sobota, 17 czerwca 2017

"Pająki pana Roberta", Robert Pucek

 A zatem, o Muzo - modli się pan Robert pod pięcioma kasztanami - zaklinam cię na niebieskie piórko sójki pożartej przez kunę, wyśpiewaj te zwierzątka ośmionogie, co siłę krain widziały i nie mało przygód doświadczyły.(...)
Wyśpiewaj o Pani, tę opowieść o zwierzątkach być może nie najpiękniejszych i raczej nielubianych, a zuchwała Arachne, córka farbiarza, niech utka ci ciepły lidyjski szal, byś nucąc, nie zmarzła w mojej chłodnej izdebce, zwłaszcza teraz, gdy robi się coraz zimniej.
 
 Pająki pana Roberta to niewielki tom esejów. Impulsem do jego napisania był jeden ze szkiców z Martwej natury z wędzidłem Herberta, który wydał się autorowi znakiem rozbratu między humanistyką a przyrodnictwem. Za cel swojej więc książki obrał pisarz próbę przerzucenia kładki ponad rowem nieporozumień oddzielającym świat przyrodników od świata humanistów.

Bohaterem książki, oczywiście oprócz pająków, jest pan Robert, "alter ego" autora, mieszkaniec chatki na brzegu lasu, który uważnie i z czułością przygląda się małemu życiu toczącemu się wokół niego. W opowieści snutej przez pana Roberta pająki jawią się jako zwierzęta o fascynujących zwyczajach. Na przykład, topiki swój dzwon podwodny tworzą pompując utkany worek pęcherzykami powietrza zeskrobanymi z włosków odwłoka. Skakuny natomiast, by upewnić się, że należą do tego samego gatunku i są różnej płci kicają i skaczą w malowniczym tańcu godowym. Pajęczyce dbają o potomstwo z wielkim oddaniem - zaobserwowano u niektórych gatunków pilnowanie kokonu z jajami aż do śmierci głodowej na warcie, u innych, gdy zabiera się kokon, szukanie go trwa wzruszająco długo. Małe bywają wożone na grzbiecie samicy, gdzie trzymają się supełków na włoskach odwłoku lub przebywają w sieci żłobkowej. To tylko pierwsze lepsze z brzegu, byle jak, w porównaniu do opisów pana Roberta, przytoczone przykłady.

 Pająki żyją nie tylko w naturze, ale też na pożółkłych stronicach starych traktatów przyrodniczych zarówno starożytnych jak Arystotelesa, Pliniusza Starszego, jak i w dziełach późniejszych: Martina Listera (XVII w.) Jeana Henriego Fabre'a (XIX w.), by wymienić najczęściej przytaczanych przez pana Roberta autorów. Postuluje on także, by za przykładem Fabre'a spisywane obserwacje przyrodnicze nosiły znamiona dobrej literatury. Przez wieki rozmaici myśliciele i twórcy obficie czerpali surowiec do wyrobu swych mniej lub bardziej kunsztownych metafor i paraleli z wiedzy przyrodniczej. Przykłady tych, którzy czynili to za pomocą pająków, czy choćby tylko owadów licznie widnieją na stronach książki: Leibniz, Malebranche, Pelagiusz, św. Ambroży, Hoffman, Whitman itd. Pajęczyca w środku kolistej sieci jest też symbolem Mai, hinduskiej bogini iluzji, tkającej zasłonę świata zmysłowego, która przesłania ten rzeczywisty, duchowy. Pająk jest więc jakoś spokrewniony z iluzją, ze złudzeniem, pozorami, czarami, marzeniami. To nie jedyna zasłona, jaką dostrzega pan Robert w związku z pająkami. Jego historia to również opowieść o innej istocie ludzkiej, która, gdy pan Robert pokazał jej kiedyś żółtą Misumena vatia, odwróciła się z obrzydzeniem, nie potrafiąc dostrzec pajęczego piękna. Innymi słowy, jest to opowieść o zasłonie zaciągniętej między różnymi rodzajami istot, która nie pozwala im dostrzec nawzajem swej urody i którą czasem tylko uchylają poeci bądź filozofowie. Wzorem innych, pan Robert nie tylko obserwuje przyrodę, ale na podstawie tych obserwacji snuje gnostycką w duchu opowieść, której kulminacja przypada na pewne wieczorne spotkanie z ćmami - gnostykami nieprzeniknionymi

 Są więc Pająki... opisem nieoczywistej urody świata. Za Nicolasem Malebranche, siedemnastowiecznym filozofem powiada autor, że "świat wypełniony nieskończonością wielkich i małych zwierząt jest piękniejszy i jest znakiem większej inteligencji niż jakiś inny, w którym nie byłoby owadów". 

Znalezione obrazy dla zapytania Misumena vatia
Misumena vatia (źródło zdjęcia)


Książkę odłożyłam jednak na półkę z przygnębieniem. Wróćmy do początku. Bezpośrednim powodem napisania Pająków... było rozczarowaniem ignorancją Herberta i nie chodziło tylko o to, że w Piekle owadów, eseju z Martwej natury z wędzidłem o Swammerdamie, poeta pomylił jętkę z łątką. Zarzuty są głębsze, bo Herbert, według autora, zadaje niezręczne, wynikające z niewiedzy, pytanie: "Któż może dostrzec palec Boży w anatomii wszy?" A przecież: 

 Nie da się ukryć, że to właśnie Jan Swammerdam dostrzega palec "Boga Izraela" w każdym z najmniejszych stworzeń, także we wszy, jednak bynajmniej nie dlatego, że wnętrzu owego zwierzątka znalazł ślad linii papilarnych, ani tym bardziej nie dlatego, że podejrzewa wesz o mądrość na miarę oślicy Balaama, ale po prostu dlatego, iż przekonał się naocznie, że tak zwane zwierzęta niższe, jeszcze w XVII wieku nagminnie podejrzewane o powstawanie z gnijącej materii organicznej, a także o brak jakichkolwiek narządów wewnętrznych, zbudowane są według podobnej zasady, co zwierzęta wyższe a nawet ludzie.

 W kilku słowach: (...) kłopot w tym, że Herbert (...) nie docenia geniuszu naukowego kiełkującego w łonie siedemnastowiecznej burżuazji niderlandzkiej. Nie sposób się nie zgodzić. Waga tych badań była duża - pierwsze systematyczne studia owadów, które wykazały, że różnica między nimi a zwierzętami "wyższymi" jest różnicą stopnia nie rodzaju. Problem w tym, jaki stosunek do nauki ma pan Robert, a przypomnijmy, że książka jest próbą przerzucenia kładki ponad rowem nieporozumień oddzielających świat przyrodników od świata humanistów. Padają z jego ust określenia: uczona baśń o bezcelowości, najosobliwsza religia. Wszystko pod adresem teorii ewolucji, będącej podstawą nauk biologicznych. Fragment najdobitniejszy (wyróżnienie w tekście moje): 
 

 Żadnych tak zwanych form przejściowych obiecywanych przez Darwina, rozprawiającego o przechodzeniu jednych gatunków w drugie, nigdy nie znaleziono, po czym oświadczono z jakiś powodów - które same zmieniały się już kilkakrotnie- wcale nie muszą one istnieć, a i tak nie podważa to spekulacji nazywanej teoria ewolucji. Proszę bardzo, myśli sobie pan Robert, który z upływem kolejnych lat staje się coraz wyrozumialszy i nie zabrania nikomu wyznawania najosobliwszych religii.

 Pan Robert nie przerzuca więc żadnych kładek, ale dowodzi na własnym przykładzie, że erudycja może iść w parze z antynaukowością, co jest bardzo smutne.
 ____________
Książka bierze udział w wyzwaniu: Pod hasłem - Hasło na czerwiec: dla...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę o kilka słów opisu, jeśli ktoś zamieszcza link.