wtorek, 7 lipca 2015

Tortilla Flat, John Steinbeck


Okładka książki Tortilla Flat

Załóżmy, że przyszłoby nam na myśl oceniać człowieka, który za piętnaście dolarów wynajął dom od swojego przyjaciela i teraz skutecznie go unika. Aż pewnego dnia ruszyło go sumienie, wydobył z zakamarków dwa dolary i postanowił uregulować czynsz.Tylko, że po drodze znajdowało się przyjemne miejsce, gdzie można było kupić wino. Oczywistym było, że najlepiej galonem wina zapłacić dług należny przyjacielowi, bo ten na pewno od gotówki woli towarzystwo i trunek. Tu niestety nasz bohater spotykał innego kumpla i galon robi się zbyt ciężki by zanieść go do celu. Co powinniśmy sądzić o takim postępowaniu? Tortilla Flat powiada o takiej sytuacji:

Jeśli główna droga życia ma dwie odnogi szlachetności, a tylko jedną można pójść, to któż ma być sędzią, która jest lepsza?

Liczne podobne nauki moralne można znaleźć na kartach tej książki opowiadającej o miejscu zwanym Tortilla Flat, poniżej którego rozciągała się kalifornijska miejscowość Monterey z piękną błękitną zatoką a powyżej sosnowy las. Dzielnicę tę zamieszkiwała grupka przyjaciół skupionych wokół Danny'ego. Spędzali oni dnie na zdobywaniu i piciu wina, podrywaniu rozmaitych dam oraz podążaniu drogą szlachetności i czynienia dobra wszystkim potrzebującym, głównie za pomocą małych kantów i nieustannych drobnych kradzieży. Przyjaciele ci tworzyli wspólnotę, która opierała się na wzajemnym zaufaniu, którego naruszenie było wybijane z głów ciężkimi narzędziami typu kije, trzonki od siekier itp. i dla której członkowie czasami zdobywali się na heroiczny czyn w postaci przepracowania połowy dniówki.

Nad tą łotrzykowską opowieścią unosi się po trosze duch świętego z Asyżu, bo jej struktura nawiązuje do "Kwiatków świętego Franciszka". Godne uczczenie świętego staje się w pewnym momencie główną misją bohaterów, jeden z nich przemawia do ptaków, a tym o najbardziej niewinnych sercach sam Franciszek (ściślej jego cień) ukazuje się w świętym widzeniu. Gdzieś tam głęboko pod lekką i pełną ciepłego humoru powierzchnią czai się tragizm ludzkiego losu, smutek przemijania, a jednym lekarstwem na tę odrobinę melancholii jest pamięć. Należy więc przeczytać książkę, by pamięć o Dannym i jego kumplach nie zaginęła, by żadni zgnuśniali historycy

nie mogli powiedzieć, jak mówią o królu Arturze bądź o Rolandzie, bądź o Robin Hoodzie: „Nie istniał żaden Danny ani jego przyjaciele, ani jego dom. Danny to po prostu bóstwo, a jego przyjaciele to prymitywne symbole wiatru, nieba i słońca."
______________
Wpis powstał w ramach wyzwania Pod hasłem (edycja lipcowa: Po trzykroć)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę o kilka słów opisu, jeśli ktoś zamieszcza link.