piątek, 28 lutego 2020

"Pogrzebać kajdany", Adam Hochschild




Kiedy wyjdzie się ze stacji londyńskiego metra Bank, przetnie kilka przecznic i skręci w podwórze, można zobaczyć jedynie kilka niskich, nijakich budynków, stary pub, a wreszcie, właśnie w tym miejscu, wysoki budynek ze szkła i stali: 2 George Yard. Po stojących tu niegdyś księgarniach i drukarniach nie został żaden ślad, nic też nie przypomina o owym wiosennym dniu sprzed ponad dwustu laty, kiedy do budynku weszło kilkunastu mężczyzn - mieli tu zasiąść do spotkania. Było to posępnie wyglądające towarzystwo, większość z nich w czarnych wysokich kapeluszach. Miasta wznoszą pomniki królom, premierom, generałom, ale nie jakimś zwykłym i niezajmującym żadnych oficjalnych stanowisk obywatelom, którzy pewnego razu zebrali się w drukarni. Jednak to, co rozpoczęli ci obywatele, odbiło się szerokim echem na całym świecie i do dziś odczuwamy tego efekty.

22 maja 1787 roku w londyńskiej drukarni zebrało się kilkunastu mężczyzn, którzy za cel swego działania obrali zniesienie niewolnictwa. Zadanie, jakie przed sobą postawili było kolosalne. Na tamte czasy przypadało bowiem apogeum handlu ludźmi. Każdego roku kilkadziesiąt tysięcy zakutych w łańcuchy Afrykanów ładowano na statki niewolnicze i przewożono do Nowego Świata. Przeważająca większość ludzi w Wielkiej Brytanii akceptowała niewolnictwo, a zyski z zachodnio-indyjskich plantacji i cła z importu cukru trzcinowego produkowanego przez niewolników były ważnym źródłem dochodów państwa. Handel zaś niewolnikami dawał pracę dziesiątkom tysięcy żeglarzy, kupców i szkutników przyczyniając się do rozwoju portów, w tym Londynu. Pierwszym zadaniem jakim wyznaczył sobie nowo powstały komitet było zdelegalizowanie handlu niewolnikami, a był on wielkim przedsięwzięciem - w latach 1660 -1807 do zamorskich kolonii Wielkiej Brytanii statki przewiozły trzy razy więcej osób z Afryki niż Europejczyków. Zapotrzebowanie na niewolników w Nowym Świecie było ogromne, ponieważ zapracowywali się oni na śmierć błyskawicznie, zwłaszcza na plantacjach trzciny cukrowej w Indiach Zachodnich.

 W swojej książce Pogrzebać kajdany Adam Hochschild opowiada o powstaniu pierwszego powszechnego ruchu obywatelskiego, który zaledwie w ciągu kilku lat sprawił, że kwestia niewolnictwa znalazła się w centrum brytyjskiego życia politycznego. W każdym większym mieście zaczął działać komitet abolicjonistyczny. Zostały wynalezione i użyte wszystkie istotne narzędzia, jakimi posługują się do dziś ruchy obywatelskie: ulotki, petycje, śledztwa dziennikarskie, książki, spotkania z ich autorami, bojkoty konsumenckie, plakaty z ikonicznymi wizerunkami (jednym z najsławniejszych był rysunek statku Brookes). Kim byli ci, którzy rozpoczęli ten ruch abolicjonistyczny w 1787 roku, a także wszyscy inni, którzy później się do niego przyłączyli? Kwakrami, drukarzami, muzykami, pastorami, właścicielami fabryk porcelany, ekscentrykami, którzy tłukli filiżanki z herbatą i cukrem na przyjęciach, byłymi niewolnikami (w ówczesnym Londynie mieszkało takich osób kilka tysięcy). Wreszcie zwykłymi ludźmi, jak dziesięć tysięcy mieszkańców Manchesteru, którzy jako jedni z pierwszych podpisali petycje do parlamentu, czy później, owe trzysta tysięcy odmawiający spożywania cukru z trzciny zbieranej przez niewolników.

Projekt medalionu przygotowanego, między innymi, przez producenta porcelany J. Wedgwooda dla kampanii abolicjonistycznej.
 Pogrzebać kajdany to książka podejmująca temat niewolnictwa w sposób całościowy, prezentująca uwarunkowania społeczne i polityczne, napisana precyzyjnie i szczegółowo, ale jednocześnie bardzo przystępnie, emocjonalnie i barwnie. Hochschild portretuje liderów ruchu w interesujący, pełnowymiarowy sposób, czasami wręcz gawędziarski, wiedząc, że na przykład: pół strony poświęcone trójkątowi miłosnemu w jaki zaplątał się jeden z działaczy, uczyni go tylko bardziej ludzkim. Przedstawia motywy działania ówczesnych aktywistów, przede wszystkim wrażliwość na niewyobrażalną krzywdę. Pokazuje różne drogi prowadzące do zaangażowania się w ruch abolicjonistyczny, długi łańcuch wydarzeń, wielkich i drobnych, które doprowadziły jego bohaterów do drukarni owego majowego dnia. Jednym z przykładów jest tu historia Thomasa Clarksona, czołowej postaci wśród abolicjonistów, który pewnego dnia zatrzymał się przy drodze i zsiadł z konia. Thomas Clarkson, jako ambitny student, wziął udział w konkursie na napisanie rozprawy po łacinie na zadany temat, którym w tym akurat roku okazało się niewolnictwo. Jego praca wygrała, Clarkson otrzymał pieniężną nagrodę, skończył studia i wyruszył konno z Cambridge robić upragnioną karierę w Londynie. W czasie drogi myślał o swoim traktacie i:

Próbowałem przekonać się, że to co napisałem w eseju, nie może być prawdą. Im jednak bardziej się nad tym zastanawiałem - a raczej nad świadectwami, na których oparłem swój tekst - tym bardziej w nie wierzyłem. (...)Ujrzawszy Wades Mill w Hertfordshire, usiadłem niepocieszony przy drodze, trzymając za uprząż mojego konia. Tam przyszła mi do głowy myśl, że jeśli zawartość mojego eseju jest prawdziwa, to nadszedł czas, by ktoś położył kres tej nieprawości." 

 Kilka miesięcy minęło za nim dotarło do niego, że tym kimś powinien być on sam.

 Hochschild, mimo że opowiada jedną z bardziej optymistycznych historii o tym, że ludzkie zaangażowanie przynosi pozytywne zmiany, nie zamyka oczu na rzeczywistość. Abolicjonistom, mimo popełnionych błędów, w stosunkowo krótkim czasie udało się przekonać opinię publiczną (specyficzna sytuacja wewnętrzna Wielkiej Brytanii była tu okolicznością sprzyjającą). Zniesienie niewolnictwa wymagało jednak zmian prawa. Właściciele niewolników, w tym także Kościół anglikański, byli bogatą, uprzywilejowaną warstwą społeczną, licznie reprezentowaną w brytyjskim parlamencie. Wiele lat trwające batalie o wprowadzenie prawnego zakazu niewolnictwa prowadzą do przygnębiającego wniosku. Ludzie nie wyrzekają się swoich dochodów i przywilejów póki nie zostaną do tego zmuszeni, przeważnie przez wojny lub rewolucje. Przegrana wojna z powstającymi Stanami Zjednoczonymi (na marginesie: George Washington prezentował postawę, nawet jak na właściciela niewolników, wyjątkowo obrzydliwą), wojna z Francją, zwłaszcza napoleońską rozgrywająca się również w zamorskich koloniach, a przede wszystkim krwawe powstania niewolników na Karaibach (Saint-Domingue, Jamajka) przynoszące wielkie straty w brytyjskiej armii i spadek cen cukru były też, oprócz stałego nacisku opinii publicznej, czynnikami wpływającymi na zniesienia niewolnictwa. Wieloletnia walka prowadzona z różnym natężeniem zakończyła się w roku 1833 sukcesem, bo abolicjoniści wprowadzili trwałą zmianę w świadomości społecznej. Nigdy nie należy wątpić w to, że mała grupa przejętych, zaangażowanych w sprawę ludzi może zmienić świat. Tak naprawdę to jedyny sposób.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za komentarze. Uprzejmie proszę o kilka słów opisu, jeśli ktoś zamieszcza link.