Arnika, oczy cieszy,
napój ze źródła, nad nim
gwiezdny rzut,
w tej
chacie,
do tej księgi
- czyje wzięto nazwiska
przed moim? -,
ta do księgi wpisana linijka
z nadzieją, dzisiaj,
na myślące, które
w sercu wzbiera
słowo,
kępy traw, tu i ówdzie,
też orchidee, pojedynczo,
surowo, później, w podróży,
wyraźnie,
człowiek, który powozi
przysłuchuje się nam,
te wpół-
wdeptane ścieźki -
kłody na wyżynnych torfowiskach,
tyle
wilgoci.
__________
Poprzestać na stwierdzeniu, że Celan czytał Heideggera, byłoby mało. To coś więcej niż nawet bezgraniczne "uznanie" myśli filozofa i można zaryzykowac pogląd, że poezja Celana jest w całości dialogiem z myślą Heideggerowską. (...)
Tego rodzaju dialog żadną miarą nie wymaga spotkania - "efektywnego" spotkania, jak to się mówi. Raczej przeciwnie. Spotkanie to coś, co może zepsuć dialog, przerwać. Bo dialog jest w tym sensie istną kruchością.
Tymczasem między Celanem a Heideggerem do spotkania doszło. Miało ono miejsce w 1967 roku, prawdopodobnie latem. Celan złożył wizytę Heideggerowi w Todtnauberg, w jego szwarcwaldzkiej Hütte (chacie), która była ustroniem filozofa. O tym spotkaniu - mającym, pośrednich lub bezpośrednich, świadków - traktuje wiersz (...)
"Todtnauberg" właściwie trudno uznać za wiersz: jedna fraza nominalna, rozdrobniona, rozciągnięta, eliptyczna, ciężko się składająca, nawet nie zarys, resztka - pozostałość - zarzuconej narracji: zdawkowe uwagi czy zapiski, jakby napisane w pośpiechu z myślą o przyszłym wierszu, skrótowe, zrozumiałe wyłącznie dla tego, kto je zapisał. To wiersz wyczerpany, czy też - by lepiej to ująć - zawiedziony. Bo jest wierszem rozczarowania: rozczarowania poezją i samym tym rozczarowaniem. (...)
Celan - poeta, i to żydowski - przybył do Heideggera - myśliciela, niemieckiego myśliciela - z jedną jedyną prośbą, lecz bardzo konkretną: by ów myśliciel wsłuchujący się w poezję, ten, który skompromitował się, co prawda na krótko i w sposób nie najbardziej zawstydzający, tym właśnie, co doprowadziło do Auschwitz, i toczył wprawdzie spór z narodowym socjalizmem, lecz zachował całkowite milczenie na temat Auschwitz - więc by ów myśliciel zdobył się na jedno słowo na temat cierpienia. Słowo, dzięki któremu wszystko być może pozostawało jeszcze możliwe. Nie samo "życie", bo ono zawsze jest możliwe, i było takim, jak wiadomo, nawet w Auschwitz, lecz egzystencja, poezja, mowa. Język. To znaczy stosunek do drugiego człowieka.
Czy można było wydobyć zeń takie słowo?
Latem 1967 roku Celan wpisuje się do księgi gości Heideggrowskiej Hütte. Nie wie, kto wpisywał się przed nim; podpisy - imiona i nazwiska - w takich okolicznościach niewiele znaczą. Chodziło o słowo, proste słowo. Pisze. Co? Jedną linijkę czy też wers. Oczekuje tylko słowa, a to słowo, oczywiście, nie pada. I nic, milczenie: nikt. Nienadejście słowa ("wydarzenie bez odpowiedzi").
Jakiego słowa Celan mógł oczekiwać, nie wiem. Jakie słowo, według niego miałoby taką siłę, by wyrwać go z groźby afazji i idiomatyki (nienadejścia słowa), w których wiersz wymamrotany przeciw milczeniu mógł się pogrążyć jak w grzęzawisku? Jakie słowo mogłoby nieoczekiwanie przynieść wydarzenie?
Nie wiem. Coś mi podpowiada, że chodziło o słowo najskromniejsze, a zarazem najtrudniejsze do wypowiedzenia, wymagające właśnie "wyjścia z siebie" - słowo, którego cały Zachód w swym patosie odkupienia nigdy nie umiał wypowiedzieć i którego pozostaje się nam nauczyć, o ile sami nie mamy zatonąć: tym słowem jest przepraszam.
I właśnie w obliczu tego słowa Celan nas pozostawia. Czyżby znak?
__________
Wiersz (w tłumaczeniu Feliksa Przybylaka) i komentarz pochodzą z książki Poezja jako doświadczenie Philippe Lacoue-Labarthe (przełożył Janusz Margański); Wydawnictwo słowo/obraz/terytoria Gdańsk 2004
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze. Uprzejmie proszę o kilka słów opisu, jeśli ktoś zamieszcza link.