podszyta jest egzystencjalnym niepokojem rodzącym się w wyniku pierwszego zetknięcia się ze śmiercią. Pierwsze uświadomienie sobie kruchości istnienia jest tym dotkliwsze, że bardziej odczuwane na poziomie emocji niż pojmowane, co jeszcze pogłębia fakt, że tak małe dziecko nie posiada umiejętności wyrażenia tego, co czuje i rozumie. Najlepszym przykładem jest tu scena płaczu na cmentarzu. Zachwyca w niej, jak prosto a zarazem przejmująco Marlena Haushofer potrafi pokazać jej sens nadając symboliczne znaczenie przyrodzie. Podobnie zresztą czyni to w pierwszej noweli, tworząc bardzo poruszającą prozę.  
 

sobota, 21 marca 2026

Wiersz na marzec - "Marcowe słońce" Leopold Staff


Marcowe słońce ozłaca
Daleką, szczerą równinę,
Na której, jak okiem sięgnąć, 
Drzewko widnieje jedyne.
 
Jeszcze się nic nie zieleni,
Nago i pusto, jak w stepie,
Tylko wiatr tańczy i hula,
I drzewkiem targa i siepie.
 
A drzewko chwieje gałęźmi
W wesołej z wiatrem przekorze,
Że choć mu liść zwiał w jesieni,
Cienia zwiać z ziemi nie może. 
 

poniedziałek, 16 marca 2026

"Trzy pierścienie" Daniel Mendelsohn


Trzy pierścienie
Daniela Mendelsohna to składający się z trzech części, krótki esej, którego tematykę zapowiada podtytuł: Rzecz o wygnaniu, opowieści i losie. W pierwszej części szkicu autor przywołuje swoje dwie inne, bardzo osobiste książki: pierwszą o wykładach na temat Odysei i podróży śladami Odyseusza, oraz drugą zatytułowaną Zagubieni. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów, w której próbował zrekonstruować losy swoich krewnych w czasie Holokaustu. Trzy pierścienie podejmują podobne wątki opowiadając o wygnańcach, o utraconym życiu i przeszłości niemożliwej do odtworzenia. Jeszcze jeden temat jest kluczowy dla tego eseju, któremu patronuje dzieło Homera i archetyp tułacza, jakim jest niewątpliwie Odyseusz, a mianowicie sztuka narracji. Szczególną uwagę zaś poświęca Mendelsohn kompozycji pierścieniowej, polegającej, upraszczając, na połączeniu różnych historii - w pierwszej zaczyna się druga, w drugiej trzecia itd, które zazębiając, uzupełniają się wzajemnie, dając czytelnikowi jasny obraz tego, co się wydarzyło.
 
Jedną z wielu postaci przewijających się na kartach książki jest uchodźca z hitlerowskich Niemiec, Erich Auerbach, który swoje wielkie dzieło Mimesis - Rzeczywistość przedstawioną w literaturze Zachodu napisał na wygnaniu w Stambule. Rozprawa ta, do dziś uznawana za klasyczną pozycję dwudziestowiecznej nauki o literaturze, rozpoczyna się od zestawienia i analizy sposobu snucia opowieści charakterystycznego dla Odysei i Biblii. Jak pisze Daniel Mendelsohn: 
 
Są różne sposoby na zdefiniowanie dwóch stylów narracji, które Auerbach przeciwstawia sobie na początku imponującej podróży przez literaturę Zachodu - owe dwa style nie przypadkiem są także dwoma filarami cywilizacji europejskiej.
 
Homerycki, czyli grecki sposób pisania, od którego wybitny krytyk zaczyna swój wywód, można nazwać stylem "optymistyczny". Przypomina jaskrawe światło, które spłaszcza cienie i kontury, stawia na jednym poziomie wszystko, przeszłość i teraźniejszość, historię i legendę - sugerując, że wszystko można poznać, objaśnić, wytłumaczyć. Na przeciwległym biegunie plasuje się mroczny, nieprzenikniony styl hebrajski, "ścieżka" pesymistyczna, która zakłada, że twór pisarski, podobnie jak Bóg, jest nierozpoznawalny i może podlegać (jak przekonuje dalej Auerbach) wyłącznie interpretacji. (...)
 
Zastanawia mnie, że wspomniane style, pesymistyczny i optymistyczny, nie są przeciwstawne, tylko komplementarne, że reprezentują dwa aspekty tego samego złożonego zjawiska, że oba są niezbędne, by je opisać i stanowią nierozerwalną całość (...) 

O ile pierwsza część Trzech pierścieni skupiała uwagę w dużej mierze na sposobie narracji w Odysei, to druga opowiada o niezwykle popularnym siedemnastowiecznym retellingu tejże stanowiącym rozwinięcie przygód Telemacha, a także o tym, jak ta książka autorstwa Françoisa Fénelona, również wygnańca, rezonowała w kulturze europejskiej (o tym, że była powszechnie czytana świadczy choćby fakt, że na ziemiach polskich w XIX wieku ukazało się siedem wznowień tłumaczenia). W sposób niezwykły Daniel Mendelsohn znajduje powiązania między twórczością Fénelona a Proustem i jego dziełem W poszukiwaniu straconego czasu. Wszystko się tutaj łączy, dopełnia, objaśnia. Jeśli, według wyżej przedstawionego podziału, jest to opowieść optymistyczna, to pesymistyczną, komplementarną do niej narrację stanowi trzecia część eseju opowiadająca głównie o twórczości W. G. Sebalda, pokazującą rzeczywistość potrzaskaną, której nie da się odtworzyć, w pełni opowiedzieć, z której pozostały tylko fragmenty, drobiny. 
 
Trzy pierścienie napisane są z wielką lekkością i precyzją. Snując swoje pełne dygresji historie, podając mnóstwo szczegółów, wprowadzając poboczne, jak się zdaje wątki, przywołując powtarzające się obrazy pisarz buduje swój esej w sposób kołowy zarówno w  poszczególnych częściach, jak i nadając całej książce kształt łączących się pierścieni. Dygresje okazują się pętlami i pętelkami, poboczne wątki ściankami narracyjnej szkatułki, powtarzające się obrazy częściami większego wzoru, a związki między wszystkimi szczegółami stają się nagle jasne. Nie ma tu ani jednego nieprzemyślanego zdania. Wszystko się ze sobą splata na wiele różnych sposobów, odnosi wzajemnie do siebie i tematu: wygnania, opowieści i losu. Śledzenie tych wzorów, powiązań poprzez czas i przestrzeń, snutych przez autora sprawia niezwykłą czytelniczą radość.  
 

sobota, 14 lutego 2026

"Trzy róże" Bolesław Leśmian


W sąsiedniej studni rdzawi się szczęk wiadra.
W ogrodzie cisza. Na kwiatach śpią skwary, 
Spoza zieleni szarzeje płot stary.
Skrzy się ku słońcu sęk w płocie i zadra,
O wodę z pluskiem uderzył spód wiadra.
 
Spójrzmy przez liście na obłoki w niebie 
I na promieni po gałęziach załom,
Zbliźmy swe dusze i pozwólmy ciałom
Być tym, czym wzajem pragną być dla siebie!
Spójrzmy przez liście na obłoki w niebie.
 
Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne,
I dwa te ciała, ukryte w zieleni, 
I ten ład słońca wśród bezładu cieni,
I najście ciszy nagłe, niespokojne,
Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne.
 
A jeśli jeszcze, prócz duszy i ciała,
Jest w tym ogrodzie jakaś róża trzecia,
Której purpura przetrwa snów stulecia,
To wszakże ona też nam w pierś pała -
Ta róża trzecia, prócz duszy i ciała! 

piątek, 13 lutego 2026

"Śnieg" Orhan Pamuk

(...) każdy człowiek był niepowtarzalną mapą - śnieżnym kryształem. Dzięki analizie płatków śniegu można udowodnić, jak w istocie różni, dziwni i niezrozumiali bywają ludzie, którzy pozornie są do siebie do złudzenia podobni.  
 
Śnieg Pamuka to wielowątkowa powieść rozgrywająca się w Karsie, mieście położonym na północnowschodnim krańcu Turcji o bogatej, wieloetnicznej, bo zarówno tureckiej, ormiańskiej, jak i rosyjskiej przeszłości. Tutaj przybywa Ka, poeta o lewicowych poglądach, prześladowany w przeszłości przez władze tureckie, od wielu lat mieszkający na stałe w Niemczech. Celem jego przyjazdu jest napisanie artykułu na temat rosnącej liczby samobójstw wśród dziewczyn i młodych kobiet. Padający śnieg odcina Kars od reszty kraju, co jeszcze podgrzewa panującą w mieście atmosferę, związaną nie tylko z samobójstwami, ale przede wszystkim z mającymi odbyć się wyborami, w których, jak na to wszystko wskazuje, wygra kandytat islamski. Ma się też odbyć spektakl teatralny transmitowany przez lokalną telewizję, pokazujący sztukę z lat pięćdziesiątych promującą świeckość. Na przedstawienie mają przyjść zarówno władze, elita miasta, jak i uczniowie szkoły koranicznej. Ka chodzi po mieście, przeprowadza wywiady, rozmawia z rodzinami dziewcząt, ale ważniejsze jest dla niego coś innego. Zasypujący wszystko śnieg przypomina mu dzieciństwo, spotyka kobietę, w której był kiedyś zakochany. Wszystko to sprawia, że po wielu latach wraca natchnienie - zaczyna pisać, jeden za drugim, wiersze.
 
To jest w grubym zarysie sam początek książki. Jest ona napisana z rozmachem i świetnie pokazuje złożoność społecznej i politycznej sytuacji w Turcji pod koniec lat dziewięćdziesiatych: upadek gospodarki, bezrobocie, prześladowanie mniejszości kurdyjskiej, wszechobecne podsłuchy - autorytarne państwo stosujące przemoc wobec swoich obywateli. Ka przesłuchiwany w sprawie morderstwa, którego przez przypadek był świadkiem, zdaje sobie w pewnym momencie sprawę, że nie był bity w czasie śledztwa, tylko dlatego, że przyjechał ze stolicy. Formą sprzeciwu wobec państwa jest szukanie oparcia w religii. Wiara jest też jakąś odpowiedzią na biedę, brak przyszłości, zagubienie. Co się jednak dzieje, gdy religia jest bardzo patriarchalna, równie opresyjna jak państwo? Odpowiedź pada w powieści wprost: Mężczyźni wybiera religię a kobiety śmierć. Jednocześnie Pamuk jest zbyt dobrym pisarzem, aby nie pokazać kompleksowości zewnętrznych i wewnętrznych motywów działania bohaterów. Na przykład: dla nastoletnich dziewczyn, przychodzących do szkoły w muzułmańskich chustach, bunt przeciw narzucanej przez państwo świeckości nie jest tylko sprawą przekonań religijnych, czy chęcią samostanowienia, ale też kwestią presji grupy rówieśniczej. 
 

Zachwycającą cechą powieści Orhana Pamuka jest, z jednej strony, pewna charakterystyczna podwójność czy nawet zwielokrotnienie podobnych postaci, powtarzalność tych samych wydarzeń w ich życiach, z drugiej, wyjątkowość ich losów - jednoczesne pokazywanie podobieństwa i tego, w jak dużym stopniu jest ono złudzeniem, bo każdy człowiek, jak płatek śniegu, jest niepowtarzalny. Ogólnie mówiąc, śnieg może nie jest osobnym bohaterem tej książki, ale kształtuje mocno jej scenerię, język (metafory i porównania), tworzy nastrój i współgra z tematem. Śnieg odcina miasto od reszty kraju, powodując powstanie zamkniętej bańki, co tylko uwypukla trudną sytuację w Karsie i komplikuje ją jeszcze bardziej. Przykrywająca miasto gruba śnieżna warstwa stwarza wrażenie powstania innej rzeczywistości, powoduje uczucie odcięcia, odrealnia i wybija z codzienności. Jest w sposobie opowiadania tej historii jakaś lekkość (chciałoby się czasami dodać nieznośna) wynikająca z kilku czyników, z których na pewno jednym jest wszechobecny śnieg, wpływający na odczucia bohaterów. Ka w pewnym momencie słysząc tragiczne wieści z centrum miasta ma wrażenie, że słucha okrutnej baśni wywołującej dreszcz na plecach. Innym czynnikiem jest na pewno czasowy dystans. Historia opowiadana jest przez zewnętrznego narratora, który przytacza relację Ka. Sam Ka, z punktu którego oglądamy wydarzenia, też jest kimś obcym w Karsie, emigrantem, człowiekiem wykształconym, niebędącym zaangażowanym w wypadki, a raczej w nie przypadkiem wplątanym. Jest osobą, której najbardziej zależy na osobistym szczęściu, wszystko inne jest mniej ważne. Jeszcze innym powodem lekkości narracji jest gawędziarski styl, czasami przechodzący w satyryczny opis, tylko że ta satyra uwydatnia dramatyzm wydarzeń. Opisywana rzeczywistość wydaje się zbyt absurdalna, zbyt teatralna. Sprawia wrażenie spektaklu reżyserowanego przez różne siły, co jeszcze podkreśla wątek przedstawienia transmitowanego przez telewizję - gdzie na deskach teatru rozgrywają się istotne dla miasta wydarzenia. Ma się wrażenie, że wszystko, co się dzieje, nie jest na serio, bo jest zbyt groteskowe, aby było realne, ale konsekwencje są prawdziwe: ludzie są torturowani i zabijani. 
 
Śnieg jest książką, z jednej strony, bardzo turecką, z drugiej uniwersalną, co jeszcze podkreślają odwołania do literatury europejskiej, na przykład: przywołany jest wprost Turgieniew, Czechow, w imieniu głównego bohatera, Ka, słychać dalekie echa Kafki. Powieść dobrze pokazuje występujące pod każdą szerokością geograficzną rozdarcie między nowoczesnością a tradycją. W przypadku tureckim - postępem narzuconym przymusem odwołującym się do europejskości, więc czegoś obcego, a swojskością z jej nieodłącznym fanatyzmem religijnym. Opowiada o jednostkach, w różnym stopniu osaczonych, uwikłanych w sytuacje powstałe w wyniku zderzenia autorytarnego państwa z rosnącym radykalizmem islamskim. Jest w Śniegu także takie powracające wciąż poczucie wyobcowania, utraty swojego miejsca na ziemi, tęsknota do czasów, kiedy się czuło przynależność do swojego kraju, było wśród swoich, co z różnych względów nie jest dłużej możliwe. 
 
Bardzo interesująca literatura, przewrotna, przenikliwa, wielowymiarowa. 
 

piątek, 6 lutego 2026

"Kapo" Aleksandar Tišma



Ciało to wspaniały mechanizm (...), potrafi się podnieść z czarnych ran i gnijących guzów, zasklepić okaleczenia i wydalić ropę. Ale obrazów w zwojach mózgowych nie jest w stanie wydalić.
 
 
Kapo jest wstrząsającą, wybitną pod względem literackim książką, którą można śmiało zestawić z Opowiadaniami Tadeusza Borowskiego. Jej autor, Aleksandar Tišma, był serbskim pisarzem, najbardziej znanym ze swojej trylogii zatytułowanej Novi Sad, której ostatnią część stanowi Kapo powstały w 1987 roku. Po polsku ukazała się z tego cyklu jeszcze Księga Blama, opowiadająca z perspektywy jednej z nielicznych ocalałych osób o zagładzie Serbów i Żydów w 1942 roku dokonanej przez władze węgierskie. Kapo, natomiast, jest historią młodego człowieka pochodzenia żydowskiego, Vilko Lamiana, który po wybuchu wojny trafił do obozu utworzonego przez Chorwatów w Jasenovacu. Aby ratować swoje życie, ukradł tożsamość zmarłego współwięźnia i jako już nie Żyd został przewieziony do Auschwitz. Po wojnie starał się zapomnieć o swoich przeżyciach i przez długi czas mu się to względnie udawało, dopóki przypadkiem nie natrafił w gazecie na nazwę miejscowości, z której pochodziła Helena Lifka, jedna z jego ofiar, kobiet, które gwałcił w obozie, będąc kapo.
 
Powieść jest bardzo wnikliwą wiwisekcją psychiki osoby, która jest jednocześnie ofiarą, jak i katem. Akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych z licznymi retrospekcjami. Po pierwsze, siegają one do czasów przedwojennych - dzieciństwa i edukacji bohatera, na których kładzie się cień jego żydowskiego pochodzenia. Próby wtopienia się w tło, wpisania się w istniejące struktury społeczne, zapewnienia bezpieczeństwa podejmowane przez rodziców Vilka, czy jego samego, takie jak: chrzest, katolicka szkoła, studia zapewniające zawód, który można wykonywać wszędzie, czy wreszcie osobiste wybory dokonywane kosztem własnych uczuć - wszystko to w pewnym momencie zawodzi. W gazetach zaczynają się pojawiać nienawistne artykuły, a potem wystarczy kilka lat i ludzie są masowo zamykani i mordowani w obozach, takich jak Jasenovac. Po drugie, retrospekcje, przede wszystkim, przywołują przeżycia wojenne i obozowe Lamiana. Są one bardzo naturalistycznie przedstawione. Raz rozbudzona pamięć prowadzi w otchłań. Zwykłe, codzienne wydarzenia, przedmioty, prawie każdy szczegół otoczenia może wywołać w jego straumatyzowanym umyśle kaskadę wspomnień prowadzących do ataków paniki i paranoi. Czytelnik jest tak niezwykle blisko postaci, że jest niejako zmuszony do przyjrzenia się z niezwykłą uwagą temu węzłowi bycia jednocześnie ofiarą i sprawcą ze wszystkimi konsekwencjami, ciągnącymi się przez całe późniejsze życie. Towarzyszy Lamianowi w jego samoudręczeniu i samousprawiedliwianiu: Mogłem przeżyć, a nie zdradzić (...) mogłem nie bić, nie zabijać, mogłem być po stronie cierpienia i cierpieć, potępiać tych, którzy cierpienia zadawali, a nie dołączyć do nich, mogłem wytrzymać lata męki z wiarą, że nie jest ważne, czy ja będę tym ziarnkiem, które przypadkiem przetrwa, mogłem nie połakomić się na sytość, a w sytości na ciała, które w tej zgniliźnie lśniły perłowym blaskiem rozpaczy.
 
Niezwykle bolesna proza, oblepiająca, duszna, wzbudzająca zarówno uczucia odrazy, jak i głębokiego współczucia wobec bohatera. Książka, której nie chce się czytać i jednocześnie nie sposób przerwać lektury. Kapo Tišmy pozostawia otwarte pytanie o to, gdzie leży granica, poza którą nie da się już usprawiedliwić czynów chęcią przeżycia. 

wtorek, 27 stycznia 2026

"Todtnauberg" Paul Celan

Arnika, oczy cieszy,
napój ze źródła, nad nim
gwiezdny rzut,
w tej
chacie,
 
do tej księgi
- czyje wzięto nazwiska
przed moim? -,
ta do księgi wpisana linijka
z nadzieją, dzisiaj,
na myślące, które
w sercu wzbiera
słowo, 
 
kępy traw, tu i ówdzie,
też orchidee, pojedynczo,
 
surowo, później, w podróży,
wyraźnie,
 
człowiek, który powozi
przysłuchuje się nam,
 
te wpół-
wdeptane ścieźki -
kłody na wyżynnych torfowiskach,
 
tyle
wilgoci.
__________
Poprzestać na stwierdzeniu, że Celan czytał Heideggera, byłoby mało. To coś więcej niż nawet bezgraniczne "uznanie" myśli filozofa i można zaryzykowac pogląd, że poezja Celana jest w całości dialogiem z myślą Heideggerowską. (...)
 
Tego rodzaju dialog żadną miarą nie wymaga spotkania - "efektywnego" spotkania, jak to się mówi. Raczej przeciwnie. Spotkanie to coś, co może zepsuć dialog, przerwać. Bo dialog jest w tym sensie istną kruchością.
 
Tymczasem między Celanem a Heideggerem do spotkania doszło. Miało ono miejsce w 1967 roku, prawdopodobnie latem. Celan złożył wizytę Heideggerowi w Todtnauberg, w jego szwarcwaldzkiej Hütte (chacie), która była ustroniem filozofa. O tym spotkaniu - mającym, pośrednich lub bezpośrednich, świadków - traktuje wiersz (...)
 
"Todtnauberg" właściwie trudno uznać za wiersz: jedna fraza nominalna, rozdrobniona, rozciągnięta, eliptyczna, ciężko się składająca, nawet nie zarys, resztka - pozostałość - zarzuconej narracji: zdawkowe uwagi czy zapiski, jakby napisane w pośpiechu z myślą o przyszłym wierszu, skrótowe, zrozumiałe wyłącznie dla tego, kto je zapisał. To wiersz wyczerpany, czy też - by lepiej to ująć - zawiedziony. Bo jest wierszem rozczarowania: rozczarowania poezją i samym tym rozczarowaniem. (...)
 
Celan - poeta, i to żydowski - przybył do Heideggera - myśliciela, niemieckiego myśliciela - z jedną jedyną prośbą, lecz bardzo konkretną: by ów myśliciel wsłuchujący się w poezję, ten, który skompromitował się, co prawda na krótko i w sposób nie najbardziej zawstydzający, tym właśnie, co doprowadziło do Auschwitz, i toczył wprawdzie spór z narodowym socjalizmem, lecz zachował całkowite milczenie na temat Auschwitz - więc by ów myśliciel zdobył się na jedno słowo na temat cierpienia. Słowo, dzięki któremu wszystko być może pozostawało jeszcze możliwe. Nie samo "życie", bo ono zawsze jest możliwe, i było takim, jak wiadomo, nawet w Auschwitz, lecz egzystencja, poezja, mowa. Język. To znaczy stosunek do drugiego człowieka. 
Czy można było wydobyć zeń takie słowo?
Latem 1967 roku Celan wpisuje się do księgi gości Heideggrowskiej Hütte. Nie wie, kto wpisywał się przed nim; podpisy - imiona i nazwiska - w takich okolicznościach niewiele znaczą. Chodziło o słowo, proste słowo. Pisze. Co? Jedną linijkę czy też wers. Oczekuje tylko słowa, a to słowo, oczywiście, nie pada. I nic, milczenie: nikt. Nienadejście słowa ("wydarzenie bez odpowiedzi").
Jakiego słowa Celan mógł oczekiwać, nie wiem. Jakie słowo, według niego miałoby taką siłę, by wyrwać go z groźby afazji i idiomatyki (nienadejścia słowa), w których wiersz wymamrotany przeciw milczeniu mógł się pogrążyć jak w grzęzawisku? Jakie słowo mogłoby nieoczekiwanie przynieść wydarzenie?
Nie wiem. Coś mi podpowiada, że chodziło o słowo najskromniejsze, a zarazem najtrudniejsze do wypowiedzenia, wymagające właśnie "wyjścia z siebie" - słowo, którego cały Zachód w swym patosie odkupienia nigdy nie umiał wypowiedzieć i którego pozostaje się nam nauczyć, o ile sami nie mamy zatonąć: tym słowem jest przepraszam.
I właśnie w obliczu tego słowa Celan nas pozostawia. Czyżby znak? 
 
__________
Wiersz (w tłumaczeniu Feliksa Przybylaka) i komentarz pochodzą z książki Poezja jako doświadczenie Philippe Lacoue-Labarthe (przełożył Janusz Margański); Wydawnictwo słowo/obraz/terytoria Gdańsk 2004 
 
 
 
 
 

sobota, 17 stycznia 2026

"Azard" Paweł Kozioł


(...) prasa pierwszego dnia ogłasza zamach, a wojsko w pośpiechu skrobie sobie nowe, ulepszone regulaminy, których nie będzie przestrzegać tak samo, jak starych.
- Nikt nie chce zostać posądzony o bezczynność.
(...) bezczynność byłaby lepsza od tego, co się dzieje. To krwią się skończy, tylko nie wiem jeszcze jak: kolejnym wypadkiem czy skazaniem kogoś niewinnego, bo co to za wypadek bez sprawcy.
 
Azard jest powieścią historyczną o eksplozji w Cytadeli warszawskiej i jej dalekosiężnych następstwach politycznych. W wyniku wybuchu, do którego doszło 13 października 1923 roku, zginęło 28 osób, 89 zostało rannych, wszystkie budynki Cytadelii uległy zniszczeniu, a skutki fali uderzeniowej były odczuwane w całej Warszawie. Natychmiast został wprawiony w ruch wojskowo-policyjny aparat śledczy, a teoria zamachu zaczęła dominować jako wyjaśnienie wydarzeń, bo była najbardziej wygodna politycznie. A skoro był zamach, to muszą być i zamachowcy. Najłatwiej było obarczyć winą komunistów i próbować udowodnić, że działali z inspiracji poselstwa sowieckiego w Warszawie. 
 
Powieść ma polifoniczny charakter. Bardzo wierne historycznie odtworzenie wydarzeń związanych z wybuchem w Cytadeli - śledztwo, załatwianie politycznych interesów, działanie wywiadu, prasy - ukazane jest z perspektywy wielu osób. Choć nie ma tu bardzo pogłębionych portretów psychologicznych bohaterów, wszyscy nakreśleni sa wyraziście, świetnie rozumie się motywy ich działania. Niektóre zaś postacie budzą żywą sympatię. Ta polifonia głosów spięta jest cytatami ze Słowackiego. Tytuł każdego rozdziału zawiera nazwisko osoby, która odgrywa główną rolę w tym fragmencie powieści, a potem cytat z twórczości poety pasujący do treści. Wybór Słowackiego jest, z jednej strony w pewien sposób oczywisty, z drugiej ma głębszy sens. Oczywisty, ponieważ powieść portretuje pokolenie, które poezję Słowackiego powszechnie czytało. I co bardziej istotne, akcja rozgrywa się w dużej mierze w środowisku pepeesowców i  byłych legionistów Piłsudskiego. Wiadomo, że Józef Piłsudski najwyżej cenił z polskich wieszczów właśnie Juliusza Słowackiego. Świadczy o tym choćby fakt, że to jego osobiste zaangażowanie przyczyniło się do sprowadzenia prochów poety z Francji i pochowania ich na Wawelu. Słowa Piłsudskiego o Słowackim przytaczane są w powieści kilka razy, poczynając od jej motta: Słowacki, jako żywa prawda życia, jest między nami. W tym miejscu zaczyna się zabawa. Autor wpadł bowiem na karkołomny pomysł, który działa świetnie, ponieważ książka jest znakomicie napisana. A mianowicie, motto powieści zostaje potraktowane dosłownie. Słowacki występuje w książce pod własnym herbem Leliwa w postaci ducha, czy też upiora nawiedzającego Polskę. Towarzyszy postaciom i komentuje wydarzenia oraz przewiduje przyszłe wypadki. Jest to zręczny zabieg pozwalający zachować spoistość powieści i podreślić jej tematykę, bowiem pod literacką zabawą kryje się rozprawa z romantycznym mitem. I o ile cały utwór napisany jest językiem stylizowanym na dwudziestolecie międzywojenne, tak rozdziały, w których Słowacki zabiera głos, naszpikowane są gęsto parafrazami cytatów z twórczości poety, a przynajmniej tak się wydaje, przy czym niektóre fragmenty brzmią niepokojąco, zwłaszcza te mówiące o konieczności przelewu krwi, by umocnić narodowego ducha. 
 
Niezwykle wiarygodny i złożony jest w Azardzie obraz Polski początku lat dwudziestych ubiegłego wieku. Namacalny zarówno w pokazywaniu szczegółów codzienności (prześwietlenia rentgenowskie jako najnowsza metoda diagnostyczna), jak i znakomity w przedstawieniu początków powstałego po roku 1918 państwa. A istnieje ono zaledwie pięć lat i ma krwawą wojnę ze Związkiem Radzieckim za sobą. Dominuje chaos, na który składają się, między innymi: inflacja, problemy gospodarcze, ogromne napięcia polityczne prowadzące do zabójstw, z morderstwem prezydenta Narutowicza na czele. Strajki i protesty społeczne kończą się strzelaniem do manifestujących na ulicach. Pytanie, czym różni się polska władza w 1923 roku od carskiej, wisi w powietrzu. Wczorajsi działacze rewolucyjni walczący o wolność kraju, ścigani przez rosyjską ochranę, teraz idą w posły, idą w profesory. Stają się władzą, a władza korumpuje. Powieść na wielu poziomach zderza mit z rzeczywistością i pokazuje że myślenie kategoriami patriotyzmu w rozumieniu romantycznym - przelewu krwi za ojczyznę, nie jest dłużej adekwatne. Jest, na przykład, taka mikroscena, kiedy jedna z postaci widzi rannego żołnierza leżącego na łożu, pochylająca się nad nim z bandażami kobietę w długiej sukni, w kącie dziecko z przestraszonymi oczami. Obraz jak z Grottgera - komentuje w myślach ta osoba, wiedząc przecież dobrze, że okaleczony jest majorem, który został ranny, bo wpadł nietrzeźwy do rowu, wracając do domu z sutto zakrapianej kolacji. Romantyczny mit trzyma się jednak mocno. Jedni są zaczadzeni ideologicznie, inni to cynicznie wykorzystują. Uniesienia patriotyczne znakomicie przykrywają i usprawiedliwiają żądzę władzy, manipulacje, bezkarność, w końcu morderstwo.  
 
Należy jeszcze dodać, że Azard jest powieścią niepozbawioną humoru i przede wszystkim niezwykle wciągającą, niemal sensacyjną, co w sumie nie powinno dziwić skoro opowiada o śledztwie w sprawie wybuchu (a właściwie o kilku śledztwach, bo osobno toczy się postępowanie cywilne i wojskowe), o działaniach wywiadu, oraz spiskach. Te ostatnie są zapewne historycznie prawdziwe i stanowią jeszcze jednen dowód, że duch Słowackiego, twórcy Kordiana, świetnie pasuje do tej opowieści.
 
Znakomita książka z brawurowym pomysłem, pokazująca uniwersalne mechanizmy społeczne i polityczne, a jednocześnie głęboko zanurzona w polskiej historii i literaturze.

piątek, 16 stycznia 2026

"Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza" Eric Karpeles



Ja dopiero zaczynam być, jak maluję.

Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza to książka ukazująca Józefa Czapskiego zarazem jako świadka historii i twórcę, podążającego własną drogą artystyczną. Jej autor, Eric Karpeles, jest amerykańskim malarzem zainteresowanym powiązaniami między malarstwem a literaturą. Zbierając materiały do esejów o obrazach w powieści Prousta natrafił na niewielką napisaną po francusku książkę, która wywarła na nim ogromne wrażenie. Były nią szkice zatytułowane Proust w Griazowcu napisane przez Czapskiego w obozie jenieckim na terenie Związku RadzieckiegoO sile fascynacji tą książką i samą osobą Czapskiego świadczy powstanie tej biografii, wymagające ogromu pracy i zaangażowania w dotarciu do dokumentów, listów, osób, które Czapskiego znały, oraz do rozproszonych po świecie obrazów. Wszystko to, aby napisać książkę o człowieku, o którym się przedtem nigdy nie słyszało. 

 


Znaczna część biografii poświęcona jest historii Polski w XX wieku, z którą losy Czapskiego były ściśle splecione. Józef Czapski urodził się w Pradze w 1896 roku w arystokratycznej, kosmopolitycznej rodzinie, w której polskość była kwestią wyboru. Dzieciństwo spędził na wsi pod Mińskiem, skąd wyjechał na studia do Petersburga, gdzie był świadkiem rewolucji rosyjskiej. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej związał się ze środowiskiem kapistów i wraz z nimi przebywał w Paryżu poświęcając się malarstwu. Zmobilizowany w 1939 roku, brał udział w kampanii wrześniowej i dostał się do niewoli radzieckiej. Tylko zbiegiem okoliczności uniknął tragicznego losu innych żołnierzy polskich, rozstrzelanych przez Sowietów. Po podpisaniu porozumienia Sikorski-Majski został specjalnym wysłannikiem generała Andersa jeżdzącym po Związku Radzieckim w poszukiwaniu polskich oficerów, jak wiadomo nadaremnie. Po wojnie osiadł we Francji i był współzałożycielem "Kultury Paryskiej". Pisał książki o swoich wojennych przeżyciach, podróżował z odczytami, stawał przed komisjami (między innymi amerykańskiego Kongresu), aby dać świadectwo prawdzie o zbrodni katyńskiej. 

Jest w tej książce rozmach w kreśleniu wydarzeń historycznych połączony z intymnym portretem jej bohatera. Całość napisana jest z wrażliwością i szacunkiem. Nie idealizując Czapskiego, Karpeles potrafi pokazać wielkość i złożoność tej postaci, a co więcej: pokazać żywego człowieka obdarzonego pięknymi cechami: wiernością sobie, empatią, ciekawością świata. Nieustannie poszukującego sensu, czego najlepszym wyrazem są dzienniki, prowadzone przez Czapskiego przez wiele lat. Były one antidotum na samotność i ciągłym dialogiem z samym sobą, z czytanymi książkami, widzianymi dziełami sztuki, wreszcie drogą rozwoju duchowego. Strony dziennika zapełnione rysunkami stanowią pogranicze pisarstwa i malarstwa, będącego w życiu Czapskiego rzeczą najbardziej istotną. Uważał się on bowiem przede wszystkim za malarza, co biografia świetnie pokazuje. Opowiada ona o jego drodze  artystycznej, ogromnej pasji twórczej, która powodowała, że szukał wytrwale swojego stylu, własnej odrębności malarskiej – zarówno w młodości, jak i potem, po prawie 10-letniej przerwie spowodowanej wojną, kiedy jako osoba już po pięćdziesiątce musiał praktycznie zaczynać od nowa.   
 
Eric Karpeles, sam będąc malarzem, świetnie przybliża twórczość Czapskiego, która na pierwszy rzut oka może wydawać się nieprzystępna. Fascynująco opowiada o jego poszukiwaniach twórczych, codziennej pracy, podążaniu własną drogą wbrew obowiązującym trendom, a także opisuje obrazy. Malarstwo było dla Czapskiego, upraszczając, próbą uchwycenia chwili, zapisem rzeczywistości bez jej upiększania, bo jak twierdził: bezinteresowność jest podstawą sztuki. Oddaję się codzienności, odkryciom dokonywanym, kiedy patrzę na stół, koszyk, twarz w oknie albo kawiarni. Tam znajduję punkt wyjścia do tego, co nazywam bezinteresownym odkryciem i radość z tego.
 
  

środa, 14 stycznia 2026

Fragmenty z "Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza" Eric Karpeles


"Podczas wernisażu późnej wystawy jego obrazów reporter przeprowadzający wywiad z Czapskim ocenił ich niemodną tematykę, znalazłwszy na nich samotnych ludzi, stoliki w opustoszałych kawiarniach, na wpół ukryte twarze w metrze, stare i niepiękne osoby w pachnących stęchlizną, obitych pluszem fotelach teatralnych lub ponurych pasażach. Drobne codzienne zdarzenia ujrzane w przelocie". Dzienikarz wyróżnił także "jasne pejzaże i na pozór nieistotne przedmioty, takie jak stolik nocny z kawałkiem sznurka na blacie". Czapski odparł: "Tak to prawie nic. Ale to prawie nic oznacza wszystko". 
  



[O odczytach o "W poszukiwaniu straconego czasu" wygłaszanych w obozie jenieckim dla polskich oficerów w Związku Radzieckim w 1941 roku.]
 
"Wspominam z wdzięcznością kolegów, bywało ich o ile sobie ich przypominam, na tych odczytach francuskich o literaturze około 40, przychodzili o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz. Zamiast dawnych ikon i żażącej się pod nimi lampady, wisiały w kącie izby portrety Marksa, Lenina, Stalina, w czerwonych tekturkach (...) Koledzy siedzieli na wąskich i chwiejnych ławkach, słuchali w półmroku izby o przygodach księżnej Guermantes, o śmierci Bergotte'a, o mękach zazdrości Swanna."
 
"Dopiero tam zrozumiałem, co znaczy tak ceniona przez Prousta i według niego jedyna istotna i twórcza "pamięć mimowalna" (memoire involantaire). Wówczas zrozumiałem, jak wzmaga tę pamięć oderwanie się od książek, gazet, od miliona drobnych wrażeń intelektualnych normalnego życia. Z daleka od wszystkiego, co mogło mi świat Prousta przypominać, wspomnienia moje o nim, które na początku zdawały mi się niezmiernie szczupłe, zaczęły mi się gwałtownie i nieoczekiwanie rozrastać z siłą i precyzją zarazem jakby zupełnie niezależną od mojej woli."
 


"Kiedy rysujesz, czujesz każdą kreskę prowadzoną na papierze jako coś żyjącego, nieodwołalnego, i naraz rysunek zaczyna żyć. (...) Potem dwie - jedną kreską - notatki tulipanów wydały mi się nagle żywiej istniejące. Dlaczego? Bo je czułem podczas rysowania, czułem ten związek niezdarnego, niepewnego, zdeformowanego trochę rysunku, jakby między końcem ołówka a mną nie było żadnej przerwy. Ja byłem na końcu ołówka." 
*** 
"Mówi się o wyrazie samotności w moich obrazach. Może to prawda, ale nigdy sam nie stawiam tego pytania. Kiedy maluje nie myślę, dlaczego i dla kogo to robię. Jestem sam i maluję to, co mam malować. Ta bezinteresowność jest podstawą sztuki. Oddaję się codzienności, odkryciom dokonywanym, kiedy patrzę na stół, koszyk, twarz w oknie albo kawiarni. Tam znajduję punkt wyjścia do tego, co nazywam bezinteresownym odkryciem i radość z tego! Może to jest ta samotność, którą u mnie widzą, osobny świat".
 

sobota, 10 stycznia 2026

Wiersz na styczeń - "Na początku" Matteo Campagnoli

 
 
Spróbuj pokochać gołe, białe ściany,
rysy w suficie; patrz na nie uważnie:
prędzej czy później zamienią się w mapy.

Spróbuj pokochać szare dni, nużące
dni, kiedy słońce siebie się wypiera,
bo na początku, pomnij, dzień był szary.
 
Spróbuj pokochać gołe ściany, białe
styczniowe nieba, powolną litanię
deszczu: ten welon utkany bez wątku.

Spróbuj pokochać pustkę, co się kryje
w rzeczach cierpliwie, i godziny, w których
nieme są nawet książki. Spróbuj kochać.
 
________
Tłumaczenie: Jacek Dehnel