piątek, 24 października 2014

"Mag", John Fowles

Dzień dwunasty - książka, która wzbudza miłość i irytację jednocześnie

 O nienawiści a raczej jej braku napisałam w poprzednim wpisie. Dlatego dzisiaj będzie o bardziej stonowanych odczuciach: podziwie i irytacji. Mag Johna Fowlesa jest powieścią, która wzbudza we mnie ambiwalentne wrażenia. Z jednej strony, gdy przeczytałam ją po raz pierwszy byłam zachwycona. Uznanie mi nie przeszło, nadal bardzo podoba mi się zakończenie, ale przy ponownym czytaniu ogarnia mnie poirytowanie, zniecierpliwienie i niedowierzanie.

 Akcja utworu rozgrywa się w połowie lat pięćdziesiątych. Dwudziestokilkuletni Nicholas Urfe wyjeżdża jako nauczyciel angielskiego do szkoły na małej greckiej wyspie. Od swojego poprzednika słyszy:
"- No, wszystkiego - uśmiechnął się. - Jedna dobra rada - trzymał rękę na klamce drzwiczek. - Niech się pan wystrzega poczekalni."
Na miejscu jedyną rozrywką są spacery po niezamieszkałej części wyspy do opuszczonej posiadłości.  Pewnego dnia dom ożywa. "Było to w niebieską jak skrzydło ptaka niedzielę, pod sam koniec maja". Na plaży leżała antologia poezji angielskiej, obok ręcznik pachnący kobiecymi perfumami, gdzieś za gęstwina zabrzmiał dzwon, "(...) do pnia pinii przybita była tablica, trudna do odczytania, choć wisiała w takim miejscu w jakim w Anglii wywieszono by ostrzeżenie: Obcym wstęp wzbroniony. Ale na tej tablicy czerwonymi literami na białym tle widniał napis Salle d'attente. Wyglądała tak, jakby ktoś zabrał ją przed laty z jakieś francuskiej stacyjki, zwykły studencki dowcip".
Wkrótce bohater poznaje właściciela domu i ekscentrycznego "Prospera" tej wyspy: Conchisa. Zostaje przez niego wciągnięty w pewnego rodzaju psychologiczną grę.


źródło:www. multita. info
Ponieważ jest to historia pełna mistyfikacji i domysłów, (kto kłamie, dlaczego odbywają się teatralne inscenizacje, co zdarzyło się na wyspie w czasie wojny, co dzieje się teraz), czyta się to jak najlepszy kryminał. Co więc jest w tej powieści dla mnie irytującego?

 Po pierwsze bohater. Dzięki narracji pierwszoosobowej poznajemy  zdarzenia z jego punktu widzenia I ten zabieg pisarski jest w moim przypadku skuteczny. Póki czytam współczuję, wierzę, że w gruncie rzeczy nie chce on nikogo skrzywdzić. Zamykam książkę i widzę inteligentnego i oczytanego, ale niedojrzałego narcyza. Wysoce irytującego. Empatia ulatnia mi się błyskawicznie i  przechodzę na pozycje, że nauczka jaka go spotkała była w pełni zasłużona.

Po drugie: prawdopodobieństwo przedstawionych zdarzeń. To jest bardzo dobrze napisane. I chociaż historia jest niezwykła, jestem tak wciągnięta w jej przebieg, że nie zauważam jak mało jest ona wiarygodna. Po przeczytaniu ogarniają mnie wątpliwości, czy w rzeczywistości możliwe byłoby zorganizowanie takiego powtarzalnego (zwłaszcza to) i łamiącego zasady etyczne, nazwijmy to oględnie, projektu. Jeden z podstawowych mechanizmów psychologicznych potrzebnych do odbioru dzieła sztuki, czyli zawieszenie niewiary mówiąc brzydko mi odwiesza.

Na pewno książkę warto przeczytać. Z powodu intrygującej opowieści. Dla opisów Grecji. A przede wszystkim ze względu na postawione w niej pytania o wolność. Jak pisze autor we wstępie: "(...) prawdziwa wolność leży tylko między dwojgiem osób, nigdy w samej jednostce, tak więc nie stanie się nigdy wolnością absolutną. Być może wszelka wolność, nawet najwzględniejsza, jest fikcją". Brzmi dość oczywiście, ale przełożone na materię powieści jest mistrzowsko. I dla zakończenia: piękne jest to zawieszenie akcji, skamienienie bóstw, zastygnięcie świata (i czytelnika) w oczekiwaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę o kilka słów opisu, jeśli ktoś zamieszcza link.